Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 15 min czytania

I świeci tylko dla mnie...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Miasto błyszczało z oddali, jak gwiazdka, która spadła z nieba i osiadła miękko w białym puchu, udając płatek śniegu. Ale w bezksiężycową, bezgwiezdną noc nic nie lśniło choćby w połowie tak jasno jak San Nicolas - ani choćby w połowie tak pięknie. Noc przylgnęła do jego prostopadłych, pionowych ścian, przykrywając czernią i granatem wszystko, czego nie zakrył wcześniej śnieg - ale miasto nie spało. Tu i ówdzie z okien biło jasne, białe światło - niby zawieszone w ciemności, jak gwiazda. San Nicolas wyglądało, jeśli przyjrzeć mu się stojąc tuż poza jego obrębem, jak skrząca się galaktyka. Droga Mleczna usiana tysiącem upartych słońc. Chłopak sunął pustymi ulicami, wypuszczając nosem kosmate kłęby pary. Brnął przez śnieg, z uporem ratraka rozkopując zaspy, wyściełające każdy skrawek płaskiej powierzchni w całym mieście i wszędzie wokół niego. Nie miał siły skakać przez grubą na pół metra warstwę białego puchu. Posuwał się o kolejne centymetry, wlokąc nogi za sobą z takim wysiłkiem, jakby miał na nich ołowiane buty. Wcisnął dłonie głęboko w kieszenie i zgarbił jeszcze bardziej. Zamknął oczy. Szedł, coraz wolniej i wolniej, i tylko białe, kosmate kłęby, buchające raz po raz z fioletowego z zimna nosa pozwalały się domyślać, że jeszcze żyje. Todd pogrążał się w sobie, a gdzieś między odrętwieniem a snem zrodził się dziwny błogostan. Śnieg wydał mu się nagle lekki i ciepły, powietrze przestało kłuć, oddech nie rozsadzał już płuc, a słabe uliczne latarnie zdawały się robić zadziwiający pokaz świateł jakby specjalnie dla niego. Odblaski tańczyły na karoseriach i szybach zaparkowanych rzędami po obu stronach ulicy, na wpół zasypanych samochodów. Spod zmrużonych powiek świat wyglądał jak choinka. Gdy coś zahamowało tuż przed nim, Todd pomyślał w pierwszej chwili, że to samochód - i cofnął się o pół kroku, jakby kierowca mógł się rozmyślić i jednak go rąbnąć. Ale nie był to samochód. - Witaj. Gdy Todd cofnął się na tyle, by móc ocenić, zobaczył, że miało to kształt i rozmiar solidnego minivana. Ale nie posiadało kół. Unosiło się w powietrzu, wachlując płynnie dwojgiem płetw po bokach. Było wściekle żółte. I gapiło się na niego dwojgiem okrągłych, czarnych ślepków. No i gadało. - Ryby przecież nie mówią... - wybełkotał Todd, bardziej chyba do siebie niż do kwadratowej, żółtej ryby. Ale ta, jeśli mówiła, to i pewnie go słyszała. Stworzenie parsknęło - trochę jak ktoś udający silnik dwusuwowy. Gdyby nie niemal sześciokątny kształt, pewnie pokręciłoby głową. - Znowu to samo... - mruknęło do siebie. Miało łagodny, ciepły, kobiecy głos; jak przestudzone kakao. - Faktycznie, nie mówią - przyznała ryba ironicznie. - I nie latają! A przynajmniej nie powinny. Osiadła lekko na śniegu. O dziwo, puchowa kołderka nie zapadła się pod nią. Ryba westchnęła ciężko. - A ludzie nie powinni budować miast na Antarktydzie - ciągnęła po dłuższej chwili namysłu. - Ale... ale to co innego... - wybełkotał chłopak, cały czas z niedowierzaniem i cieniem odrazy spoglądając na kanciastą rybę wielkości japońskiego samochodu. - Przecież... gadająca, latająca ryba... to po prostu... niemożliwe... - A budować miasto na lodowcu na biegunie południowym to głupota. Chłopak zadumał się przez chwilę. Zmierzwił brwi. - Też prawda... - przyznał. - Chodź, wezmę cię na małą przejażdżkę - zaproponowała ryba. Uniosła się lekko w powietrze, machając płetwami po bokach. Todd popatrzył na nią i zamrugał oczyma. - No dobrze... - stwierdził w końcu. Podszedł do ryby i przeciągnął ręką po jej żółtym boku, wyraźnie czegoś szukając. - Gdzie tu masz jakąś klamkę? - A czy ja ci wyglądam na samochód? - No... Trochę... Jak żółta taksówka... - A mam na grzbiecie znaczek TAXI? Todd cofnął się o kilka kroków. Stanął na palcach, starając się zajrzeć na domniemany dach. - Nie - stwierdził. - No więc nie jestem taksówką. Tylko latającą rybą. To bardzo proste i logiczne, jak się nad tym zastanowić. - No to gdzie mam usiąść? A może po prostu złapać cię za tylną płetwę i wio? - Na oklep - stwierdziła ryba. Gdyby miała ramiona, pewnie by nimi wzruszyła. - Jeździłeś kiedyś na koniu? - Nie - odparł Todd. - Może i ludzie są głupi, budując miasta na lodowcu, ale jeszcze nie zdurnieliśmy na tyle, żeby przywozić tu konie. - Nie szkodzi - stwierdziła ryba obojętnie. - Jazda na oklep na rybie to i tak zupełnie co innego. Wskakuj! Ryba osiadła głębiej w śniegu a chłopak wziął lekki rozbieg i wdrapał się na nią. Gdy już siedział na jej grzbiecie, musiał przyznać, że to rzeczywiście zupełnie nie to, co jazda na koniu, choć ani jednego ani drugiego wcześniej nie robił. Jazda na oklep na rybie przypominała raczej... jazdę na oklep na dachu minivana. Todd rozejrzał za czymś, czego mógłby się złapać - bo choć nie miał doświadczenia w rodeo na japońskich samochodach, to nie trzeba było geniusza, żeby przewidzieć, że jazda bez trzymanki mogła się skończyć w najlepszym wypadku niezbyt przyjemną podróżą twarzą po jezdni. Przesiadł się nieco do tyłu i kurczowo złapał się płetwy grzbietowej. Żółta ryba minivan stęknęła cicho. W niezwykłych okolicznościach - a za takie od biedy możnaby uznać sytuację, w której chłopak z miasta na Biegunie Południowym spotyka gadającą, żółtą rybę rozmiaru dwa na dwa na trzy metry - rzeczy zwykłe czasami człowiekowi po prostu umykają. Todd zapomniał więc zupełnie, że szedł do domu i był bardzo głodny. I nie przyszło mu do głowy zapytać, gdzie jadą.

***

Ryba pojechała wzdłuż ulicy, sunąc tuż nad puchową pierzyną śniegu jak poduszkowiec, a za zakrętem uniosła się w powietrze. Wznosiła się jak helikopter - z dziobem pochylonym lekko w dół wzlatywała niemal idealnie w pionie. Todd, rozglądając się na boki, wzierał do oświetlonych mieszkań, w których ludzie zapomnieli, że dawno powinni spać. Był środek nocy. Ale też nie dziwił im się aż tak bardzo. W końcu trochę można się pomylić, gdy środek nocy trwa kilka miesięcy. Nie mówiąc już o tym, że można oszaleć z nudów. Chłopak nie wychylał się i nie patrzył w dół. I nie bał się. Wznosili się coraz wyżej i gdyby teraz spadł z grzbietu ryby, zdążyłby się znudzić w locie, nim by się roztrzaskał o ziemię. Byli już wysoko ponad miastem, gdy ryba w końcu zatrzymała się a potem ruszyła do przodu. Coraz szybciej i szybciej. San Nicolas zniknęło gdzieś w dole, za ich plecami, a z oddali wydawało się tylko gwiazdą osiadłą w granatowym śniegu. Ryba sunęła bezszelestnie między ścianami lodowców - wielkimi i złowrogimi jak budynki rządowe; starszymi niż ludzka głupota. - Jak masz na imię? - spytało stworzenie. - Todd - odparł chłopak spokojnie. W międzyczasie zdążył jako tako przywyknąć do zaistniałej sytuacji. Zupełnie nie docierało do niego też, że od ziemi dzieli go kilkaset metrów. Nie czuł strachu, zmęczenia, głodu ani zimna. - A ty? - Jestem tylko rybą. Po co ktoś miałby mi nadawać imię? - Tak tylko pomyślałem... No ale masz rację, to by była przesada. Kot, pies albo legwan to i owszem, ale ryba... to by rzeczywiście była lekka fanaberia - stwierdził Todd. - Tylko w takim razie, jak ty o sobie myślisz? - Dla siebie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
I świeci tylko dla mnie... — czytnik · opowiadania