Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 31 min czytania

Idealne życie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mój ojciec był właścicielem fabryki sprzętu RTV oraz posiadał kilka kasyn. Posiadał on także akcje giełdowe większości firm liczących się na całym świecie. Mojej rodzinie nigdy nie brakowało pieniędzy. Moja matka była typową nowoczesną kurą domową, która dzień miała dokładnie uschematyzowany. Większość dnia spędzała w sali kinowej w naszym domu i bezmyślnie wgapiała się w ekran telewizora. Jeśli jej tam nie było mogła być na zakupach w solarium czy też w domowym klubie fitness, który wyposażony był lepiej niż najlepsza siłownia na świecie. Ogólnie rzecz ujmując pochodzę z idealnego domu. Moja rodzina wszędzie grała pierwsze skrzypce. Ojciec w szkole był głową rady rodziców. Śmiało mogę powiedzieć , że to on rządził tą budą. Miałem najlepsze oceny w całej szkole . Na sprawdzianach mogłem oddawać puste kartki, które później uzupełniały nauczycielki tak że miałem full punktów. Oczywiście, nie robiły tego z sympatii czy innych niematerialnych, altruistycznych pobudek. Mój ojciec zapewniał im w każdym tygodniu premię wynoszącą 200 % ich wynagrodzenia. Idealne szkolnictwo, nauczyciele z misją. Kocham takich ludzi i patrzę na ten bruk.

Poza szkołą byłem normalnym dzieckiem z bogatego domu. Mój pokój byłby rajem dla każdego przeciętnego dzieciaka w moim wieku. Miałem tam wszystko, co tylko mogło być. Po otwarciu drzwi po lewej stronie widoczne było łóżko kolosalnych rozmiarów. Tuż obok niego stały olbrzymie kosze z różnymi rzeczami poczynając od strzał do łuku po piłki, zabawki i inne gadżety. Patrząc dalej widoczny był fotel, metr przed nim szklany stolik a na nim gry oraz konsola PlayStation 4. Oczywiście metr od stolika był telewizor, nie wiem ile miał cali, ale był większy ode mnie. Na ścianach widniały wizerunki moich ulubionych bohaterów kreskówek oraz filmów. Była tam cała zgraja z South Park, rodzina Simsonów, Beavis and Butthead oraz Batman. Sufit ozdabiała tapeta przypominająca do złudzenia niebo nocą, co miało mi pozwolić łatwiej zasypiać. Obok fotela, w którym siedziałem gdy grałem na konsoli lub oglądałem telewizję stał kosz na śmieci wypełniony moimi papierami z codziennych obiadów, czyli zestawów frytki+ hamburger. Mimo takiej diety nie byłem otyły. Matka nie gotowała. Była fanatyczką cateringu i kuchni francuskiej więc, kiedy w domu nie było ślimaków na obiad to był jakiś cud. Wolałem te hamburgery.

Ogólnie jak nie wyzionąłem ducha w nocy modląc się nad deską klozetową, to było w porządku. Toaletę też miałem świetnie urządzoną. Pomijając kabinę, wannę, yakuzie itp. Nie miałem płytek lecz parkiet. Przy ścianie po lewej stronie od wejścia widoczny był tron, a po prawej flance znajdowała się umywalka a nad nią lustro. Parkiecik był boiskiem do koszykówki. Na środku widniał herb drużyny, w której występował Jordan (Chicago Bulls, gdyby ktoś nie wiedział).Sedes znajdował się w obszarze granicy rzutu za trzy punkty. Więc oddając mocz moja skuteczność trójek była perfekcyjna. Na wsady decydowałem się, gdy musiałem zrobić coś innego. Tak, że w toaletowego kosza byłem dobry. Z kolegami nigdy nie grałem. Zapewne było to spowodowane tym, że ich nie miałem. Moim jedynym rywalem był wynajmowany przez ojca trener, który brał więcej hajsu od nauczycieli, aby dawać mi fory i przegrywać z amatorem, który miał 9 lat. Wielu mi pewnie zazdrościło, ale to ja czułem prawdziwą zazdrość. Dlaczego? Chłopcy w moim wieku zajmowali się modelarstwem z ojcami, grali w kosza na podwórku, jeździli na rowerach oraz robili wiele rzeczy, których ja nie mogłem dostać za żadne pieniądze. Za każdym razem kiedy widziałem, że jakiś rówieśnik idzie ze szkoły z tatą, mówiąc do niego „tato, co będziemy robić po obiedzie?” coś we mnie, głęboko, w sercu krzyczało. Czułem, że jest tam ktoś inny. Egzystujący w skrajnej nędzy dzieciak z ulicy, sierota można powiedzieć. Nagi w środku zawiei śnieżnej, obnażony z szat rodzicielskiej miłości, zanim jeszcze zostałem w nie odziany. Każdy dzień systematycznie popychał mnie w kierunku tego, co się potem stało. Codziennie wracałem ze szkoły samotnie. Wbiegałem do domu i krzyczałem „Wróciłem! Cześć!” Matka, jeżeli była w pobliżu odpowiadała dwoma słowami na moje powitanie . Może raz złożyła zdanie złożone zwracając się do mnie. Szedłem do mojego pokoju i robiłem to na, co miałem ochotę, lekcji nie musiałem przecież odrabiać, że o nauce nie wspomnę. Mogłem np. się powiesić nad łóżkiem i nikt by nie zauważył i nie zabronił, patologia. Gdy ojciec wracał do domu z firmy szedł do swojego gabinetu, żeby się upić do nieprzytomności. Biegłem wtedy do niego. - Cześć tato!- Wołałem radosnym głosem, liczyłem, że dzisiaj coś ze mną po robi. - Cześć synu, jak w szkole?- Odpowiadał monotonnym tonem. - Jak zawsze. - Chcesz jakieś pieniądze na nowe gry? - Nie, pobawisz się ze mną tato? -Pytałem z nadzieją. - Nie mogę, mam dużo pracy, może jutro, albo później. - To daj mi 4 stówy na gry i jedzenie.- I tak nie potrzebowałem, ale chociaż tyle mogłem od niego dostać. - Wyjmij z sejfu ile tam chcesz. Ja muszę pracować. - Jak zawsze. - Syknąłem szyderczo. - Mówiłeś coś? - Nic, nic. -Ucinałem rozmowę i wychodziłem.

Nigdy do mnie nie przyszedł. Nawet nie wiedział jak wygląda mój pokój. Kiedy wychodziłem słyszałem jak otwiera butle, wrzuca 2 kostki lodu do szklanki i leje trunek. Taka była jego praca i relaks, że tak powiem. Wracałem do pokoju smutny i przez resztę dnia starłem znaleźć sobie zajęcie, żeby nie umrzeć z nudów. Potem obiad, kolacja, mycie, sen. I następny dzień taki sam.

2

Pewnego dnia, kiedy akurat spojrzałem przez okno w moim pokoju dojrzałem, że do sąsiedniego domu, który był na sprzedaż ktoś się wprowadza. Byli to młodzi rodzice, no może nie tacy młodzi, ale na pewno nie starzy. Ich wiek na bank nie przekraczał trzydziestu lat. Mieli wtedy dwoje dzieci. Chłopca i dziewczynkę o jasnych włosach z warkoczami prawie po pas. Pomyślałem, że miło byłoby ich poznać. Wydawali się sympatyczni. Zamyśliłem się i przegapiłem moment, w którym weszli do środka. Sterczałem przy oknie jeszcze godzinę jednak ich już nie zobaczyłem tego dnia. Przez pół nocy nie mogłem zasnąć. Tak utkwił mi w pamięci ten zwykły obrazek, że nie mogłem myśleć o niczym innym.

Nazajutrz po powrocie ze szkoły ruszyłem z lornetką do okna, aby podejrzeć nowych sąsiadów. Nie mogłem dojrzeć , co się dzieję w środku , ale po godzinie ktoś otworzył drzwi domu. Wybiegły te dzieciaki z latawcem. Dziewczynka trzymała latawiec a chłopiec zamykał drzwi . Po chwili ich latawiec się uniósł, jednak zahaczył o gałęzie drzewa. Długowłosa zaczęła płakać, jej brat od razu ruszył sprintem w kierunku drzewa. Wtem z domu wybiegł ich ojciec i krzyknął: - Bob stój! - Ale latawiec!- Odparł młody. - Jesteś za mały na takie wspinaczki, ja wyjdę a ty złapiesz latawiec synu. - Wyjdę, wyjdę!- Krzyczał oszołomiony syn moich sąsiadów. - Ja ściągnę i puścimy go razem.- Uspokajał syna ojciec. - To szybko tatusiu!- Krzyknęło chórem rodzeństwo. Po chwili ojciec zdjął ich obiekt latający i razem w podskokach ruszyli za dom, aby podziwiać jak szybuje w powietrzu. Gdy byli za domem widziałem już tylko unoszący się latawiec. Czułem się trochę jak on. Sam w niebie jakim był mój dom, pokój . W afekcie rzuciłem się na moje ogromne łóżko, chwyciłem poduszkę, przycisnąłem ją do twarzy i z moich ust wydobył się stłumiony odgłos. Wyłem jak wilk do księżyca. Mój spazmatyczny szloch trwał około godziny. W pewnej chwili w moim umyśle błysnęła żarówka. Taka sama jak w kreskówkach nad głową kogoś, kto wpadnie na jakiś pomysł. Postanowiłem ich poznać, ale bardzo blisko. Wybrałem bardzo nie konwencjonalny sposób.

Zdjąłem z półki kij do baseball’a. Obok niego leżała piłka podpisana przez najlepszego miotacza ligi. Schowałem kij pod bluzę i ruszyłem na ulicę. Schowałem się za drzewem i wymierzałem sobie ciosy w twarz. Bolało jak diabli, ale wpadłem w trans, z każdym kolejnym uderzeniem po moich neuronach płynęły coraz silniejsze impulsy. Pierwszy raz w życiu się wtedy spuściłem. Piękne wspomnienie, piękna chwila. Gdy całe ciało mrowi jakby w każdej żyle grasowało stado mrówek i wgryzało się w ścianki od środka. Erekcja jakiej pozazdrościłby każdy po trzydziestce. Tęczówek nie było widać, tylko źrenice. Czerń, byłem w czarnym tunelu i widziałem wyjście, migotało tworząc efekt stroboskopu. Symfonia bram, pomieszanych w dziwacznym, abstrakcyjnym kunszcie i ja pośrodku tej masakry estetycznej, dryfowałem z przemokniętymi majtkami, w końcu jestem tylko dzieckiem. Tłukłem dopóki nie poczułem w ustach smaku krwi . Uderzyłem jeszcze parę razy i podszedłem do drzwi domu. Zadzwoniłem dzwonkiem i uderzyłem z całej siły głową w drzwi. Ocknąłem się w salonie i ujrzałem wszystkich domowników patrzących się na mnie z zaciekawieniem i pewnym niepokojem. - Gdzie ja jestem? - Wybełkotałem, jednak doskonale wiedziałem gdzie się znajduję. - Spokojnie. -Uspokajała najstarsza kobieta w rodzinie. - Nazywam się Eve Donovan, oto mój mąż Ed. - Powiedziała wskazując ręką na przyglądającego się na mnie mężczyznę. Następnie podszedł do mnie chłopiec, ich syn. - Cześć, jestem Bob. - A ja Betty. - Dorzuciła długowłosa dziewczynka. - Jak masz na imię? - Zapytali prawie równocześnie. Wydałem z siebie zduszony śmiech i odpowiedziałem ledwo mówiąc. - Jestem Edgar. Wtem poczułem czuły dotyk pani Donovan, która gładziła mi włosy na czole. - Co się stało dziecko? - Zapytała zatroskana. - Nie wiem , mamo.- Rzuciłem bezmyślnie. Pani Donovan chrząknęła zakłopotana, trochę się zaczerwieniła.

Starałem się to mówić z obłędem w oczach tak, aby było widać, że jestem w szoku pourazowym. W sumie i tak byłem, ale trochę aktorstwa jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziło. Serce waliło mi jak oszalałe, pot płynął po ciele jak deszcze w czasie ulewy. Wziąłem głęboki wdech potem wydech i starałem ogarnąć swoje myśli. Nagle przyszedł mi do głowy genialny pomysł, kolejny zresztą, tego dnia. Postanowiłem symulować objawy amnezji wstecznej. Chciałem dzięki temu dostać się do rodziny. Już wtedy darzyłem ich jakimś dziwnym, nie spotykanym u mnie wcześniej uczuciem. Dali mi więcej miłości w ciągu trzydziestu minut, niż moi rodzice w ciągu dziewięciu lat. - Gdzie mieszkasz kochany? - Zapytała moja przyszła matka. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Teraz nadszedł moment, aby wcielać w życie mój plan, a więc moja odpowiedź była błyskawiczna. - Tutaj jest przecież mój dom, a wy jesteście moją rodziną, no co ty kurwa, mnie nie poznajesz mamo? -Zapytałem ze smutnym wyrazem twarzy. - Nie. Leżałeś taki obity na naszej wycieraczce mały. -Wtrącił pan Donovan. - To kim wy jesteście? Ja jestem Edgar a wy kim jesteście? Skąd się tutaj wziąłem? Skąd? I w tym momencie wybuchnąłem panicznym piskliwym płaczem. Moje ciało drgało niczym w czasie ataku epilepsji. Cała rodzina zdezorientowana podjęła akcję mającą na celu zatrzymanie mojego ataku. Wszystko szło jak po maśle. Widziałem panikę szczególnie na twarzy Eve. Podobno kobiety tak mają. Postanowiłem posunąć się dalej w mojej manipulacji. Atak ustał, jednak kości już zostały rzucone i musiałem mknąć dalej. - Chcę do mamy!- Krzycząc patrzyłem moimi załzawionymi opuchniętymi oczyma prost w oczy Eve. Widziałem słabość i dezorientacje. - Mamo, przytul! Mamoooo, mamooooo!!! Przytul mnie. Przecież to ja Edgar. Czemu mnie nie poznajesz? Już mnie nie kochasz? Ja nie chcę do domu dziecka! Moja przyszła matka wydawała się być nie ugięta, ale czułem, że już nie długo wytrzyma i serce weźmie górę. Był by to pierwszy krok, aby zostać Edgarem Donovanem. - Edgar! Nie jestem twoja mamą. - Powiedziała z pewnym żalem. - Jak to mamo!? Czemu tak mówisz? Dlaczego kłamiesz? To tak boli, tak bardzo , moja mama mnie już nie kocha.

Widziałem łzy jej w oczach i w końcu się udało. Rzuciła się na mnie z histerycznym płaczem. Tylko na to czekałem. Wtedy cała moja taktyka legła w gruzach ponieważ mój płacz stał się w stu procentach autentyczny bez żadnego udawania. Mimo to czułem tą błogość w uścisku macierzyńskim. Przytuliła mnie do piersi i płakaliśmy jeszcze przez chwilę razem. - Ciii, już dobrze Edgar, uspokój się maleństwo moje. Jesteś dużym chłopcem, a duzi chłopcy nie płaczą. - Mówiła czule Eve. I po chwili byłem już spokojny, podrapałem się po bandażu który miałem na głowie i odprężony wyciągnąłem się na kanapie. - A teraz prześpij się trochę, bo jesteś bardzo zmęczony i musisz spać, żeby odzyskać siły. - Dobrze mamo. - Odpowiedziałem ciekawy reakcji innych i samej Eve. - Edgar jak się obudzisz zagramy w kosza?- Zapytał Bobi. -Pewnie, z przyjemnością, o ile pamiętam jak się w to gra. - Pokażę ci, wstawaj szybko! - Rzucił te słowa z takim braterskim ciepłem, że prawie znowu się rozpłakałem, tym razem ze wzruszenia. - Śpij mały, a potem pomyślimy, co zrobić dalej. -Powiedział Ed. - Nie płacz Edgar.- Rzuciła Eve wychodząc z pokoju.

Wszyscy wyszli i wraz z trzaskiem drzwi podjąłem myślenie o tym, co zrobić, by mój plan się udał do końca. Spojrzałem na nocny stolik. Ujrzałem na nim lusterko i lampkę nocną. Pomyślałem teraz albo nigdy. Stłukłem lustereczko na parę części . Wziąłem największy i wykonałem kilka cięć na nadgarstkach. Gdy już odpływałem rzuciłem lampkę o drzwi. Obudziłem się w szpitalu. Obok łóżka siedziała i płakała Eve. - Edgar , na miłość boską! Co ty zrobiłeś? - Gdzie jestem? Mamo? - Kochanie jesteśmy w szpitalu. Chciałeś się zabić. Powiedz czemu to chciałeś zrobić? Musisz mi powiedzieć gdzie mieszkasz, twoi rodzice się pewnie martwią. - Wy jesteście moimi rodzicami przecież. Kiedy pójdziemy do domu? Chciałem się pobawić z Bobim i Betty.

I w tym momencie rzuciłem się na jej szyję. Odwzajemniła uścisk i wkrótce potem byłem już w ich moim domu. Dali mi pokój i powiedzieli , że będę mógł zostać dopóki nie odzyskam pamięci… Po pól roku (pamięci nadal nie odzyskałem) stwierdzili, że nigdzie nie pójdę i zostaję na zawsze w ich domu, tzn. w naszym. Nie było oficjalnego procesu adopcji ponieważ nie dało się ustalić mojej tożsamości, a moi byli rodzice nie zgłosili na szczęście mojego zaginięcia. Ojciec pewnie uznał, że gdy przyciśnie mnie bieda to wrócę, jak pies z podkulonym ogonem. Niby mieszkali w sąsiedztwie, ale rzadko wychodzili na zewnątrz. Matka patrzyła w telewizor, a ojciec pił. Więc mogłem spokojnie hasać po ulicach i podwórku. Musiałem zostać zapisany do innej szkoły. Gdy chcieli mnie wysłać do mojej byłej szkoły, wyszedłem na drzewo i nie chciałem zejść, dopóki nie zgodzili się na inną szkołę. Chodziłem do klasy z Bobem więc było bardzo wesoło i w końcu wiedziałem, co znaczy uczyć się tak jak wszyscy. Musiałem odpisywać zadania na przerwach i ściągać na sprawdzianach. To było coś.

3

Kiedyś rodzice wysłali mnie do sklepu. Gdy z niego wracałem drogę zajechał mi mój biologiczny ojciec i bez słowa wciągnął mnie do środka i wywiózł do domu. Przeniósł mnie do mojego pokoju zamknął drzwi od zewnątrz i poszedł do swojego gabinetu. Po drodze dostałem solidne lanie, choć nie wiem za co i po co. Mój staruszek nie wiedział, co sprawia mi ból. Jak chciałem usiąść musiałem sobie podkładać poduszkę. Jednak lepiej siedziało się bez. Ból mnie napędzał, zmuszał do refleksji. Dostarczał adrenaliny, poczucia mocy. Wiedziałem, że ból musi być większy. Z obecnym byłem już oswojony, to nie była moja liga. Nie przynosił już ulgi, lecz głód. Nie mogłem zasnąć i tej nocy uknułem chytry plan, aby już na zawsze uciec z domu do mojej rodziny. W moim pokoju było praktycznie wszystko, więc nie miałem problemu ze sprzętem potrzebnym do zadania jakie na mnie czekało, a nie było ono łatwe. Wziąłem więc lampkę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%