Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 25 min czytania

Idzie rzeź przez wieś

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W SZTABIE

Kpt. B. siedział w niewielkiej budzie, zbitej ze skonfiskowanych okolicznym chłopom desek, a która to buda od kilkunastu już dni nazywana była – nieco szumnie – sztabem. B siedział na twardym taborecie, przy odwróconej na bok starej drewnianej szafie, służącej mu teraz tymczasowo jako biurko. Na „biurku”, leżały przed B. rozmaite dokumenty, mapy, pisma sztabowe oraz stare, niepotrzebne już rozkazy, które jeśli chcieć być zupełnie szczerym, doprowadziły ich wszystkich – czyli B. i jego oddział – w to bardzo złe położenie, w którym się aktualnie znajdowali. B. oparł łokcie o podłużny bok szafy, który stanowił teraz blat po jej wspomnianym już odwróceniu i przez moment oglądał badawczo swoje dłonie. Potem położył je płasko na chłodnej powierzchni drewna i poczuł, że krótkotrwale udaje mu się nie martwić czymkolwiek. Z tego błogostanu wyrwał go dopiero, dolatujący gdzieś z oddali tępy odgłos wybuchu. Wybuch ten musiał mieć miejsce gdzieś naprawdę daleko, na tyle daleko aby z jego powodu nie zrywać się z miejsca i nie padać płasko na podłogę, ale też na tyle blisko, by nie móc już później z jego powodu powrócić do jakichkolwiek dalszych beztroskich rozmyślań. Tym bardziej, iż wybuch po chwili kilkukrotnie się powtórzył, i choć jak było wspomniane, działo się to wszystko w dużej odległości od sztabu B., to i tak B. poczuł, że klepisko, które było podłogą, delikatnie teraz zadrżało mu pod oficerkami. Zdawało mu się również, choć mógł się mylić, że zadrżała także łyżka tkwiąca w stojącej nieopodal menażce. Jest źle, lub nawet bardzo źle – pomyślał B. Czuł że cały, z takim mozołem budowany przez niego w ciągu kilku ostatnich godzin spokój ducha, zapada się bezpowrotnie, powalany stopniowo dolatującymi wciąż z oddali odgłosami wybuchów. Z rumowiska, które pozostało po spokoju B. wyzierało teraz jedynie coraz bardziej to rosnące i rosnące zdenerwowanie. Pogorszyło to zdecydowanie i tak już dość podły jego nastrój, bo wiedział doskonale B., że kiedy jest zdenerwowany to wówczas ma on skłonność do podejmowania rozmaitych nieroztropnych i częstokroć bezsensownych decyzji. A przecież teraz, jak nigdy wcześniej w czasie tej wojny, powinien być opanowany i skupiony. Wszędzie byli Sowieci. Sowiet na Sowiecie. Wydawali się oni od pewnego czasu wyglądać z każdego możliwego zakamarka i z każdej możliwej dziury. Ostatnio jeden usiłował wyleźć nawet z otworu w drewnianym wychodku, kiedy to B tam się udał za potrzebą. Musiał on wtedy przyzywać jakiegoś szeregowca, który wnet zatłukł tego Sowieta saperką. Mogło się to wszystko zresztą B po prostu przyśnić, sam już nie był pewien czy to stało się naprawdę, bowiem od długich miesięcy nie dosypiał. Póki co, nie było tych Sowietów na tyle dużo żeby nie móc sobie jeszcze z nimi poradzić, natomiast wyglądało na to, że lęgną się oni nieomal jak szczury i trzeba było się poważnie liczyć z tym, iż wkrótce stać się mogą prawdziwą plagą, z którą uporać się będzie wówczas niezwykle ciężko. Tylko jak tu się przed taką plagą teraz bronić? – bezgłośnie zapytał w ciszę sztabu B. Jego odział był nieomal kompletnie rozbity, została mu ledwie garstka ludzi, których nazywanie żołnierzami przychodziło B. z coraz większym trudem. Trochę broni, jeden Jagdpanzer, jedno auto, kilka Panzerfaustów i kilkanaście saperek. To wszystko. Na domiar złego, jakby nieszczęść było mało, ciągnęło się za oddziałem B kilku SS-manów, z batalionu rozbitego przez jakiś polski leśny oddział, i którzy przyłączyli się do oddziału B. za jego zgodą ale ku jego jednoczesnej niechęci, gdyż B. wyjątkowo SS-manów nie znosił. To jest więc me wojsko – pomyślał B. i gładko przełknął tę gorzką acz prawdziwą myśl, niczym wystygłą i twardą kluskę z zupy mlecznej, którą w dzieciństwie karmiła go pod przymusem babcia Greta. Czas jednak nie był dobry na wspomnienia, ani tym bardziej na popadanie w niemoc. B. poczuł, iż niewątpliwie nadszedł czas działania i nie czekając na nic, od razu z impetem prasnął dłonią w bok szafy.

- Hans! – wrzasnął straszliwie B. Tak mocno, aż poczuł przy tym jak oczy na krótką chwilę wyskoczyły mu z oczodołów.

Po ułamku sekundy drzwi uchyliły się i ukazała się w nich rozczochrana głowa adiutanta B., Hansa, w której to głowie umieszczone były niezbyt rozumne oczy, nigdy prawie nie będące skierowanymi w kierunku rozmówcy, sprawiając tym samym, że ów adiutant robił przez to jeszcze mniej lotne wrażenie, niżby to mogło wynikać z jego oczywistego dla wszystkich nierozgarnięcia. B. odwrócił się bokiem do szafy, rozparł się wygodniej na taborecie, założył nogę na nogę, po czym wyjął papierosa z metalowej papierośnicy i jął go metodycznie uciskać, trochę tak jakby chciał z niego wymusić jakieś potrzebne mu właśnie zeznania. Całość tego zachowania miała przede wszystkim taki cel, aby okazać zarówno sobie samemu, jak i adiutantowi, jak to doskonale on, B., nad sobą panuje.

- Przyślij mi tu Wolfa, i to natychmiast... – wycedził B. przez zęby tak spokojnie, na ile potrafił. - Tak jest!! – zakrzyknął Hans, patrząc oczywiście nie na B., a tym razem na stojącą nieopodal menażkę z wstawioną weń łyżką.

Głowa Hansa cofnęła się, a drzwi zamknęły. Po kilku minutach rozległo się żywe, krótkie pukanie i do środka giętko wmaszerował wywoływany przez B. Wolf, jeden z owych niezbyt miłych sercu B. SS-manów. Stanął on na środku pomieszczenia, tupnął nogą, wyprężył się mocno i wyrzucił przed siebie ramię tak mocno, że aż coś głośno chrupnęło mu przy tym w barku. - Hail Hitl...!!! - wrzasnął piskliwie Wolf, lecz nie zdołał tego powitania dokończyć, gdyż w tym samym momencie, B. sięgnął błyskawicznie za szafę i cisnął dobytym stamtąd starym oficerskim trepem prosto w kierunku Wolfa. Ten nie zdołał się ze względu na szybkość z jaką B. dokonał rzutu, a zarazem z powodu niewielkiej odległości w jakiej obaj znajdowali się od siebie, uchylić, i but z pustym odgłosem trafił Wolfa w okolice prawego ucha, aż odskoczyła mu głowa. – Nie chcę słyszeć więcej tego gówna z pańskich ust Wolf, zrozumiano? – B. siedział nadal odwrócony bokiem do Wolfa, i po tym celnym rzucie, jak gdyby nigdy nic, zajął się z powrotem ugniataniem papierosa. Wreszcie włożył go do ust, przypalił zapałką i przez chwilę przyglądał się uważnie jak jej płomień powoli gaśnie, kiedy B. machał nią w powietrzu, zataczając przy tym ręką szerokie koła. Wolf stał nadal na baczność i rozcierał obolałe ucho. – Słuchajcie no, Wolf – zaczął B swą przemowę, zaciągnął się mocno i wydmuchał przed siebie imponującą chmurę dymu. – Słuchajcie no Wolf, pozwólcie że pozwolę sobie tutaj, w tym pomieszczeniu, na chwilę wobec was szczerości. Zacznę od małego wyjaśnienia czemu to, jak pewnie zauważyliście już, siedzę do was bokiem nie patrząc na was i tym samym okazuję wam nieco lekceważenia. Czy was interesuje czemu tak jest, Wolf? – zapytał B. i nadal obserwował snujący się leniwie przed nim papierosowy dym. - Tak jest kapitanie, melduję iż bardzo mnie to ciekawi – zabrzmiała natychmiastowa odpowiedź. - Otóż drogi Wolf. Napawacie mnie tak ogromną pogardą, której na tyle nie umiem w sobie ukryć, iż postanowiłem w ogóle na was nie patrzeć. Tak jest mi, wybaczcie otwartość, po prostu, o tyle o ile się w ogóle da w naszej sytuacji o tym mówić, wygodniej i przyjemniej. Teraz pozwolicie, przejdę dalej. Zawołałem was tutaj w konkretnym celu, a ściślej rzecz biorąc, w celu zadania wam bardzo konkretnego pytania. Wiem skądinąd, iż jesteście w posiadaniu bardzo dobrych miejscowych map, których – tu B pogardliwie wydmuchał kolejną chmurę dymu – te psy ze sztabu nie były nam łaskawe nawet na chwilę pokazać. Mapy te, choć są w waszym, Wolf, posiadaniu, są również bardzo w tej chwili potrzebne nam. Bo jak się chyba już zdołaliście Wolf zorientować, nasze wspólne położenie jest więcej niż marne, zauważyliście to Wolf ? - Tak jest panie kapitanie. - Dlatego jestem zmuszony przełamać mą niechęć do was i zapytać bez ogródek. Co w świetle informacji jakie z waszych map zapewne posiadacie, należałoby teraz nam wszystkim uczynić. Owszem, możecie oczywiście nie powiedzieć mi nic godnego uwagi, zataić coś przede mną, macie do tego najsłuszniejsze i wynikające choćby z mego złego was w tej chwili traktowania, prawo. Moim kontrargumentem, którego radzę wam absolutnie nie lekceważyć, będzie stwierdzenie iż radzę wam tego nie czynić. Jeśli potraficie liczyć, a sądzę iż was tego jednak nauczono, podliczcie sobie w duchu jakie są pomiędzy nami proporcje. Otóż nas, mówię tu o moich chłopcach i mnie samym, jest dokładnie dwudziestu sześciu, a dodam iż każdy z nas posiada jeszcze przynajmniej jeden egzemplarz broni, a was Wolf, was przebrzydłych SS-mańskich świń, jest tylko czterech, a w tym tylko dwie z was mają pistolet. W świetle tych obliczeń, można domniemywać, iż w przypadku waszej niechęci do współpracy i muszącym się wtedy bezwzględnie pojawić między nami, nazwijmy to konflikcie, wasza pozycja nie byłaby godna pozazdroszczenia. Biorąc to wszystko pod uwagę, te wszystkie okoliczności które wam tu przedstawiłem, ponownie zwracam się do was, choć dodam że czynię to bez najmniejszej satysfakcji, o poradę co do naszych wspólnych dalszych przedsięwzięć. Wolf milczał chwilę, i trzymał chłodną dłoń przyłożoną do coraz bardziej zaczerwienionego ucha. W tym czasie B. podniósł z blatu jakąś tekturową, szarą teczkę i rozłożył ją sobie szeroko przed oczami. Chwilę ją wertował, aż w końcu odnalazł miejsce w którym tkwił gęsto zapisany list, jaki dostał kilka dni temu, kiedy jeszcze docierała do jego oddziału jakakolwiek poczta. Omiótł wzrokiem kilka pierwszych linijek:.

„Mój drogi Hermann, piszę do Ciebie i chcę tym samym wyrazić ogromną mą za Tobą tęsknotę. Bawimy teraz wraz z Lizą i Ewą w Berlinie. Och, Hermann, jakże tu jest wspaniale, jak znakomicie się tu bawimy, a jak o nas tu dbają wszyscy, aż wprost nie mogę się temu wszystkiemu nadziwić. Wczoraj byłyśmy na przyjęciu u siostry Lizy, tańczyliśmy do prawie dwunastej w nocy. Nie, nie bądź zazdrosny Hermann. Owszem, tańczyłam z jednym przystojnym oficerem, chciał mi nawet wetknąć do dłoni jakiś liścik ale odmówiłam. Kocham tylko Ciebie, kocham mocno i już wprost nie mogę się doczekać kiedy zasypiesz mnie ponownie swymi gorącymi pocałunkami..”

– Kapitanie – odezwał się wreszcie Wolf, przerywając B. lekturę listu – pozwolę sobie zameldować, iż owszem, ma pan całkowitą rację. Jesteśmy w posiadaniu dość dobrej mapy, na którą nie tylko naniesiono wszystkie tutejsze skupiska zamieszkującej te ziemie hołoty, ale także w miarę aktualne lokacje grup partyzanckich bandytów. Jeśli zapyta mnie pan kapitanie, co należałoby w pierwszej kolejności uczynić, to zasugerowałbym abyśmy skierowali nasz oddział w stronę południowo-wschodnią... Wyjął tu ze sztabówki, którą miał przewieszoną przez mundur, jakąś porozrywaną i postrzępioną dość mocno mapę, podszedł powoli do biurka i po chwili rozłożył ją nie bez trudu przed B. B. zamknął dość niechętnie teczkę zawierającą list, odłożył ją troskliwie na bok, przesuwając jeszcze po niej delikatnie dłonią i nachylił się nad rozpostartą przed nim właśnie mapą. Wolf po chwili wyciągnął dłoń, i palcem przez chwilę krążył nad nią szukając właściwego punktu. Palec wreszcie tam spoczął. – Tutaj, panie kapitanie – Wolf pukał palcem we wskazanym punkcie. – Jakieś dziesięć kilometrów stąd znajduje się mała wieś. Według naszej wiedzy, nie dość że znajdować się tam może małe, a co za tym idzie niegroźne skupisko polskich bandytów, to z pewnością jest tam też żywność, a tej teraz nam najbardziej brakuje. Proponuję udać się tam niezwłocznie. Ryzyko jest spore, ponieważ Sowieci już tutaj gdzieś się kręcą, możemy natknąć się na ich rozpoznanie, ale chyba warto zaryzykować. Zresztą lepsze to niż siedzenie i oczekiwanie na koniec. B. spojrzał na paluch Wolfa, który tkwił na mapie i w myślach przeczytał nazwę wsi.

W LESIE

Kolumna wolno jechała poprzez piaszczystą i nierówną drogę. Część z żołnierzy przysypiała, cześć tępo patrzyła się na mijaną, porośniętą rzadkim lasem bezludną okolicę. Czoło kolumny stanowił Mercedes prowadzony przez Hansa. Obok niego siedział zasępiony B., a na tylnym siedzeniu znajdował się Wolf, który po kilku kilometrach najzwyczajniej w świecie wyciągnął się tam szeroko i zdawał się drzemać. Nagle Hans zatrzymał samochód i cała ta niewielka kolumna zatrzymała się. B. spojrzał na niego beznamiętnie, ale też pytająco. Niech pan patrzy kapitanie, Sowieci... – lękliwie wyjaśnił powód tego niespodziewanego

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%