Inne · 6 min czytania
I powiem Ci...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}I powiem Ci...{/b}
Życie pisze o wiele bardziej zaskakujące scenariusze niż najbardziej wymyślne telenowele, które tak namiętnie oglądałaś, maleńka. I nie masz żadnego przycisku, którym mogłabyś to zatrzymać. Nie przełączysz na inny kanał. Nie masz na to wpływu, złotko. Oglądasz świat jak przez szybę; Twoje oczy, Twoje zmysły są barierą, która filtruje bodźce, odcienie kolorów, natężenie światła. Kształty, które oglądasz na co dzień, są wykoślawioną lustrzanką samych siebie. I co? I nic. Tak po prostu jest, mała. Nie zmienisz tego. Każda zmiana, każda podjęta terapia jest w istocie inną zaporą. Nie jest tak, jak myślisz... cokolwiek sobie myślisz. Nic nie wiesz o sobie... a sądzisz, że wiesz wszystko o mnie. Wiesz to, co powinnaś, myszko. To, co pozwoliłem Ci wiedzieć. To, co chciałem, byś wiedziała. Najpierw sprawdź siebie. Ja Ciebie już przetestowałem. Wtedy. Dawno temu. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Ty ciągle wierzysz, że przypadkiem... Nie ma przypadków, skarbie. Wszystko zależy od sprawności reżysera. Nie, nie od scenariusza. To ściema. Trzeba improwizować. Plany zawodzą. …może poza moim. Mój nie zawiódł.
Pierwszy raz zobaczyłem Cię przez okno. Zbyt banalnie? Nic na to nie poradzę. Ja widzę to inaczej. Rozświetliłaś blaskiem mój dzień, który był koktajlem zmęczenia, nerwów i stresu. Rozwiałaś trywialność, malutka. Nie mogłem się nie zauroczyć. Myślę, że Cię szukałem. Nieświadomie. Przeczuwałem, że gdzieś w pobliżu jest coś... jest ktoś, kogo należy szukać. I trzeba znaleźć. W pracy było strasznie, ani chwili wytchnienia. Gdy dowlokłem się do mieszkania, nie miałem nawet siły zapalić światła. I aż dziw bierze, że nie zwaliłem się ciężko na łóżko zasypiając już locie. Podszedłem za to do okna, o święty paradoksie. Rozsunąłem żaluzje. Na zewnątrz zapadła już wyczekiwana noc, zalała czernią całą mą niechęć. Mój wzrok poszybował ku ulicy, odruchowo; zdegustowany odbił się ku niebu, ale zatrzymał się w połowie trasy... na Tobie. Stałaś, półnaga, na środku pokoju. Zdawało się, że tylko cienki materiał koronkowej firanki dzieli mnie od Ciebie. Zapalone w Twym pokoju światło, i to wcale nie wstydliwy poblask lampki nocnej, a jasny i śmiały płomień płynący z żyrandola, czyniły Cię doskonale widoczną. Aż chciało się wyciągnąć rękę... dotknąć. Przekonać się, czy delikatny materiał Twych majtek jest rzeczywiście tak subtelny i nietrwały. Nacieszyć nie tylko wzrok. Pamiętam to dokładnie, mała. Rozczesywałaś włosy, których fala swobodnie spływała Ci na odsłonięte ramiona, ruchem płynnym i miękkim. I czyniłaś to... świadomie? Nieświadomie? Tego jednego do tej pory nie udało mi się rozgryźć. Byłaś tym, czego właśnie potrzebowałem. I miałem to za darmo, za nic, ot, tak, na przypał, na głupa. Trafiło się... Nie wymagało przy tym adoracji, kwiatów, ani monet wrzucanych do specjalnego otworka…