Fantasy · 8 min czytania
Idzie Grześ przez wieś
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Idzie Grześ przez wieś.
Jeśli chodzi o ścisłość to jedzie, na swym osiołku imieniem Szaruś, przez swą rodzimą wieś Mordowo. Jedzie gdzieś daleko i dawno temu. To bez znaczenia. Grześ, syn młynarza, powoli, drogą przez sady i pola, oddala się od Mordowa w stronę młynu ojca. Szaruś, oprócz chłopca na grzbiecie, dźwiga w jukach zakupy ze sklepu pana Wiliama, pęto kiełbasy, kawał sera, kostkę masła, dwa bochenki chleba, pięć jabłek i po dzbanie wina i mleka. I trzy pasy skóry. Co też nie ma znaczenia. Wjechał w końcu Grześ, między wielkie pola pszenicy. Dotkliwie odczuł, że słońce świeci jakoś mocniej niż zwykle. Jadąc sobie spokojnie, Grześ dopiero po chwili zauważył, że ktoś idzie obok niego. Był to wysoki, umięśniony człowiek. No, może nie do końca człowiek, bo głowę miał żywcem zdjętą z sokoła, tylko większą. Na sobie miał jedynie zdobioną przepaskę biodrową oraz pozłacane nagolenniki i naramienniki. W ręku trzymał wysoki, złoty kostur. - Witaj, Grzesiu. - Dzień dobry. - Wiesz chłopcze, chciałbym żebyś coś dla mnie zrobił. Chciałbym żebyś zaniósł ludziom nowinę. Otrzymałbyś za to wspaniała nagrodę. - A co by było z Szarusiem? - A tak, osioł. Możesz go wziąć ze sobą. - Chyba muszę iść do domu. - Nie! Musisz zanieść nowinę. - A kim pan jest? - Że jak? Kim JA jestem? Jam jest potężny Ra, egipski bóg słońca. - Słoneczka? - A i owszem. - Lubię słoneczko. - O masz. Że też trafił mi się taki matoł. – powiedział i zniknął. Pyk! Jest! Pyk! Nie ma! - Nie jestem matoł. Musicie bowiem wiedzieć, że Grzesiu rzeczywiście czasami myślał wolniej od innych, ale nie był zwykłym wsiowym głupkiem. Był tylko nieskończony w swej… prostocie. Dlatego to nie zdziwiło go to zdarzenie. Ani żadne następne. I tak dojechał Grześ, do starego drzewa, w które kiedyś, ni z gruszki ni z pietruszki, z gołego nieba, trzasnął piorun. Po chwili, Grześ znów stwierdził, że ktoś podąża obok niego. Był to potężny człowiek, z długą brodą, w białych szatach. W dłoni dzierżył najprawdziwszy piorun. - Witaj, chłopcze. – rzekł swym potężnym głosem - Dzień dobry. - Wiesz Grzesiu, że miałbym dla ciebie zadanie. - Muszę iść do domu. - Nie! Musisz wypełnić zadanie! - A kim pan jest? - Co? Jam jest, Zeus Gromowładny, najwyższy bóg Grecji. - Muszę do domu nakarmić Szarusia. - Kuurrrrwa! Co za czasy! – ryknął i zniknął. Bum! Jest! Bum! Nie ma! Jechał tak Grześ i jechał, aż ujrzał wbity w ziemię, niewielki krzyż, naprędce skleciony z dwóch patyków. Obok niego stał człowiek w prostych szatach, z długimi włosami i brodą. - Witaj Grzesiu. - Dzień dobry. - Wiesz chłopcze, wybrałem cię żebyś… - Muszę do domu… - odburknął Grześ, zirytowany już całą tą gadaniną. - Jak to tak? Przecież jestem bogiem chrześcijan, Galilejczykiem! - I co z tego? – powiedział chłopiec i odjechał. - No wiecie co? – powiedział i zniknął. Po prostu.
+ + + Tydzień po tych wydarzeniach, odbył się bal bogów. Owe spotkanie wypadało w rocznicę ustanowienia wiary Ra’kiestaana i to właśnie ten jegomość był gospodarzem. Już tłumaczę. Jednak wstyd to mówić o Ra’kiestaanie, jeśli nie wiecie kim jest, toście kiep i niegodniście tej wiedzy. Zaś z jego wiarą było tak. Nie mógł on, mimo bystrości umysłu, dojść jak to jest z tymi bogami. Czy istnieją? Jeśli tak to którzy? Które wierzenia mówią prawdę, a które łżą? W końcu, po wielu nieprzespanych nocach, dowiedział się o co chodzi. Bogowie istnieją. Wszyscy. Bo bogowie istnieją, kiedy ktoś w nich wierzy. A wierzy Ra’kiestaan i koło się zamyka. Proste, nie? Gdy tylko zrozumiał kolejną część swojego ducha, począł rozwiązywać boskie problemy, a tych było od groma i jeszcze trochę. Dla…