podroze · 8 min czytania
...i mówcie do mnie królowo...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"... iść, ciągle iść w stronę słońca, w stronę słońca, aż po horyzontu kres..."
60 km, samotność, wiara, walka ze strachem, własnymi ograniczeniami i diabłem podszeptujacym: poddaj się, własne nogi, góry, uciekający czas, mgła, spotkanie z jeleniem i ucieczka, ostatnie 5 godzin w deczczu - czyli dwunastogodzinna podróż w czasie i przestrzeni. Wystartowałam o 8.30 z Międzygórza, potem kolejno: schronisko pod Śnieżnikiem czerwonym szlakiem, Śnieżnik zielonym i z powrotem, Czarna Góra czerwonym szlakiem, Przełęcz Puchaczówka czerwonym, Kąty Bystrzyckie czerwonym, do Radochowa drogą asfaltową, Radochów - Jaskinia Radochowska zielonym, Jaskinia - Przełęcz Kłodzka szlakiem niebieskim i stamtąd drogą 46 już po ciemku do Kłodzka. Czas powrotu 20.30 Bałam, bałam się szalenie, że pogoda pokrzyżuje mi plany. Gdyby padało od początku... ale na szczęście nie. Podróż zaczęłam na wysokosci około 650 m n.p.m., pełna wiary i mocy. Po półtorej godzinie byłam już przy schronisku. Szczyt czekał. Wejście zajęło mi 20 minut a Śnieżnik (1425 m n.p.m.) przywitał wiatrem, zamarazjącą mżawką i łachami śniegu. W jednej chwili zrobiło się przeraźliwie zimno i ciemno; kilka fotek i trzeba było uciekać w trosce o własne zdrowie; nadmienię, że wiało tak, że o mało mnie nie przewróciło. W schronisku czekała nagroda: gorąca herbata z cytryną i jak zwykle przepyszny bigos. Tu też był czas na pierwszą zmianę przepoconej bielizny. Najgorsze co może spotkać podczas marszu to wychłodzenie, więc siłą rzeczy ekwipunek musiał być uzupełniony o suche podkoszulki, skarpety i zapasowe spodnie, oraz buty i ciepłą bluzę. Lepiej dźwigać, niż ma braknąć - uwierzcie, bądż nie, minimalizm ma swoje ograniczenia, kiedy wybieramy się w góry. Potem w stronę Czarnej Góry i pierwsze minięcie ze szlakiem, i strata 30 minut, na szczeście w porę spostrzeżona. Na szczycie lodowaty wiatr, zero widoczności, szybki posiłek i w drogę. Z góry zbiegłam, uwielbiam to, zresztą mniej się męcze zbiegając niż maszerując. Pierwsze zderzenie z cywilizacją na Przełęczy Puchaczówka i znów wątpliwości z oznaczeniem szlaku. Jacyś turyści niby mieli isć za mną, w tym samym kierunku, ale nie znajdując znaczka poszli asfaltem. A mnie czekał już całkiem samotny marsz, bo wchodziłam w rzadko uczęszczany szlak. I musiało, musiało 10 minut deszczu, podmoczyło mi buty, na szczęście przestało i nawierzchnia z podmokłej łąki zmieniła się w kamienistą. A buty podeschły, i płaszcz przeciwdeszczowy znów maszerował przytroczony do plecaka. Idąc szlakiem minęłam co najmniej dwie świetnie przygotowane trasy rowerowe, które jak mniemam będą w zimie doskonałymi trasami biegowymi. Czyli region podczarnogórski, stroński rozwija się w dobrą stronę, ogromnie mnie to ucieszyło. I coś co mogłam przypłacić conajmniej zdrowiem. Spotkanie z jeleniem. Usłyszałam jak porykuje i nieudolnie, ale jednak skutecznie naśladując, przywołałam go z gąszczu. W jednej chwili, jak go ujrzałam (chyba dziesiątaka, wielkiego byka) przypomniałam sobie, że w czasie rykowiska są one bardzo agresywne, oraz fakt, że mialam okres zwiększał ryzyko jeszcze bardziej. (Jeśli ktoś ma wątpliwości skąd takie wysokie ryzyko, niech sobie dopowie dlaczego do obór, gdzie hoduje się byki zarodowe, nie wolno wchodzić kobietom, które mają okres.) Na szczeście spłoszyło go głośne klaśnięcie w dłonie i okrzyk taki na wpół indiański, dziki, potem uciekłam co sił w nogach, bo nigdy nic nie wiadomo. Siłą rzeczy nie było mowy o zdjęciu, ale mam przed oczami jego ździwione spojrzenie, kiedy się wynurzył przede mną - tyle mi wystarczy. Podczas ucieczki źle stanęłam i lekko nadwyrężyłam ścięgno w prawej nodze. Potem bolało jeszcze mocniej, ale do tego jeszcze wrócę. Kąty Bystrzyckie, urocza…