melodramat · 8 min czytania
"I still need your hand"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w równomierny stukot kół pociągu. Starałam się ignorować ich dźwięk, ale melodia z odtwarzacza przegrała w tym starciu. Nie mogłam spać, mimo że ten weekend... ba! Cały tydzień, był jednym z bardziej męczących okresów tych wakacji. Pewnie nie tylko wakacji. Komórka wibrowała prawie cały czas od kiedy tylko wsiadłam do pojazdu. Pisali i ci, którzy właśnie mnie pożegnali i ci, do których właśnie wracałam. I jedni i drudzy w tym momencie nie byli istotni. Nie tylko w tym momencie. Wzdrygnęłam się na samą tę myśl. Jakbym zdradzała tych wszystkich ludzi, których nazywam przyjaciółmi. Nie, nie tylko nazywam – oni nimi są. I wiem to, udowadniają mi ten fakt zawsze, na każdym kroku i naprawdę ich kocham, ale nie to zaprzątało mi myśli. „Gdzie jesteś dziś...? Gdzie ciebie szukać mam?” piosenka Szymona wydry tłukła mi się po głowie, choć wcale jej nie lubiłam. Za to idealnie oddawała stan mojego ducha. Tęsknię za nim. Tak cholernie, dramatycznie, żałośnie i naiwnie tęsknię za człowiekiem, który mnie zostawił. Bo był „niedojrzały do tak poważnego związku”. Boli. Wciąż boli, choć natężenie i rodzaj tego bólu zmienia się z każdym dniem. Znów przebiegły mi po plecach dreszcze. Nie lubię o tym myśleć. Zawsze starałam się odpędzać wspomnienia, ale wiedziałam, że im później mnie dopadną (a to było jak najbardziej nieuniknione), z tym większą siłą pokonają pozorny wewnętrzny spokój. Nie wyjechałam po to, żeby zapomnieć. Wiedziałam doskonale, że „no matter what I do, I can’t get away from you”... znaczy od niego, od tej pustki, którą po sobie zostawił. I że to nie ważne gdzie będę, jak daleko na północ, południe, wschód czy zachód zaciągnę swoje ciało, on będzie w mojej głowie, a ja wciąż będę potrzebować jego dłoni, żeby móc sie uśmiechnąć. Żeby móc żyć. Żeby wskazówki moich zegarów ruszyły z miejsca. Bo czas, od tamtego dnia, stanął w miejscu. I ani tłum poznanych ludzi, ani ilość odwiedzonych przeze mnie miejsc, jakość wypitych alkoholi, nie zmieni tego. Nawet spotkanie z nim, takie ostatnie, jedno z serii tych „dla zasady” zlało się w jedną, mokrą i nieprzyjemną masę mgły. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek nie czuję się sobą. Nie czuję jak krwawię, mimo, że widzę i czuję rany, z których sączy się ta lepka papka resztek mojej emocjonalnej osobowości. Prawie tak, jak wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni i gdy niebo płakało nad nami, nad tą eutanazją mojej, już dawno martwej klinicznie, nadziei... Otwarłam oczy rozglądając się nieprzytomnie po przedziale. Tak jak myślałam – naprawdę w nim jestem. A właściwie moje ciało. Czuję, że jest głodne, że powinnam dostarczyć mu jakichś produktów odżywczych, ponieważ przeszło doszczętne alkoholowe płukanie. Nie ważne, nie zależy mi na nim. Na niczym mi już od dawna nie zależy, nic nie jest ważne. W nic już nie wierzę. W odtwarzaczu początek znanej melodii. Zbyt dobrze znanej, by ją zignorować. „Thought you said that you love me, thought you said that you need me...” o tak. Tak mówił. Jak najbardziej. Każe słowo tego kawałka wywołuje natychmiastowe reakcje mojego organizmu, który próbuje pozbyć się toksycznych myśli przy pomocy łez. Ale ja już nie umiem płakać. Limit został wyczerpany. Moje oczy są tak samo suche, jak i puste. Przerażające. Widać to. Widać to na każdym kroku, z każdej strony. Widzą to ludzie, których znam i których dopiero poznaję. „Dziewczyno! Otrząśnij się! Nie jest tego wart!” Ha! Wiem, że jest. Że był. Przecież nie mogę go winić, za to, że nie umiał odwzajemnić moich uczuć. Że pobawił się w coś, co było „tru” i uznał, że jednak jeszcze nie teraz, że trzeba trochę porozrabiać z kolegami, pobawić się bez zbędnych obowiązków, pobyć nieodpowiedzialnym i dostać po łapach od życia, ale nie za…