Fantastyka · 19 min czytania
I krew zamarza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wyruszając do Hakramu można zabrać ze sobą wiele przydatnych rzeczy. Rozsądnie jest mieć przy sobie solidny karabin bo to niebezpieczne miejsce. Warto mieć ze sobą nawet kilka karabinów bo miejscowi bardzo chętnie je kupują. Warto zabrać ze sobą zapasy żywności bo bywa z nią tutaj trudno. Można wynająć przewodnika który potrafi odnaleźć się w tym lodowym krajobrazie. Ale najważniejszym jest zabrać ciepłe buty, grubą kurtkę i solidne, skórzane rękawice. Bo w Hakramie zawsze jest piekielnie zimno. Zwłaszcza zimą. I przede wszystkim nocą.
Właśnie w takich okolicznościach przyszło mi po raz kolejny przeklinać, chociaż uważam to za czyn niegodny szlachcica. Siedziałem z podkulonymi nogami, trzęsąc się z zimna i modląc do Smokobójczyni by w końcu ta noc dobiegła końca. Niestety miałem świadomość, że to będzie jeden z najdłuższych wieczorów mojego życia. Strzepnąłem z rękawic płatki śniegu i dmuchnąłem w dłonie mając nadzieję, że pomoże mi się to rozgrzać. Zawsze bawił mnie widok pary unoszącej się z moich ust. Z przygnębiającym uśmiechem podniosłem głowę.
Obok mnie, wsparty o ten sam kawałek murku siedział Kaav. Jego twarz miała zacięty wyraz, jakby temperatura zmroziła mu wszystkie mięśnie twarzy. Wiedziałem, że cierpi i nie chce dać tego po sobie poznać. Miał na sobie ciężką, wręcz gigantyczną zbroję, która nadawała niesamowitej masy jego i tak imponująco wielkiemu ciału. Teraz pod pancerzem pełno było dodatkowych szmat i ubrań by jak najdokładniej oddzielić lodowaty, oszroniony metal od ciała. Musiało być mu gorąco oraz piekielnie niewygodnie. Wszyscy namawiali go by zostawił ten pancerz, ale uparł się, że zbroja jest dla rycerza drugą skórą. I że tylko wąż zmienia skórę. Chcieli dać mu karabin, ale upierał się, że od zawsze wystarczył mu jego bitewny młot, którego nikt inny nawet nie był w stanie podnieść. Dopiął swego. A teraz widziałem, że cierpi. Dumny wojownik o kamiennej twarzy w którego oczach szkliły się łzy zmęczenia. Jego duch nie słabł, ale ciało nie nadążało za jego dumą. Już wyciągałem w jego kierunku dłoń by poklepać go po ramieniu i podać mu butelkę wina. Zrezygnowałem jednak czując, że nie powinienem mu przeszkadzać. To była jego najważniejsza walka. Z pewnością ważniejsza niż sama bitwa.
Odwróciłem od niego spojrzenie by przyjrzeć się jak znoszą te warunki rodowici Hakramowie. W pierwszej chwili poczułem zazdrość widząc jak siedzą podzieleni w grupki przy ogniskach, nie dając po sobie poznać, że temperatura robi na nich jakiekolwiek wrażenie. Byli spięci i zdeterminowani, ale wynikało to raczej z naszej sytuacji niż z pogody. Ale nie potrafiłem im się dziwić. Żyli od dziecka w tych przeklętych górach, często lepiąc bałwany nawet latem. Należało im się od życia by teraz mogli czuć się lepiej od ludzi z południa jak ja i Kaav. Nie rozmawiali zbyt wiele ze sobą. Większość liczyła amunicję, doglądała broni. Wszyscy mieli nowe, karabiny z sześciopociskowymi bębnami ładowanymi pociskami zdolnymi przebić nawet żelazną ścianę wagonu. Byłem z siebie dumny. To właśnie ja odpowiadałem za to, że ładunek broni nie trafił do Zakonu, a w ręce rebeliantów z którymi od dawna współpracowałem. Teraz każdy z nich spoglądał na mnie z uznaniem, często pochylali z szacunkiem głowami. No, prawie każdy...
W tej chwili moje spojrzenie utkwiło na Hari Warssen. Jak zwykle miała sztywną postawę oraz surowy wyraz twarzy. Jak zwykle nosiła na sobie mundur w randze porucznika. Przyzwyczaił się już do widoku umundurowanej hakramskiej szlachty, mimo że dowodzili oni jedynie oddziałami wyjętych spod prawa partyzantów. Zresztą Hakram nie potrzebował munduru by dowieść swego szlachetnego pochodzenia. Cała tajemnica tkwiła w ich włosach. Otóż w Hakramie nie pojawiali się ludzie rudzi, blondyni, bruneci. Każdy człowiek zrodzony pośród tych gór miał włosy czarne jak smoła. Bez wyjątków. Jedynie ludzie w których krążyła szlachetna krew wyłamywali się z tej zasady. Na ich głowach pośród czarnych włosów pojawiały się białe pasemka. Często było ich tylko kilka w różnych miejscach. Niektórzy jednak miewali na głowie liczne białe kosmyki układające się w różne wzory pośród czerni. Wśród ludzi krążyły legendy, że Hakram zostanie wyzwolony gdy władzę przejmie król o śnieżnobiałych włosach. Póki co nigdy się taki nie urodził, ale przywiązanie do włosów było dla tych ludzi silniejsze niż wojskowe stopnie. Wszyscy odruchowo podporządkowywali się tym którzy mieli na głowie więcej bieli. Uważano takich ludzi po prostu za lepszych od innych. Hari miała jedno grube pasmo białych włosów po prawej stronie głowy. Zapuściła je tak by było znacznie dłuższe od reszty jej fryzury i wiązała je w warkocz z równie długim pasmem czarnych włosów. I faktycznie była lepsza od innych. Dla mnie wręcz doskonała. Gdybym jej nie poznał. Gdyby w moim sercu nie rozpalał się ogień na myśl o tej królowej lodu. Gdyby nie możliwość służenia w jej oddziale.. nigdy by mnie tutaj nie było. Nigdy nie naraziłbym życia w tej skazanej na porażkę wojnie.
Ale ta grupa straceńców to nie było wszystko. Mimo że zawsze z dala od ciepła ognisk, zawsze na osobności, zawsze w cieniu, wiedziałem, że mogę go znaleźć w okolicy. Długo musiałem walczyć z ciemnością i zasłoną opadającego z nieba śniegu, nim zdołałem go ujrzeć. Stał na skraju wzgórza, spoglądając w dół zbocza. Był skupiony na bitwie która nas czeka. W myślach pewnie cieszył się już tym starciem. Przeklęty Aircorn. Powiedziałbym, że wszyscy Aircornowie są tacy sami. Drapieżni, niebezpieczni i okrutni. Na szczęście Dervis był jedynym Aircornem jakiego znałem, chociaż z tego powodu to właśnie on kształtował mój pogląd o tych potworach. Bo czy nie jest potworem ktoś kogo palce kończą się szponami i kto zamiast zębów ma same ostre kły, jak u wilka? Do tego ubrany był jedynie w cienkie, płócienne spodnie. Słyszałem, że jego rodacy żyją na gorącej wyspie gdzie jest wieczne lato. Dervis jednak wspaniale czuł się w zimnie. Jego skóra zawsze miała bladosiny odcień, a on zdawał się przybierać na sile właśnie w największe śnieżyce. Przy pasie miał pistolet, ale dobrze wiedziałem, że prawie nigdy go nie używa. Szpony oraz kły też były jego ostatecznością. Jego prawdziwą bronią był lód który potrafił przyzywać i kontrolować. Magia. Każdy człowiek doskonale wie, że na tym świecie magią potrafią posługiwać się tylko demony oraz Aircornowie. Większość w ogóle nie dostrzega różnicy.
- William, długo będziemy musieli jeszcze czekać?- głos siedzącego przy mnie Kaava wydawał się bardzo odległy. Odwróciłem się w jego stronę przez chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią.
Część 22 / 2
- Przykro mi przyjacielu, ale nie wiem. Dla mnie każda chwila będzie dobra. Chciałbym wreszcie zasnąć, sam wiesz. Ale porucznik sądzi, że musimy czekać do godziny po północy. Wtedy mróz ma być największy co nam da przewagę, a wroga złamie i bardzo utrudni mu jakiekolwiek działanie- powiedziałem tyle ile wiedziałem, ale Kaav wydał się urażony tym stwierdzeniem.
- A nam zimno nie szkodzi?! Cholera! Ja tutaj już ledwo się ruszam!- w końcu musiał dać ujście swojemu zdenerwowaniu. Wiedziałem, że tak zareaguje. Znałem go od lat.
- Otóż to. Jesteśmy z południa. W zasadzie jesteśmy dla tych rebeliantów wskazówką jak bardzo cierpieć będą nasi wrogowie. Są Vallidami jak ja. I tak samo jak ja nie są przyzwyczajeni do tego lodowego piekła. To nasza największa przewaga- Kaav rzucił jeszcze tylko jakieś szpetne przekleństwo. Wiedział, że mam rację. Ale wcale mu się to nie podobało. Mi zresztą też nie. Nienawidziłem zimna. Dlaczego Hari musi być akurat hakramską szlachcianką. Wolałbym gdyby pochodziła z Afilii. Pustynna piękność, żyjąca w ciepłym, egzotycznym kraju... Nie. To właśnie lód jej duszy najbardziej mnie pociągał. Chyba z wiekiem nabieram zapotrzebowania na dążenie do samounicestwienia.
Pragnąc chociaż trochę rozruszać skostniałe nogi spróbowałem się podnieć. Wsparłem się o karabin i przeniosłem na niego cały ciężar swojego ciała. Nawet nie odczułem chwili gdy stałem już wyprostowany. Stopy miałem tak skostniałe, że odnosiłem raczej wrażenie jakbym unosił się w powietrzu... Dopiero po chwili stopy postanowiły o sobie przypomnieć bolesnym mrowieniem. Pozbawionym ducha krokiem podszedłem do pani porucznik. Partyzanci spoglądali na mnie zaciekawieni. Mieli nadzieję, że może usłyszą coś ciekawego.
- Ile jeszcze czasu do ataku, pani porucznik?- zapytałem na dobry początek rozmowy. Ona spojrzała w moim kierunku swoimi szarymi oczyma. Twarz miała skupioną, pełną determinacji. W takich chwilach, gdy jej usta były mocno zaciśnięte, a stres uwydatniał wszystkie rysy jej twarzy, zdawałem sobie sprawę z tego jaka jest piękna. Jak można wysyłać na wojnę takie cudowne istoty? Vallidzi wychodzili z założenia, że mężczyzna powinien walczyć i bronić kobiety. Hakram był jednak państwem praktycznym. Skoro potrafiła i chciała walczyć to czemu miałaby tego nie robić?
- Przecież masz swój zegarek, panie Harqunett- nienawidziłem gdy zwraca się do mnie po nazwisku.. Chociaż zawsze to robiła. Może jednak trochę to lubiłem. Zwłaszcza gdy moje nazwisko padało z jej ust. No i miała rację. Znałem godzinę. Mieliśmy jeszcze kwadrans. Ale to znaczyło, że najpóźniej