melodramat · 8 min czytania
Ich troje
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Paweł mieszkał na końcu wsi, w domu nad jeziorem. Dom i niewielkie gospodarstwo odziedziczył po rodzicach. Uprawiał warzywa i porzeczki, i szło mu to nieźle. Choć młody i niczego sobie, był kawalerem, bo żadna z dotychczas poznanych pań nie chciała „marnować sobie życia”, pracując na roli na takim zadupiu. To zraziło go do kobiet i coraz rzadziej się za nimi oglądał. Pracował więc sam i to zajmowało mu całe dnie. W nielicznych wolnych chwilach wędkował w jeziorze lub chodził do wąwozu pod lasem, nazywanego w tamtejszej gwarze „wyjomką”. Jedną jej ścianę porastały jeżyny, a druga była utkana wielkimi kamieniami wystającymi z piasku. Nad jednym z kamieni rosła stara sosna. Paweł lubił siadywać pod nią i odpoczywać, nie myśląc o niczym. Praca, wędkowanie i spacery do wąwozu wypełniały mu życie aż do dnia, w którym pojawiła się Marta. Można powiedzieć, że przygnała ją burza, która zalała drogę deszczem i zarzuciła gałęziami z przydrożnych drzew. Marta bała się jechać w taką pogodę, więc skręciła pod pierwszy napotkany dom, żeby przeczekać nawałnicę. Był to dom Pawła. Zbliżała się noc, a burza nie cichła, więc gospodarz zaproponował Marcie nocleg. Zgodziła się i została... na zawsze. Była dużo starsza od Pawła i miała już za sobą nieudane małżeństwo. Mimo że nieładna, wysoka i koścista jak mężczyzna, to kobiecego ciepła miała w sobie za trzy. Tym ciepłem od razu wypełniła łóżko i cały Pawłowy dom, który pod jej ręką stał się kolorowy i przytulny. Nie zmieniła mebli ani nie przemalowała ścian, ale nad kuchennym stołem zawisły papierowe ptaki, a na ścianach kompozycje z ususzonych traw i kwiatów. W kuchni zapachniało ziołami, których gospodyni szczodrze dodawała do potraw i napojów. Prędko przyuczyła się też do pracy w polu i pomagała Pawłowi, ile tylko mogła. W wolnych chwilach chodzili razem do wyjomki lub, siedząc przed domem, oglądali zachody słońca. Marta łatwo nawiązywała kontakty z ludźmi i po krótkim czasie znała już wszystkich mieszkańców wsi. Niektórzy z nich podśmiewali się trochę z jej wzrostu, dewotki sarkały na to, że żyje z Pawłem bez ślubu, ale wszyscy polubili ją i przyjęli jak swoją. Kobiety czasem prosiły ją o zaopiekowanie się dziećmi i nieraz kilkoro z nich bawiło się w jej kuchni. Marta kupowała dzieciom kredki i papier, i uczyła je rysować. Z czasem wysprzątała starą szopę i urządziła w niej wystawę dziecięcych rysunków. Mali artyści opowiedzieli o niej matkom i do „galerii” zaczęły, niby to przypadkiem, zaglądać kobiety ze wsi. Marta częstowała je herbatą, pokazywała rysunki ich pociech i chwaliła każdy z nich. Którejś wiosny Marta zaczęła tracić apetyt. Lekarze podejrzewali różne choroby, badali ją na wszystkie strony, aż w końcu zdiagnozowali… raka płuc. Marta gasła. Paweł po całych dniach siedział przy jej łóżku i gasł razem z nią. Wtedy przyjechała Wanda, przyjaciółka Marty z dawnych lat, która jakimś cudem dowiedziała się o jej chorobie. Została na dłużej. Pomagała Pawłowi pielęgnować chorą i trochę ogarnęła zaniedbany dom. W pełni lata Marta zmarła. Paweł kazał skremować jej ciało, a urnę z prochami postawił w pokoju. Najchętniej zostawiłby ją tam na zawsze, ale pod wpływem milczącego oczekiwania sąsiadów i namów Wandy zgodził się na pogrzeb. Uczestniczyła w nim cała wieś i po katolicku pochowano... pustą urnę, bo Paweł po cichu rozsypał prochy Marty w wyjomce. Potem na kamieniu pod sosną wyrył jej imię i co kilka dni zanosił tam kwiaty. Wanda przez cały ten czas była przy Pawle, wiedziała o „pogrzebie” w wąwozie i razem z nim tam chodziła. Po jakimś miesiącu wyjechała, ale niebawem wróciła. Wyjeżdżała i wracała jeszcze kilka razy, aż gdzieś po roku została na dobre. Nowa gospodyni była wdową, a jej dwie córki miały już swoje rodziny. Była drobna i – choć wiek mocno odcisnął się na jej twarzy – nadal ładna. Była jeszcze starsza