Fantasy · 50 min czytania
"...i z ręki brata zginie jasnowłosy..."
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cedrik szybko uczył się bycia królem. Nic dziwnego, był wszak królewskim synem i bystrym chłopcem. Nie pozwolił sobie na długie rozpaczanie, nie dał się przygnieść nawałowi obowiązków. Jedynie w nocy pozwalał sobie na kilka ukrytych łez, o których wiedziały tylko ciężkie, zdobione złotą nitką poduszki. To im pozwalał na bycie jedynymi świadkami własnego smutku po stracie ojca i zmęczenia kolejnymi zadaniami, które stawiał przed nim każdy nowy dzień. Gdy wstawało słońce, Cedrik pokazywał Alderze twarz o zdecydowanych, choć jeszcze pucołowatych rysach, i spojrzenie niezamglone rozpaczą. Tylko poduchy w jego łożu wiedziały, ile wysiłku go to kosztowało. Choć tak naprawdę, wiedział także Wilk, który pozostał przyjacielem chłopca również w tych nowych warunkach. Cedrik, otoczony doradcami, przysłuchiwał się wprawdzie słowom uczonych polityków i doświadczonych w boju dowódców, ale największym zaufaniem darzył zawsze skromnego strażnika w kaftanie z wilczej skóry. Dwór też szybko zorientował się, jak dobrze obecność Wilka wpływa na małego króla, i póki ten nie starał się zawłaszczyć dla siebie ważnych tytułów i bogactw, patrzył na poufałości z monarchą łaskawym okiem. Jasnowłosy strażnik zdawał się jednak nie dostrzegać, ile mógłby dla siebie zdobyć. Służył chłopcu radą, wsparciem i pomocą, nie żądając niczego w zamian. Wkrótce na dworze znalazła się jeszcze jedna osoba, którą Cedrik nazywał przyjacielem. Wiosna nie zdążyła jeszcze na dobre zawitać do Aldery, gdy, wykorzystując zimową migrację swego ludu, przybyła do Ylitorn świta króla Avregów. Posunięty już mocno w latach, siwy i przygarbiony wiekiem monarcha o pociągłych uszach i skośnych oczach, pojawił się by złożyć nowemu władcy ludzi kondolencje z powodu śmierci ojca i przedstawić swego następcę - syna o imieniu Torn. Cedrik polubił niewielkiego Avrega, jednak widok dobrze przygotowanego do swej roli króla uświadomił mu, jak wiele sam utracił przez przedwczesną śmierć Rufusa. Choć starał się nadrabiać miną, jego przygnębienie było tak widoczne, że poruszony Torn postanowił pozostawić w Ylitorn Avreżkę pełniącą rolę błazna na jego własnym dworze. Malutka Chii, sięgająca Cedrikowi zaledwie brody, poprawiała mu humor pokazami umiejętności swego ludu - kazała zamieniać się żabie w ptaka i odlatywać ku niebu, wyczarowywała bajeczne kształty z przepływających nad pałacem chmur i powstrzymywała wzrokiem bieg wody w fontannach. Poza tym, a może właśnie przede wszystkim, nie wymagała od Cedrika by był kimkolwiek więcej, niż był. A był jedenastoletnim chłopcem, który lubił łapać motyle i gonić żaby w stawie. To właśnie Wilkowi i Chii zawdzięczał nędzne resztki uroków dzieciństwa, które pozostały mu, gdy stał się królem ludzi w Alderze. Jednak, jako monarcha miał też swoje obowiązki i jego przyjaciele nie pozwalali mu o nich zapominać. To z rady Wilka mały król postanowił z początkiem wiosny wybrać się do Teers Haen, pokłonić się i nawiązać znajomość z przedstawicielami prastarego ludu Istara Denno. Rufus rozmawiał z przywódcami Dzieci Świtu w Alderze na początku swego panowania, Cedrik chciał mieć z nimi bliższy kontakt i nie zamykać się w pałacu w Ylitorn. Zresztą, jak każdy chłopiec w jego wieku, był też po prostu ciekaw tajemniczych Istara Denno z południa, o których krążyło tyle mitów. Umiejętności Chii wzbudziły jego szczery zachwyt, teraz chciał zobaczyć, co potrafią przybysze z Niilei. Gdy słońce ogrzewało już ziemię całkiem solidnymi promieniami, a zielona trawa pokryła rozległe łąki, Cedrik wraz z Wilkiem, Chii, najbliższymi doradcami i reprezentacyjnym oddziałem rycerzy stanęli w zamku, zbudowanym przed wiekami u wrót do królestwa Istara Denno. Jeszcze tego wieczora Iber i Ubra mieli spotkać się na niebie, zwiastując otwarcie bramy w Teers Haen. Dzieci Świtu otwierały bowiem podwoje swych ziem dla pozostałych obywateli Aldery zaledwie raz w miesiącu, pragnąc spokoju w pozostałym czasie. Młody król ubrał się szykownie i przygotowywał mowę na spotkanie z przedstawicielami dostojnego ludu, wojsko zaś rozlokowało się wygodnie w kwaterach za murem warownej budowli. I właśnie widok zbrojnych powitał przybyłych po długiej wędrówce Idara Denno. Nikt nie obawiał się napadu, toteż brama prowadząca do zamku stała otworem i nic nie przeszkadzało przyglądać się placowi okolonemu murem. W nikłym blasku poranka Dzieci Zmierzchu dostrzegły konie i niedbale oparte o ściany tarcze oraz miecze wojaków. Sami rycerze spali jeszcze twardym snem po kwaterach, znużeni marszem i wieczorną zabawą, jasnym jednak było, że Idara Denno nie dotrą do bramy do królestwa Dzieci Świtu bez kontaktu z wojskiem. Inoshikete ściągnął brwi, stojąc na wzniesieniu przed warownym grodem. Spodziewał się, że jego drużyna przejdzie przez wrota jeszcze przed świtem i nie niepokojona dostanie się do bramy Teers Haen. Wówczas pozostałoby im tylko przejście do Istara Denno, a dalej... Tego nie wiedział. On miał zginąć, Kayuu wyzwolić Dzieci Zmierzchu. Wyglądało jednak na to, że cała wyprawa zdała się na nic - ledwie słońce ujawni w końcu ich obecność, straż królewska rzuci się na intruzów i rozpocznie się piekło. Mało prawdopodobne, by udało im się przeżyć na tyle długo, by chociaż dwójka wskazanych przez drzewo przeszła przez bramę. Zbrojni rycerze to jednak nie kupa chłopstwa z widłami. - Zejdź ze wzgórza, Inoshi - Raika ściągnęła mężczyznę w dolinkę, gdzie nie dotarł jeszcze blask słonecznych promieni. - Potrzebujemy czasu, aby zastanowić się, co dalej. - Nie ukryjemy się tu długo - czarne oczy popatrywały na zamek nerwowo. W każdej chwili mogli zostać dostrzeżeni. - To prawda, ale każdy moment może przynieść jakieś rozwiązanie - dziewczyna zaprowadziła go do Kayuu i Saia, którzy tymczasem zastanawiali się, co począć. Być może udało im się na coś wpaść? Ich zmartwione miny wystarczyły za odpowiedź na niezadane pytanie. Idara Denno znaleźli się w potrzasku. Marsz naprzód oznaczał otwartą konfrontację z groźnymi przeciwnikami, cofnąć się nie pozwalał już brzask. - Nie rozumiem - Raika czuła się winna tej sytuacji. - W żadnej z wiosek, w której rozpytywałam o drogę, nikt nic nie wspomniał o przemarszu tak licznej drużyny. W dodatku Sai twierdzi, że jest pomiędzy nimi król. - Jest z pewnością - przytaknął pół-Avreg. - Widzieliście chorągiew ponad murem? Fiolet i złoto, to kolory Ylitorn. Wciągnęli ją, by oznajmić o przybyciu ludzkiego monarchy. - Więc mamy przed sobą kwiat rycerstwa Aldery - Kayuu spuściła wzrok. - Musimy szybko podjąć jakąś decyzję, żeby przynajmniej wykorzystać element zaskoczenia. - Sugerujesz atak? - Inoshi kręcił się niespokojnie, przechadzał się to w jedną, to w drugą stronę, nie znajdując dla siebie miejsca. - To jedyne możliwe wyjście z sytuacji - do ich rozmowy włączył się kolejny głos. Pomiędzy ich czwórkę sprężystym krokiem weszła odziana w czarny kaftan kobieta Idara Denno. Jej włosy splecione były w ciasny, przylegający do skóry warkocz, a policzki i czoło znaczyły trzy trójkąty narysowane farbą ceglastej barwy. Raika rozpoznała ją natychmiast. Nosiła imię Sho i cieszyła się posłuchem wśród pozostałych Dzieci Zmierzchu, toteż, gdy Akubiiru musieli się oddalić, Inoshi przekazywał jej dowództwo nad drużyną. Widać i tym razem zadziałała na własną rękę, bo zdawała się być już na coś zdecydowana. - Wybaczcie, Inoshikete-senya, Kayuu-senya - Idara Denno w każdej sytuacji pamiętali o dworskim skinieniu głowy przed Białą Krwią. - Wraz z pozostałymi podjęliśmy już decyzję co do naszego losu. To wy, Akubiiru, musicie żywi dotrzeć do ziem Istara Denno, my już wyruszając na tą wyprawę postanowiliśmy rzucić życie na szalę. Kayuu rozszerzyły się źrenice, schwyciła przybyłą za ramię. - Nie chcecie chyba... - Chcemy - Sho miękkim ruchem uwolniła swoją rękę, po czym przyklęknęła przed Inoshim na jedno kolano. - Inoshikete-senya, niech i nam wolno złożyć ofiarę dla wolności przyszłych pokoleń Dzieci Zmierzchu. Idara Denno uderzą na zgromadzonych za murami zbrojnych, po raz ostatni poddamy się smoczemu dziedzictwu. Wy, dwójka Akubiiru, w zgiełku walki dostaniecie się do bramy i poczekacie w komnacie na otwarcie się wrót. Bitwa potrwa długie godziny, nikt nie będzie próbował się do was dostać. Kayuu-senya dzięki swoim zdolnościom może powstrzymać was oboje od wpadnięcia w szał, dla pewności weźcie też pół-Avrega i Raikę. Waszym zadaniem od zawsze było dotrzeć do Dzieci Świtu. Naszym - umożliwić wam to. Ci, którym uda się przeżyć, doczekają wolności dla siebie i swoich dzieci. Sho opuściła głowę w geście poddania, czekając na decyzję swego przywódcy. Sama rozmawiała już ze wszystkimi w obozie i wiedziała, że wyrażone przez nią zamiary są podyktowane szczerą chęcią pomocy dwójce wybranych. Oto miał się rozstrzygnąć los Dzieci Zmierzchu i każdy chciał przyłożyć rękę do zwycięstwa nad Daikarem. - Sho, nie wolno wam... - Wolno - dłoń Inoshiego powstrzymała siostrę, kiedy ta rzuciła się w kierunku klęczącej. - Wolno im i zrobią to, co uznają za słuszne. Tym bardziej, że to jedyne, dzięki czemu może nam się udać, Kayuu. Kapłanka przez chwilę jeszcze zmagała się z myślami, po czym zrezygnowała. Gołym okiem było widać, jak nagle opadła z sił - jej ramiona zwisły luźno wzdłuż tułowia, ustąpiło napięcie mięśni wokół ust. Srebrnowłosa Akubiiru musiała się poddać, bo brat rzeczywiście miał rację. Nie znajdowała innego wyjścia. - Wielu zginie - zaoponowała jeszcze drżącym szeptem. - Wiemy o tym, Kayuu-senya - Sho uniosła się z przyklęku, raz jeszcze skinęła głową tym, których uznawała za wyższych od siebie i odeszła do pozostałych Dzieci Zmierzchu. Raika mogła tylko bezczynnie się przyglądać, jak ta wysoka i dumnie wyprostowana kobieta podejmuje decyzję, która najprawdopodobniej jeszcze przed nastaniem wieczoru kosztować ją będzie życie. Tak samo wiele lat temu mała dziewczynka przyglądała się, jak Reino z ojcem znika w bramie Uniwersytetu Nardeny... Z tych nagłych wspomnień wyrwał ją Sai, który z kolei postąpił krok naprzód w stronę czarnoskórego wojownika. - Inoshi - bąknął, jakby jeszcze nie do końca zdecydowany, co chce powiedzieć dalej. - Umiejętności Kayuu i Raiki wystarczą, abyście nie popadli w szaleństwo. Ja - wziął głęboki wdech, jak przed skokiem w głęboką wodę. - Ja chcę wziąć udział w walce. Tym razem nie spanikuję na widok wściekłych Idara Denno i będę mógł im pomóc. Avregowie wiele potrafią. - Nie wiesz, co mówisz, Sai! - zaprotestowała tym razem dziewczyna. - Jeśli smocze dziedzictwo opanuje Dzieci Zmierzchu, ty także możesz stać się ich ofiarą! Inoshi, nie pozwól mu! Prosiła jednak na darmo. Inoshikete, poświęcając własne życie, rozumiał też gotowość do oddania go, którą okazywali pozostali. - Zachowaj wszelkie środki ostrożności - przykazał tylko pół-Avregowi, skinąwszy głową. Kurdupel może i działał pochopnie, może i był lekkomyślny, ale swoje życie raczej lubił i nie podejmie niepotrzebnego ryzyka, tymczasem rzeczywiście mógł wiele zdziałać dla Idara Denno. - Sho wraca - zauważyła Kayuu. - Ustalmy jakiś schemat działania. Planowanie nie zajęło im wiele czasu. Dzieci Zmierzchu miały zwartą gromadą uderzyć na rycerzy zgromadzonych w zamku i zająć ich na tyle, by nie mieli czasu oglądać się na boki. Wówczas dwójka Akubiiru wraz z Raiką przemkną się pomiędzy walczącymi na wewnętrzny dziedziniec i dotrą do centralnej komnaty budowli, gdzie, wedle zgromadzonych przez nich wcześniej informacji, znajdowała się brama Teers Haen. Sai miał za zadanie pozostać na wzgórzu przed murem i stamtąd osłabiać i dezorientować królewską straż. W razie niebezpieczeństwa jego jedynym zadaniem pozostawało zachować życie. Idara Denno stanęli na szczycie pagórka, mając za plecami swoje wierzchowce - smoki, mieniące się w świetle jak szlachetne kamienie, na złoto, zielono, czerwono i granatowo. Teraz byli już doskonale widoczni w porannych promieniach słońca. Ciemnolice twarze wyrażały zdecydowanie. Paszcze jaszczurów rozwierały się miarowo, co przypominało makabryczny uśmiech szaleńca. Po raz pierwszy chyba Dzieci Zmierzchu świadomie i z pełną odpowiedzialnością poddawały się działaniu smoczego dziedzictwa. Wielu miało nie dożyć wieczora - zdawali sobie sprawę z podjętego ryzyka. Widok wrogów wystarczył do metamorfozy - kilkorgu zaczynały już jarzyć się tęczówki, reszta z niezmąconym niepokojem spojrzeniem wpatrywała się w rycerzy za murem. Zbrojni pobudzili się już i zaczynali niemrawo kręcić się po placu. Oni, także skazani już na śmierć, nie zdawali sobie jeszcze sprawy z zagrożenia. A jednak zaraz po przebudzeniu, jak nakazywał ich kodeks, wciągali na siebie stalowe napierśniki i hełmy. "Widziałaś, Raika? Zakuty łeb! Cha, cha, cha!" - w głowie dziewczyny rozległ się dziecięcy głosik. Co to za wspomnienie? Teraz, właśnie na widok rycerzy ze straży królewskiej? Ach, przypomniała sobie! To Reino stroił sobie żarty ze lśniących w słońcu zbroi, gdy pewnego razu ich konwój mijał strażnicę przy polnym trakcie. Pamiętała błękit nieba, odbijający się w wypolerowanej stali. Pamiętała wesoły głos brata, śmiechem pokrywającego cień zazdrości, który pojawił się jednocześnie w jego brązowych oczach. Reino nabijał się z rycerzy, ale jednocześnie pożądliwie spoglądał na ich ostre miecze i strojne pióropusze przy hełmach. Któryż chłopiec nie marzył o wielkich przygodach i chwale w służbie króla? Raika potrząsnęła głową. Teraz, gdy stała na tym wzgórzu ramię w ramię z Inoshim i Kayuu, nie pora na rzewne wspomnienia. W najbliższych godzinach tak wiele miało się zdecydować... Dzieci Zmierzchu całe wieki oczekiwały na tę chwilę. Poprawiła szybko kaptur skrywający jej jasne włosy, schowała za kołnierz tasiemki mocujące maskę na twarzy i sprawdziła mocowanie naręcznych sztyletów. Ona także może być zmuszona do udziału w walce. Jeśli ktoś ich zaczepi, była zdecydowana umożliwić Inoshi'emu i Kayuu dojście do celu. Za wszelką cenę. Rycerze zgromadzeni w zamku dostrzegli coś niepokojącego poza jego murami. Dwójka z nich stanęła w bramie, by przyjrzeć się zjawisku, jako że poranna mgła mogła mamić ich oczy. Okazało się jednak, że widzieli dobrze, a gdy się co do tego upewnili, oboje pobledli na twarzach pod stalowymi przyłbicami. Strażnicy z otoczenia króla byli zaprawionymi w boju wojami, toteż zdarzało im się już wcześniej widzieć smoki krążące ponad Dhai-kun. Teraz jednak, o zgrozo, stali wszak daleko od ośnieżonych, skalistych szczytów, a oto przed nimi z całą pewnością rysowały się sylwetki skrzydlatych jaszczurów. Gorzej jeszcze, u ich stóp stały postacie jakby ludzkie, jednak o czarnych jak smoła twarzach wykrzywionych złością. - Na wszystkie świętości, Jardin - wyszeptał jeden z nich struchlałym szeptem. - Kto to jest? Co to za istoty? - Jedno jest pewne, nie przyszli na pogawędkę - starszy ze strażników, dla którego miała to być już ostatnia wyprawa u boku króla, sięgnął do miecza. - Biegnij co tchu do wewnętrznych komnat, ostrzeż monarchę! Niech schroni swą głowę, bo ci tu przybyli odebrać nam Jego Majestat! Wołaj też na innych, stańmy w obronie króla! Nie minęła też długa chwila, a w zamku rozległo się pokrzykiwanie i zamęt. - Do broni! Panowie, do broni! Strażnik biegnący od wciąż otwartej w zamieszaniu bramy wpadł w wejściu do wewnętrznych komnat zamku na wysokiego mężczyznę o jasnych włosach. - Co tu się dzieje? Gadaj, jako żywo! - Wilk potężną dłonią chwycił go za ramię w stalowym naramienniku. Sam miał już na sobie płytowe nogawice i swój napierśnik na nieodłącznym kaftanie ze skóry leśnego drapieżnika. - Panie! - sapnął z przejęciem strażnik. - Wróg u bram! Widzieliśmy smoki na wzgórzu przed zamkiem! Towarzyszą im czarnoskórzy ludzie! - Co ty opowiadasz, Ranten? Przesadziłeś chyba wczoraj z winem, lub kiepski był twój napitek! Gdzie smoki, ziemie całej Aldery dzielą nas od Dhai-kun! - Panie, przysięgam! Jego ostatnie słowa utonęły w ogólnym wrzasku i grzechocie kamieni sypiących się ponad rozmawiającymi. Oboje zadarli głowy, by na tle nieba dostrzec sylwetkę granatowo-czarnego jaszczura o smukłym pysku i podgiętych przednich łapach. Łopot rozłożystych skrzydeł zdawał się rozdzierać poranne powietrze. Nastąpił atak. W moment później dziedziniec zaroił się od wojowników i wojowniczek o skórze barwy onyksu i srebrnych włosach, rozbijających szeregi opancerzonych rycerzy. Słońce przysłoniły cienie smoków, a ich wrzaski napełniły ciszę zgrzytliwą grozą. Wilk wycofał się do komnat, niemal tratując po drodze małego monarchę i Chii, którzy, zwabieni hałasem, przyszli zobaczyć, co się dzieje. - Cofnij się, Cedriku! - nakazał, chwytając swój hełm i ściągając w dół przyłbicę. Nie miał już czasu wciągać pełnej zbroi, ale przynajmniej ochroni głowę w razie bezpośredniego starcia. - Co się stało? Kto nas atakuje? - chłopiec zdawał się zszokowany myślą, że tak daleko od jedynego niebezpiecznego obszaru Aldery, gór, ktoś poza zwykłymi rozbójnikami może zagrozić jego osobie. - Czarnoskórzy ludzie, mający na usługach smoki - odpowiedział Wilk, popychając małego króla wgłąb zamku. - Gdybym wierzył w legendy, powiedziałbym, że to Idara Denno. Chodźmy na wieżę, będziemy mogli się im przyjrzeć. - I istnienie mojej rasy ludzie kiedyś wkładali pomiędzy legendy, strażniku - rzekła poważnie Avreżka, podążając krok w krok za nimi. Wilk nie odpowiedział, przynaglił tylko gestem, by oboje szybciej wchodzili po stromych schodach. Cedrik potykał się co jakiś czas, milczał jednak, rozumiejąc powagę sytuacji. Wieżą co jakiś czas kołysały jakieś wstrząsy, wieloletni tynk sypał się ze ścian, odsłaniając nagie, rdzaworude cegły. Dotarli w końcu do pokoiku u szczytu, wyposażonego w niewielkie okienko. Wszyscy troje wystawili przez nie głowy, chłopiec jednak szybko odwrócił wzrok, gdy zobaczył zlany krwią dziedziniec i nieludzkich napastników. Nacierający rzeczywiście odznaczali się mahoniową skórą i siwo-srebrnymi włosami, które zdawały się chwytać i koncentrować promienie słoneczne, rozświetlając ich głowy. Kilkoro odniosło rany, które powinny były już dawno powalić ich na ziemię, jednak nadal zajadle walczyli, znacząc kamienie placyku krwawymi plamami. Chłopiec poczuł nieprzyjemne pieczenie w gardle i, chcąc zachować dumę króla, uciekł od okna ku przeciwległej ścianie, gdzie siłą woli starał się zwalczyć mdłości. Jego towarzysze zdawali się nawet tego nie zauważyć. Wilk obserwował pole walki okiem doświadczonego wojownika, twarz Chii wyrażała tylko chłodną analizę sytuacji. W tej chwili, czego z początku w ogóle nie zrozumieli, dziedziniec pokryły kłęby czerwonawego dymu. - Iluzja! - wykrzyknął w końcu strażnik, pojmując zjawisko. - Jest z nimi Avreg! - To nie jest Avreg - głos malutkiej Chii zabrzmiał lodowato. Zmrużywszy oczy, wpatrywała się w niewielką figurkę, którą dostrzegła poza murem. - To kundel, mający w sobie krew mojego ludu i człowieka. - Nieważne, kim dokładnie jest - Wilk machnął ręką w powietrzu. - Wprowadza zamęt pomiędzy naszych rycerzy! Ech, przekleństwo! - Ja się nim zajmę - Avreżka wbijała nienawistny wzrok w figurkę na wzgórzu. Niewiarygodne, że tak mała istotka mieściła w sobie tyle zawziętości. - Jestem czystej krwi, potrafię bawić się z nim na równych warunkach. Strażnik, mając na uwadze głównie bezpieczeństwo młodego monarchy, nie poświęcił dziewczynie wiele czasu. Skinął jej głową, po czym chwycił króla za chłodną z przestrachu dłoń. - Cedriku, tu nie jest bezpiecznie - starał się, by jego głos brzmiał spokojnie. - Pójdziemy do komnaty bramy Teers Haen. Jest sercem całego zamku, najlepiej zabezpieczonym przed wstrząsami. Jeśli będzie tego wymagała sytuacja, wieczorem, gdy wrota staną otworem, schronisz się na ziemiach Istara Denno. Chłopiec wpatrywał się w przyłbicę przyjaciela, jakby chciał przeniknąć ją wzrokiem. Strażnik dziękował opatrzności za solidną stalową opokę. Gdyby król dostrzegł teraz jego twarz, mógłby zobaczyć cień obawy w jego wzroku, a to mogło mu odebrać resztki odwagi, tak potrzebnej w tej chwili. - Będziesz bezpieczny, Cedriku - Wilk uścisnął wątłe ramiona dziecka, chcąc wierzyć we własne zapewnienie. - Będę przy tobie i będę cię chronił. Z obowiązku - pogłaskał kędzierzawą czuprynę. - i z serca. - Shime! - Chii przerwała chwilę czułości przekleństwem. Pełna złości, uderzyła otwartą dłonią w mur wieży i syknęła z bólu. - Skubany całkiem nieźle sobie radzi! Nie mogę rozpędzić tej mgły. Jakkolwiek dziwnym mógłby się wydać fakt, że pełnej krwi Avreżka miała kłopoty z unicestwieniem iluzji stworzonej przez, aby użyć jej słów, kundla, miał on swoje uzasadnienie. Chii nie była magiem bitewnym, zresztą Avregowie nie potrzebowali nigdy używać swojej magii w walce, toteż nie rozwinęli po temu umiejętności. Sai natomiast, przez lata doskonalący siłę własnych iluzji, nauczył się podświadomie wykorzystywać umysły obserwujących dla dodatkowego ich wzmocnienia. Rycerze, walczący w czerwonym dymie, byli przekonani o jego istnieniu, wszak otaczał ich z każdej strony. Ich wiara sprawiała, że mgła rzeczywiście niemal powstała. Z taką siłą Chii nie potrafiła sobie poradzić, szybko też zdała sobie z tego sprawę. - Shime! - powtórzyła. - Musimy walczyć jeden na jeden. Czy dam radę dostać się jakoś do bramy, nie wpadając w oko żadnemu z tych szaleńców? Wilk milczał chwilę, oceniając możliwości Avreżki. Wydawała się taka drobniutka, jakby była wręcz dziewczynką, którą należy raczej chronić na równi z Cedrikiem, niż kazać wojować. Otrząsnął się jednak z tych myśli - Chii, mimo nikłej postury, była dorosłą kobietą, zdającą sobie sprawę z tego, co zamierza. Zaciętość w jej wzroku mówiła z kolei, że postanowiła pokonać pół-Avrega, wspierającego drużynę najeźdźców. Koniec końców, pozbycie się iluzji postawiłoby rycerzy w o wiele lepszej sytuacji. - Jest taka możliwość - westchnął po przeanalizowaniu wszelkich "za" i "przeciw" - Zejdziesz w dół wieży i odbijesz pierwszymi drzwiami w prawo. Korytarz zaprowadzi cię na mur, przejdziesz ukryta za flankami aż do wieżyczki przy bramie. Jeśli uważasz, że to ci pomoże, ruszaj. Avreżka skinęła głową, po czym spojrzała na małego króla. - Nie obawiaj się, Cedriku. Wszystko będzie dobrze. Idźcie już, Wilku - rzuciła do strażnika, zanim zniknęła w drzwiach. Młody monarcha wraz z opiekunem bezpiecznie dotarli do wykwintnej komnaty pośrodku budowli. Podłogę pokrywał miękki, puchaty dywan z nieznnaej ludziom materii, mieniący się srebrzyście dzięki rozdygotanym płomieniom świec w mosiężnych kandelabrach. Sufit i ściany pokrywały przepiękne freski w roślinne wzory - wijące się wokół kolumn bluszcze i ukwiecone gałęzie. Nic chyba jednak nie mogło się równać samej bramie, zbudowanej z bloków białego marmuru w błękitne żyłki. Było w niej z pewnością coś magicznego, ponieważ gdy patrzyło się na nią kątem oka, zdawało się, że pełgały po niej miniaturowe, fioletowe błyskawice. jeśli jednak obserwujący pragnął się przyjrzeć niezwykłemu zjawisku i spojrzał prosto na kamienie, wyładowania momentalnie znikały. Jedynie powietrze wibrowało nieustannym, ledwie słyszalnym szumem, jakby docierały tu poświsty wiatru. Brama Teers Haen wyglądała na razie jak postawiona bez celu i prowadząca donikąd. Za kilka godzin miało się jednak otworzyć przejście do cudownego świata Dzieci Świtu. Cedrik z nabożeństwem przysiadł pod marmurowymi kamieniami, zapatrzony w misterne rzeźbienia, Wilk natomiast pozostał przy wejściu do komnaty, nasłuchując, czy ktoś nie nadejdzie, by obwieścić zwycięstwo... lub klęskę. Tę walkę prowadzili inni, im pozostało czekać na jej wynik. Chii tymczasem, kierując się wskazówkami strażnika, dotarła bezpiecznie do wieżyczki przy bramie i stanęła w oknie, koncentrując uwagę na ciemnolicym przeciwniku stojącym na wzgórzu. Kundel mógł być w jej wieku, mógł być też nieco starszy, nie była pewna jak starzeją się mieszańce Avregów i ludzi. Zsyłanie wizji na walczących nie zdążyło go widać jeszcze zmęczyć, oczy miał skupione i zupełnie trzeźwe, nie zamglone wysiłkiem. Dla wzmocnienia koncentracji używał znaku Ene, unosząc do twarzy jedną dłoń z wyprostowanymi dwoma palcami. - Zaraz będziesz musiał nieco bardziej się wysilić - szepnęła, wbijając w niego wzrok. Sai, z głową wypełnioną rdzawoczerwonym dymem, którego wizje zsyłał na walczących z Dziećmi Zmierzchu rycerzy, poczuł nagle dziwne rozmiękczenie podłoża. Zachwiał się, rozłożył szeroko oba ramiona, rezygnując z układania dłoni w znak wspomagający koncentrację, po czym zerknął pod nogi. Z zaskoczeniem stwierdził, że gleba pomiędzy jego stopami pokryła się pęcherzykami powietrza, pękającymi co chwila z nieprzyjemnym bulgotem. Dziwne zjawisko otaczało tylko jego nogi, poza tym zdecydowanie pachniało iluzją, więc pół-Avreg zadziałał na nie myślą, utwardzając na powrót ziemię. Dopiero stojąc pewnie, rozejrzał się w…