Fantasy · 13 min czytania
II. Diler Śmierci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dwa: Diler Śmierci
Wnętrze sali zdawało się być zimne. Lecz tylko pozornie. Ściany były kamienne, miejscami okryte gobelinami przedstawiającymi wszelkiej maści symbole magiczne oraz zdarzenia historyczne, czy mityczne. Dach był drewniany, pomalowany od wewnątrz na czarno. Nigdzie nie było okien. Mdłe światło wpadało przez drewniane drzwi. Ale nie na długo, gdyż i one zostały w końcu zatrzaśnięte. Ktoś z zebranych zapalił świecę, następnie przeszedł z nią wokół stołu ustawionego po środku pomieszczenia, zapalając inne, które się na nim znajdowały. Żaden normalny człowiek nie wytrzymałby długo w takim miejscu, lecz na szczęście wszyscy obecni byli mędrcami. Wszyscy oni byli przyzwyczajeni do wszelkiej maści dymów i oparów, dlatego też mogli sobie pozwolić na przebywanie w jednym pomieszczeniu z całą masą świec i pochodni. Mieli zamiar obradować.
Zbliżał się wieczór. Była to pora, o której w karczmie pojawia się najwięcej gości. Chłopi, zmęczeni po całym dniu pracy, handlarze, którzy zawsze ciągną w najgęściej zaludnione miejsca, oraz wojowni-cy, dla których właściwie każda pora była odpowiednia na kufel piwa. - Jak myślisz, czy Fenris naprawdę zbiera swoje armie gdzieś na obrzeżach Midgardu? – Zapytał ktoś Gorda, ściszając głos,. - Dlaczego pytasz? – zdziwił się wojownik. Wskazał miejsce na-przeciwko siebie – proszę, usiądź. - Dziękuje – odparł nieznajomy i położył swój kufel na stole zanim zajął miejsce - Najemnik twierdził, że idzie zabić Fenrisa. Lecz z two-jej opowieści wynika, iż spotkaliście tam cos zupełnie innego. Gord zamyślił się, pociągnął większy łyk z kufla, zyskując chwilkę na namysł. - Nikt nie powiedział jednoznacznie, iż to on będzie w tej jaskini. Ale jak Najemnik cos sobie ubzdurał... znałem go dosyć dobrze. Szkoda go... - Rzeczywiście szkoda, na wypadek wojny przydałby się ktoś taki...
Ta noc minęła raczej spokojnie. W karczmie nie odbyła się żadna bójka. Ludzie zwyczajnie nie mieli ochoty bić się nawzajem, przeraże-ni widmem wojny. Minęło już kilkanaście dni od niefortunnej wypra-wy Najemnika, a ludzie nadal o niej gadali. Zwykle w większych mia-stach, a Måne do takich należało, nowość stawała się przedawniona najpóźniej po tygodniu. Tu nigdy nie brakowało tematów do rozmów.
Część 22 / 2
Narada mędrców trwała bardzo długo. Jeszcze godzina i z cała pewnością ktoś by się zatruł dymem. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło. Dokładnie ustalono, jakie kroki należy przedsięwziąć. Wy-typowano już nawet mędrca, który miał następnego dnia z rana poin-formować o wszystkim króla. Był to podstarzały już człowiek z siwą brodą. Mówiono na niego Hekser. Imię godne takiego mędrca, jak on. Niewielu go przewyższało wiedzą i umiejętnościami.
*** Biały wilk. Nie mógł przestać o nim myśleć. Pierwszy raz widział takie zwierzę. Szkoda tylko, że od razu musiał je zabić. Niell szedł powoli, zdawał się nasłuchiwać, jakby się czegoś oba-wiał. - Coś cię gryzie, przyjacielu? – Spytał retorycznie jeździec. Kiedy nie ma z kim pogadać, człowiek próbuje nawet z koniem. Bo i czemu by nie? Mędrcom podobno się to udawało. Ale im podobno wszystko się udawało. Wynikało to z jednej prostej przyczyny: ludzie którzy ich podziwiają, widzą w nich prawie bogów. A czego się bogom nie przy-pisuje? Śnieg prószył coraz mocniej. Koń najchętniej by się zatrzymał na odpoczynek, lecz obawiał się zasypania. Zupełnie bezpodstawnie, gdyż w tych górach nigdy nie było tak mocnych śnieżyc. No ale skąd biedne zwierzę mogłoby o tym wiedzieć?
*** - Wprowadzić! – nakazał władca Måne. „Måne” było jednocześnie nazwą najpotężniejszego kraju w Midgardzie, jak i nazwą jego stolicy. Samo słowo oznacza po prostu „księżyc”. Była ona adekwatna, lecz nie od razu każdy to dostrzegał. Kraj ten bowiem był najbardziej wy-sunięty na północ kontynentu. No, a północ, rozumiana w sensie „pora dnia”, w jakiś sposób kojarzyła się z księżycem. - Uszanowanie, Panie – Starszy człowiek pokłonił się, wchodząc w towarzystwie dwóch strażników. - Możecie odejść – słowa te zabrzmiały jak rozkaz. Chwile potem w komnacie zostały już tylko dwie osoby. - Jak liczną armię posiada królestwo? – spytał mędrzec, tonem su-gerującym powagę pytania, niż zwykłą ciekawość. - Obecnie to będzie około tysiąca ludzi - odparł bez zastanowienia król – ale gdyby ogłosić pełną mobilizację powinno się uzbierać dru-gie tyle. - Rozumiem... – zamyślił się starzec, jakby coś liczył – to będzie mniej więcej tysiąc zawodowych żołnierzy, dwustu weteranów, pół tysiąca rozbójników, najemników i temu podobnych, a reszta to chłopi umiejący się posługiwać jedynie toporem do rąbania drewna... - Tak...prawdopodobnie... – odpowiedział władca. Nie mógł wymy-ślić nic sensowniejszego. - W armii Fenrisa prawdopodobnie znajdą się wszyscy wojownicy, którzy po śmierci nie trafili do Valahlli, pałacu Odyna. - Możliwe... - A to będzie prawdopodobnie więcej niż dwa tysiące i to samych weteranów. - Rozumiem... chcecie połączyć siły z innymi królestwami? – zga-dywał król. - Nie, to nie byłby dobry pomysł. Rozważyliśmy taką ewentualność na wczorajszej naradzie. Jeśli dojdzie do wojny, lepiej byśmy spróbo-wali zatrzymać wroga jak najdłużej u siebie, by dać sąsiadom czas na przygotowanie – wyjaśnił. - Więc chcecie nas poświęcić? – zdziwił się władca – całą armię, ca-ły kraj, cały... naród? – władca wstał, zaczął nerwowo chodzić po po-mieszczeniu. - Jeśli będzie trzeba. Tu chodzi o dobro całego Midgardu! - Nie pozwolę! - My również nie chcielibyśmy dopuścić do czegoś takiego. Dlatego będziemy próbować nie dopuścić do wojny. Przyszedłem, by przeka-zać Ci właśnie tą informację. - To jest tylko wiadomość, czy też może ukryta prośba? – Król opa-nował swoje nerwy, zatrzymał się w jednym miejscu. - Tak, mamy prośbę. Będziemy potrzebować złota na uzbrojenie wojownika. - Jednego wojownika? - Tak, jednego. Nie uszczuplimy tym zbytnio skarbu państwa. Poza tym nasz wojownik jest wart każdej inwestycji. - A któż to taki? – Zaciekawił się władca – chętnie go poznam.
*** - Odpoczniemy tu chwilę – rzekł jeździec, uznając iż gadanie z własnym koniem nie jest niczym złym. Przecież nikomu tym nie szkodzi. - Jedziemy już od ponad pięciu godzin, jestem zmęczony. Ty pew-nie też – zsiadł z siodła, zdjął z pleców okrągłą tarczę, kołczan i łuk, następnie odgarnął śnieg z kamienia i usiadł na nim. Był zimny. Jak wszystko wokół. -