Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 1 godz. 3 min czytania

Imago

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jaskrawy, biały motyl frunął między drzewami, to wznosząc się, to opadając. Trzepotał zapalczywie skrzydełkami, slalomem omijając grube, omszałe pnie to z lewej, to z prawej. Wysoko w górze korony drzew szumiały ponuro pod gwałtownymi podmuchami wiatru. Tu, w dole, las był ciemny, chłodny i wilgotny. Ściółka parowała, wypełniając okolicę intensywną wonią ziemi. Bielinek kapustnik przycupnął na pniu opasłego dębu na skraju łączki - spłachetka trawy, chwastów i paru kwiatów pośrodku leśnej gęstwiny. Wygrzewał się w słońcu, a światło odbijające się od jego białych skrzydełek niemal oślepiało. Rozkładał je i składał powoli. Trzymał się mocno omszałej, pomarszczonej kory i tylko nieznacznie dygotał, gdy wiatr dął silniej od strony łączki. Nagle poderwał się do lotu i zawrócił tam, skąd przyfrunął - z powrotem w las. Może spłoszyło go bzyczenie roju much, których chmara zleciała się na łączkę. A może odurzający fetor czerwonej krwi rozlewającej się po zielonej trawie, wsiąkającej w czarną ziemię. Muchy osiadły na ziemi grubym kobiercem, skoro tylko ucichł tupot oddalających się kroków.

***

Tad Aston przykucnął i przeszedł pod żółtą taśmą, rozpiętą przez paru funkcjonariuszy pośród drzew nieopodal drogi tak szczodrze, jakby oznaczali lej po upadku małego meteorytu. Był to młody mężczyzna, około trzydziestki, wysoki i całkiem przystojny - choć w tej chwili nie wyglądał zbyt atrakcyjnie. Potargane, jasne włosy sterczały na jego zmęczonej głowie jak połamany krzak. Oczy miał podpuchnięte i przekrwione, a w kącikach ust zachniętą ślinę. Ale nie robiło to różnicy ani jemu, ani nikomu innemu. W końcu nie szedł na podryw, więc nie miał "wyglądać". Nie on też miał być gwoździem programu. Miał po prostu jak najszybciej przyjechać. Zbudził go telefon około szóstej, i choć próbował wychrypieć do słuchawki jakieś wymówki, głos po drugiej stronie krótko i dobitnie uciął wszelkie tłumaczenia. - Nie pierdol, cukrowa lalu, tylko dupa w troki i widzę cię tu za piętnaście minut! - ryknął rozmówca do słuchawki i rozłączył się. Tad skrzywił się i zamrugał oczyma. Wzruszył ramionami. Ubrał się pośpiesznie, założył nieuprasowaną koszulę, nie dopinając guzików, krzywo zawiązał krawat, nie wypastował butów i tylko kurtkę założył tak, jak trzeba. Przed wyjściem jednym haustem wypił gorącą kawę, parząc sobie język. Nie zaczął wyć z bólu tylko dlatego, że nie było na to czasu. Wsiadł do samochodu i pojechał za miasto. Skręcił z głównej trasy wyjazdowej i wyglądał miejsca, w które miał dojechać. Trudno byłoby je przeoczyć - na miejscu stało już kilka radiowozów, a na skraju lasu zbierał się mały tłumek mundurowych i poważnych ludzi o zapuchniętych oczach. - Co mamy, Vince? - spytał zatrzymując się obok łysawego Włocha w jasnym prochowcu. Ten nie spojrzał na niego. Nie podali sobie dłoni na przywitanie. Grzali je w kieszeniach. Był wyjątkowo paskudny, zimny poranek. Kropiło. - Trup. Ale takiego czegoś to, jak żyję, nie widziałem - mruknął Vince, kręcąc głową. To on obudził Tada telefonem. - Idź sobie popatrz, ja już mam dosyć... Tad przepchnął się między kilkoma funkcjonariuszami i usiłował dojrzeć coś ponad głowami ekipy zbierającej ślady i zabezpieczającej dowody. Ktoś pobierał próbki krwi, kto inny zgarniał do probówki grudki ziemi. Ktoś robił odlewy wszelkich podejrzanych wgnieceń w ziemi. Stan Kee, specjalista od medycyny sądowej, przykucnął w samym środku okręgu żółtej taśmy, nad powodem całego zamieszania i spod zmierzwionych brwi oglądał go centymetr po centymetrze. - Jezu... - wychrypiał Tad, zakrywając dłonią usta. Wbijał wzrok w worek szarej, pomarszczonej skóry, która kiedyś był człowiekiem. Trup nie odwzajemniał spojrzenia - jak to czasami bywa, gdy zwłoki szeroko otwartymi oczami zdają się gapić człowiekowi prosto w oczy, gdziekolwiek stał. Trup nie miał oczu. Twarz była rozdarta jak papierowa torba. Torba, w której już nic nie było. Ziemia pod zwłokami przesiąkła krwią. Zrobiło się z tego czarne błoto. - Stan... Kurwa... Co to jest? Patolog, wciąż pochylony nad ciałem - a raczej tym, co z niego zostało - nawet nie drgnął. Uniósł tylko dłoń i ruchem palca przywołał Tada, by ten kucnął przy nim. Aston przycisnął dłoń do ust, czując, jak resztki wczorajszej kolacji i poranna kawa - która jeszcze chyba nie wystygła - pną się w górę jego przełyku. Skupił wzrok na Stanie, ale będąc tak blisko miejsca zbrodni - praktycznie mając je pod nosem - trudno nie widzieć zmasakrowanego ciała i krwi choćby kątem oka. A i tak, choćby zdrowy rozsądek bronił się, a żołądek protestował, ciekawość perwersyjnie ściąga oczy tam, gdzie nie trzeba. - Stan? - syknął Tad, gdy patolog przez dłuższą chwilę nie udzielał mu odpowiedzi. Stan przypatrywał się pokiereszowanym zwłokom szeroko otwartymi oczyma, ale bez lęku czy obrzydzenia. Trochę marszczył nos, bo zapach unoszący się nad rozkładającym się ciałem w sosie własnym do najładniejszych nie należał. Ale bił od niego ten sam, co zawsze... profesjonalizm. Czujnym wzrokiem badał ciało centymetr po centymetrze - bez emocji. Inni krzywili się, odwracali. Na ziemi było też parę plam wymiocin. Zapalczywy technik chciał co poniektóre zabezpieczać i pobrać próbki, ale bladzi funkcjonariusze tłumaczyli pośpiesznie: to nasze. Świadek zdarzenia, który zawiadomił policję, już nawet chyba nie miał czym rzygać. Ale nie Stan. Ciężko zgadywać, czy widział w życiu gorsze rzeczy, albo coś podobnego - ale pewnie różnych cudów się naoglądał przez niemal trzydzieści lat pracy. Zapewne po pięćdziesiątym, setnym trupie, jaki wylądował na jego stole, wegetatywny odruch wymiotny siłą rzeczy ustał - w przeciwnym razie zamiast wykonywać swój zawód połowę dnia spędzałby modląc się nad muszlą klozetową jak bulimiczka. Może opanowanie, a może poczucie obowiązku pozwoliło mu spokojnie przyjrzeć się, co mu się trafiło, i wysnuć logiczne wnioski. - Mężczyzna, rasy białej, na oko lat czterdzieści, sądząc po postępującej łysinie i pogłębiających się zmarszczkach - zaczął Stan spokojnie swym głębokim, beznamiętnym głosem. Brzmi, jakby sam umarł ze sto lat temu, pomyślał Tad, gdy po raz pierwszy spotkał go kilka lat temu nad zwłokami pokiereszowanej siedemnastolatki. Kee sam wyglądał jakby był jednym ze swoich pacjentów. Miał bladą, wręcz zielonkawą skórę, i choć wszyscy zebrani wyglądali nienajlepiej, zerwani z łóżek najpóźniej o godzinie szóstej, to Stan naprawdę wyglądał jak trup oczekujący na sekcję zwłok. Miał długą, pociągłą twarz, zapadnięte policzki, blade oczy, cienkie wargi, parę żałosnych kępek siwiejących włosów i ospowatą cerę. Gdyby zdarzyło mu się przysnąć w pracy, ktoś mógłby w poczuciu obowiązku wpakować go omyłkowo do czarnego worka. - Tożsamość ofiary nieznana - ciągnął patolog. Ofiara. To trzeba było sobie powiedzieć od razu. Czasami ludzie robili sobie dziwne rzeczy, które wyglądały na zabójstwo. Czegoś takiego jednak nikt by sobie sam nie zrobił. - Zwłoki były w chwili znalezienia nagie, nie znaleziono przy nich żadnych dokumentów. Sądząc po stanie rozkładu, leżą tu od jakichś trzech dni. Brak jakichkolwiek narządów wewnętrznych oraz kości szkieletowcych. Znaleziono tylko skórę. Dobrze zachowaną tkankę skórną ze wszystkimi jej warstwami. Wygląda na to, że została zdarta z ofiary. Zaznaczam, zdarta. Nie ma śladów nacięć, chociażby i niewprawnych, zadanym zwykłym nożem czy czymś. Ofiara została dosłownie rozszarpana i wypatroszona. Ciężko powiedzieć, w jakiej kolejności. Zastanawiający jest fakt, że skóra nie jest podarta na strzępy. Mamy skórę w jednym kawałku. Poszarpaną, pozbawioną kości i wnętrzności, ale w w jednym kawałku. Rozcięty jest tułów, twarz, nawet ręka. Nie wiem, kto lub co i jak to zrobiło. To jest za bardzo wymyślne jak na zwierzę, ale nie wiem, jaki człowiek byłby w stanie tak kogoś... rozedrzeć. Zresztą, gdyby to było zwierzę, zostawiłoby tu jakieś ślady. Zwierzęta nie są aż tak skrupulatne, żeby po sobie posprzątać. Zostałyby kości i kawałki nietkniętych albo niedokończonychn organów wewnętrznych. A nie ma nic. Chłopcy szukają śladów świeżo ubitej ziemi, może ktoś je zakopał w pobliżu. - Stan zerknął na uwijających się dookoła funkcjonariuszy. - Nie ma też oznak walki. Nie ma krwi ani kawałków naskórka napastnika pod paznokciami. W ogóle na ciele ofiary prawie nie ma śladu krwi. Skrzepy są tylko na poszarpanych krawędziach. Reszta wsiąkła w ziemię. Wygląda na to, że cała krew pochodzi tylko ze zdartej skóry. Z wierzchu wygląda, rzekłbym, efektownie, jakby tu wsiąkło z dziesięć litrów, ale to tylko dwuwymiarowa, czarna kałuża. Na mój gust, cała krew wyciekła z naczyń krwionośnych skóry. Gdyby tu rozegrała się walka, cała krew poszłaby w mięśnie, ergo, nie mielibyśmy takiej ładnej kałuży. Myślę, że ofiara albo nie walczyła, albo wykonała jakiś nieludzki wysiłek. Ale nie walczyła. - Czyli... - wychrypiał Tad, ryzykując krótkie spojrzenie na poszarpany worek ze skóry - mamy tu najefektowniejszego trupa w historii naszego wydziału, i nie wiemy ani kto to jest, kto zabił ani jak zabił? Stan skinął tylko. - Na razie tylko tyle mogę ci powiedzieć. Jak zabiorę go do siebie, może uda mi się coś jeszcze znaleźć. Na miejscu musimy jeszcze zdjąć ewentualne odciski palców ewentualnego napastnika. Żadnych widocznych śladów nie znaleziono. Nie ma włókien, włosów, nic z tych rzeczy. - Dzięki - rzekł Aston i podniósł się z kucków. Nogi mu zesztywniały i teraz chwiejnie szedł w stronę Vince'a. - I co? Macie coś nowego? - spytał ten. - Przy mnie nic nowego nie znalazł. A u was jak? - Chłopcy nadal przeczesują teren centymetr po centymetrze, ale coś kiepsko mi się to widzi. Jak widzisz, mamy cudowną pogodę, która cudownie utrudnia nam pracę, złośliwie zacierając ślady. Taka malutka mżaweczka, ale jak gdzieś się uchowała chociaż kropelka zakrzepłej krwi, która dużo by nam powiedziała, to na pewno już została zmyta. A jak były jakieś odciski, to na pewno są już tylko uroczym błockiem, i cud, jeśli chłopcy jeszcze ich sami nie zadeptali. - Czyli, jednym słowem: nic, tylko iść się pochlastać? - Taaa... Kocham tę pracę... Aston przeczesał włosy, strzepując z nich wodę. Wyglądał jak zmokła kura. Niczego tak nie pragnął jak kawy. O śnie nawet nie marzył. Nagle Vince szarpnął go za rękaw. - Nie śpij! Porwał go za rękaw kurtki. Minęli szerokim łukiem czuwającego nad zwłokami Stana i poszli w stronę wołającego ich faceta, który wypełniał gipsem jakiś odlew. - Co macie? - spytał Vince. - Jakiś odcisk. Ledwie widoczny. Jeśli to było dwa lub trzy dni temu, to mieliśmy piękny dzień, więc ziemia nie była taka miękka jak dzisiaj, i sprawca nie zostawił aż tak głębokiego śladu. Ale coś jest. No i mam tu krew. Tu, pod paprocią, niedaleko śladu. Cud, że się uchowała ta kropelka. Czekali trochę, aż gips zasechł. Gdy technik stwierdził, że już gotowy, wyjął odlew i oczyścił go pędzelkiem. - I co tam mamy? - Odcisk stopy - odparł facet. - Bosej stopy. Vince, dotychczas zgarbiony wyczekująco nad technikiem, wyprostował się i niemal się roześmiał. - Pięknie! - parsknął. - Facet na bosaka rozrywa faceta na golasa gołymi rękoma. Najpierw błysnęło, a sekundę później zagrzmiało.

***

Tad Aston czekał w barze naprzeciwko posterunku na Vince'a. Zajadał się czwartym pączkiem i popijał chyba trzecią kawę - jakby nie jadł od trzech dni, albo magazynował zapasy na następne kilka. Jak lew. Marzył mu się jakiś normalny posiłek, jak choćby odgrzewana pizza. Czegoś przygotowanego od podstaw ludzką ręką pół godziny przed konsumpcją nie jadł już od wieków. Planował, obiecywał odwiedzić matkę, już tyle razy - ale zawsze w ostatniej chwili okazywało się, że z domowego obiadku nici, bo gdzieś w terenie czekało na jego oględziny zimne mięso, najczęściej nieświeże. Mimo najszczerszych chęci, nie mógł się urwać z pracy nawet na jeden dzień. A sam umiał jedynie zamówić pizzę przez telefon, a w sytuacji skrajnej - gdyby odłączyli mu aparat telefoniczny - upichciłby sobie jajecznicę. Gdyby, oczywiście, pod ręką były jajka. Niestety, jego lodówka ziała pustkami i bezużytecznie zżerała prąd. Nie miał czasu na jakieś porządniejsze zakupy, a przede wszystkim nie miał czasu, żeby zjeść. Gdy już kupił mleko do kawy, i tak skisło, zanim zdążył zużyć choćby połowę kartonika. Nawet nie ważył się tknąć piwa - w chwili, gdy otworzyłby puszkę, najpewniej dostałby telefon, że ma przyjeżdżać już, zaraz, teraz, natychmiast. Odkąd zostawiła go Sandra, nie miał kto zadbać o niego, o lodówkę i o brudne gacie. Tak więc na jego dietę składała się kofeina i pączki. Nie tył chyba tylko dlatego, że często musiał ganiać za podejrzanymi - a niektórzy przestępcy czas pomiędzy jedną a drugą zbrodnią spędzali chyba na treningu do kadry narodowej w biegu na czterysta metrów. Vince przysiadł się do jego stolika bez słowa. Skinął tylko na przywitanie, a Tad odparł mu tym samym. Spojrzał na niego wyczekująco spod uniesionych brwi. Przeżuwał właśnie kolejny kęs pączka, więc nie mógł nic powiedzieć. Nie musiał. Vince sam zaczął. - Nadal błądzimy po omacku w ciemności - mruknął zawiedzionym tonem. - Póki co, jest co robić, ale nie wiem, ile to potrwa, gdzie to nas zaprowadzi i czy zabawa nie skończy się z palcem w nosie. Póki co, mamy odciski palców ofiary i parę odcisków znalezionych na ciele, część jej własnych, a część należących, zdaje się, do mordercy. Poza tym, nic. Nie ma włókien, nie ma włosów. Toksykologia nie wykazała niczego ciekawego. W krwi nie wykryto śladów niczego ciekawego, żadnych trucizn, środków odurzających, leków, nic. Krew znaleziona pod paprocią to krew ofiary. Mamy tylko odciski. Poszliśmy tym tropem. Są tylko dwa wzory, co powinno teoretycznie ułatwić sprawę. I takiego wała! Ani jeden, ani drugi nie notowany. - A jak poszukiwania w terenie? - spytał Tad, popijając kawą kęs pączka, którym się zakrztusił. - Mają już coś? - Póki co, nic. Pieski idą naprzód, obwąchując matkę ziemię jak niewyżyci zboczeńcy, ale co i rusz gubią trop. I tak idą i idą już drugi dzień, i tylko dalej w las. Gdzie tu logika? Czy gość, który rozpruł tego kolesia, szedł kilka dni przez las, może jeszcze z workiem jego bebechów przewieszonym przez ramię? Ja bym na jego miejscu dał sobie spokój. A co u ciebie? - Zrobili portret pamięciowy na podstawie... - Tad uciął wpół zdania, i przez chwilę gestykulował żywo. W końcu obiema dłońmi wskazał na własną twarz, rozczapierzając przy tym palce. - Skalpu... Kobieta, która go rysowała, miała minę nie do podrobienia, jak jej pokazali zdjęcie rozdartej na pół twarzy. Mówiła, że robiła już różne rzeczy, z portretami na podstawie niekompletnej czaszki włącznie, ale czegoś takiego nie widziała. I powiem ci, że jak na babkę bez doświadczenia w rysowaniu skalpów, nieźle jej to wyszło. Tylko nam już trochę gorzej. Ja i kilku chłopaków chodziliśmy z tymi rysunkami odbitymi na ksero, gdzie się dało. Po hotelach, motelach, schroniskach, przytułkach, knajpach, stacjach benzynowych. Nawet meneli na ulicy się pytaliśmy, czy nie widzieli gościa, bo wszystko możliwe, chociaż facet wyglądał w miarę porządnie, tylko trochę nieogolony. Wysłaliśmy nawet faksem do tego wariatkowa, żeby nam powiedzieli, czy nikt o takim rysopisie im nie uciekł. I nic. Jedna miła pani w przydrożnym barze była bardzo przejęta i bardzo chciała pomóc. Przyznała, że nie widziała tego mężczyzny, ale obiecała zadzwonić, jeśli tylko się pojawi. Tad uspokoił ją, że raczej nie ma takiej możliwości. - To co robimy? - spytał Vince. Zamówił kawę i teraz sączył ją powoli, pogryzając pączkiem. - Orzemy dalej to, co mamy, czy masz jakiś inny pomysł? - Na mój gust, niegłupie byłoby rozszerzyć pole poszukiwań. Skupiliśmy się na okolicach, na naszych miejscowych oprychach, a przecież to wcale nie musi być ktoś stąd. Ja bym dał sobie spokój z łażeniem i wypytywaniem po hotelach knajpach, tylko po prostu dałbym portret pamięciowy do programu o osobach zaginionych w telewizji. A w kwestii mordercy, wypadałoby się skontaktować z komisariatami w promieniu kilkudziesięciu mil, wypytać, czy nie mieli podobnych przypadków, no i przefaksować im odciski palców, bo może już mają skurczybyka w aktach, a my tu siedzimy z palcem w nosie. - No tak, tylko teraz się zastanowić, czy puszczamy to lokalnie, czy na cały stan? Bo im szerzej to puścimy, tym więcej będziemy mieć zgłoszeń, i wszystkie trzeba będzie wybadać. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, ten facio na rysunku jakoś szczególnie się nie wyróżnia. Ile jest takich samych spasionych, łysawych brzydali? Daj wiadomość, że poszukujesz tego gościa, rysunek z gatunku "mniej więcej", a dostaniesz minimum kilkadziesiąt zgłoszeń, i każdemu trzeba się będzie przyjrzeć z osobna. A dolicz sobie do tego fałszywki i delikwentów, którzy zadzwonią do nas powiedzieć, że owszem, kiedyś, gdzieś tam, ale to było dawno temu i widzieli go kątem oka w ciemnej ulicy. Jeśli uściślisz, że nie chodzi o nikogo, kogo widzieli wczoraj, bo facet nie żyje, to prasa nam się zwali na kark jak sępy na padlinę: a kto to, a co to, a czemu, a co się stało? I kto się nimi zajmie? - Ty - odparł Tad rzeczowo. Vince nadymał się i pokręcił głową. Ale to on był zawsze wystawiany na ostrzał fleszy, gdy duet Tad Aston - Vincent Cortini dostał jakiś smakowity kąsek i zwęszyła go prasa. Był, jak to się ładnie mówi, bardziej medialny. Tad Aston zajmował się gonitwami za uciekającymi bandziorami, strzelaniem i wyważaniem drzwi, a Vince krzyczał na ludzi, którzy mieli coś jak najszybciej zrobić i uspokajał ludzi, którzy mieli jakieś pytania. Mieli jasny podział ról. Tad był ten szybki, a Vince - ten głośny. Tad myślał czasem, że jego partner zawędrował na policję przez przypadek, w drodze do telewizji. Był cięty, wygadany, miał takie strasznie luzackie odzywki, i jak nic dostałby własny talkshow. Był taki... telewizyjny. Nawet jako glina. Miał płaszcz wypisz wymaluj jak Columbo, a gdy wyłysieje zupełnie, zapewne założy ciemne okulary i będzie zgrywał Kojaka. Gdyby wyciągnął Stana z kostnicy i zaciągnął do telewizji, zrobiliby razem niezły policyjny sitcom. - No dobra, mniejsza z tym... - mruknął Vince. Nie dla konferencji prasowych wstąpił do policji, ale i tak dobrze radził sobie z reporterami. Wyrobił sobie specyficzną, pobłażliwą manierę uciszania zgromadzonych, którą Tad nazywał "papieską", i nie tracił nerwów nawet wobec wyjątkowo upierdliwych dziennikarzy, którym inny po prostu dałby w ryj. Gdy nie mógł być rzeczowy, zastępował to arogancją, a ta zawsze zbijała z tropu zbyt dociekliwych pismaków. Uśmiechał się do takiego delikwenta jak do pięcioletniego urwisa, po czym bez żenady prosił: następne pytanie. - Jeszcze odnośnie mordercy... No więc mamy tylko odciski, i niewyraźny odcisk stopy. Nie będziemy się bawić w Kopciuszka, chodzić z butem rozmiar czterdzieści trzy po domach i kazać mierzyć wszystkim domownikom. Zostają nam tylko odciski. Przefaksujemy, gdzie się da, może kochani koledzy z innych miast rzeczywiście już go mają w papierach. Ale co, jeśli nie? Co dalej? Jeśli to nikt miejscowy, to równie dobrze mógł przyjechać z sąsiedniego stanu, albo, dajmy na to, nawet z Polski, żeby tu, na wycieczce krajoznawczej, rozszarpać kogoś na strzępy i uprowadzić jego bebechy. I ani się obejrzymy, a będziemy przekopywać dokumenty wizowe z ostatnich pięćdziesięciu lat. - No trudno. To nasza praca. - Spójrzmy prawdzie w oczy... - sapnął Vince, znużony. - Nikt się nawet nie zgłasza po zaginionego mężusia, a my tu chcemy postawić na głowie administrację całego kraju i przekopać tony papieru dla jakiegoś zamiejscowego psychola, który zrobił jednorazowy wyskok i pewnie tak się urobił, że drugi raz mu się nie będzie chciało. - Wierzysz w to? - spytał Tad, zerkając na kolegę z ukosa. Vince przez dłuższą chwilę patrzył na niego nieruchomo. W końcu spuścił zrok i rzekł ponuro: - Nie.

***

Była piąta rano, jeszcze ciemno, a Tad wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle. Zaparkował samochód obok kilku radiowozów. Przy jednym czekał na niego Vince, ćmiąc papierosa. Co prawda nie padało, ale zimno przeszywało człowieka aż do kości. Otrzeźwiało. Tad, który spał całe cztery godziny, szybko oprzytomniał. - Gdzie to jest? - spytał. - Chodź, zaprowadzę cię, jest tu taka śliczna łączka - oznajmił Vince z krzywym uśmiechem. - A na samym środku... zgadnij co? - Skóra? - Bingo! - odparł tonem gospodarza teleturnieju. Tad wyrwał się do przodu, nie zważając na to, że nie wie, gdzie to miejsce. Vince musiał go pociągnąć za sobą i przytrzymywać, gdy wyrywał się zanadto do przodu. Sam ledwo dyszał. Bieganie nie było jego mocną stroną, a palenie na pewno temu nie sprzyjało. Gdy upuścił w biegu papierosa, wrócił się po niego. Dopiero po chwili namysłu stwierdził, że nie będzie brał peta z ziemi z powrotem do ust, i przydepnął go, żeby potem nie było z tego pożaru. Na środku małej łączki pośród drzew stało kilku funkcjonariuszy, technicy snuli się w półprzysiadzie, a gdzieś pośrodku tego zgiełku, zapewne Stan klęczał nad zwłokami. Żółtawe snopy światła omywały pogrążoną w półmroku okolicę. Tad przeszedł pod żółtą taśmą, błysnął odznaką jakiemuś żółtodziobowi, który jeszcze go nie znał i kazał się wylegitymować, minął go i podszedł do Stana. Przykucnął i spojrzał na niego, ostentacyjnie ignorując płachtę skóry rozpostartą na trawie. Nie miał czym wymiotować, ostatni posiłek jadł dobre osiem, dziewięć godzin wstecz i w tym czasie zdążył to wszystko zwrócić biegunem południowym w ramach biegunki, której nabawił się zapewne z racji odżywczej diety. - Co tym razem? - spytał. Zaryzykował krótkie łypnięcie na zwłoki, i choć zaraz odwrócił wzrok, to i tak makabryczny widok ściągnął jego oczy, aż w końcu Tad otwarcie gapił się na rozdartą, wyfiletowaną, wybebeszoną skórę, zastanawiając się, co za psychopata robi takie rzeczy. - Mężczyzna, rasy białej, lat około trzydzieści pięć - odparł Stan. - Reszta tak samo, jak przy poprzednim. Streścić ci? - Nie, dzięki, znam na pamięć. Sama skóra, zdarta, żadnych nacięć ostrym narzędziem, żadnych oznak walki, nie ma śladu zabójcy, tożsamość ofiary nieznana, dokumentów i rzeczy osobistych brak. - Mhm - skinął Stan. - Dodałbym tylko, że ten też poleżał tu sobie jakieś trzy dni. - Są odciski stóp? - Moi chłopcy jeszcze szukają, na razie nic. Ale pieski złapały trop i wasi chłopcy poszli dalej w teren. - W którą stronę? Stan zamaszystym ruchem dłoni wskazał na północny zachód. Jego ręka zawisła w powietrzu jak szlaban, sztywna i nieruchoma. Tad zastanawiał się, czy to tylko chirurgiczna precyzja, czy pośmiertne stężenie mięśni. - Dzięki - rzekł na odchodne. Wrócił do Vince'a, ćmiącego nowego papierosa w towarzystwie jednego z policjantów. Rozmawiali, a Vince podśmiewał się ponuro. - Vince, idziesz ze mną? - spytał Tad, wkraczając pomiędzy nich. - Za nimi? - spytał Cortini, wskazując trzymanym w dłoni papierosem północny zachód. - Tak. - Idź, ja zostanę tu, dopilnuję wszystkiego. Zresztą, to ty jesteś tutaj od biegania. - A ty od gadania. - Nie pierdol, tylko zaiwaniaj, bo ci zwieją. Tad kiwnął im głową na pożegnanie. Przesadził w biegu nad siatką i pobiegł w las. Poranny krajobraz wyglądał jak żywcem wyjęty z jakiejś norweskiej bajki dla niegrzecznych dzieci. Drzewa wyłaniały się z ciemności, z mgły - majestatyczne, ciemne, nieruchome. Jakby martwe. Cały las jakby zamarzł. Nie dał się słyszeć żaden dźwięk. Trzask zdepniętej gałązki zdawał się hukiem. Tad smagał wyrastające przed nim drzewa światłem małej, podręcznej latareczki. Inaczej wpadły na któreś w biegu, i potem także jego musieliby szukać. Czasami zatrzymywał się i nasłuchiwał, skąd dochodzi ledwie słyszalne ujadanie psów. Starał się przy tym nie oddychać, bo rzęził, co skutecznie zagłuszało wszystko. Popędził przed siebie. Szczekanie było coraz bliższe, a wśród jaśniejącego granatu zatańczyły jasnożółte snopy policyjnych latarek. - Co macie? - krzyknął Tad, doganiając czterech policjantów z psami. Odwrócili się gwałtownie, gdy był już tylko sześć, siedem metrów od nich. Psy nawet nie zwróciły na niego uwagi. Funkcjonariusze musieli się zaprzeć, by nie pociągnęły ich dalej. - Psy, jak pan widzi, szaleją - odparł jeden z policjantów. Steve O'Hara. Tad znał go, ale nie byli na "ty". - Próbujemy przeczesywać teren latarkami, ale nie dają nam, ciągną nas, jakby gdzieś tam przewróciła się ciężarówka z psim żarciem. Myślę, że coś w tym jest. Gdyby była zima, śnieg, a my mielibyśmy sanie, to byśmy zaprzęgli i pognali. A tak, musimy się z nimi szarpać, bo inaczej by nas zagoniły na śmierć. A puścić samopas nie możemy. Tad podążył za nimi. Podczas gdy oni użerali się z rozdrażnionymi psami, on spokojnie, metodycznie przeczesywał teren światłem latarki. Nagle psy rzuciły się do przodu a ich jazgot był nie do wytrzymania. Funkcjonariusze zaparli się i tylko ciągnąc je oburącz do tyłu utrzymywali je w miejscu. Tymczasem Tad wysunął się kilka metrów do przodu i z bronią gotową do strzału, nasłuchiwał. Coś poruszyło się między drzewami, na wprost, kilkadziesiąt metrów od nich. Poświecił trzymaną w lewej ręce latarką w tamtą stronę. Znowu coś się poruszyło. Podczas gdy policjanci nadal walczyli z psami, by te stały w miejscu, Aston ruszył truchtem w stronę, gdzie coś najwyraźniej było, cały czas trzymając broń w pogotowiu i przyświecając sobie latarką. Nie zdążył zareagować. Usłyszał szelest, i odwrócił się w lewo. Teraz miał do wykonania parę regulaminowych czynności - krzyknąć, oddać strzał ostrzegawczy, a potem celować po nogach, i jeśli zajdzie konieczność, strzelać. Nie zdążył. Na strzał ostrzegawczy było za późno, a gdy uniósł rękę do strzału prosto w pędzący na niego cień, zwątpił. Wypuścił z dłoni broń i latarkę. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje. Poczuł tylko uderzenie w pierś i gwałtowny ucisk, oplatający go nieco powyżej talii. Jego palce trafiły na lepkie od krwi włosy. Druga ręka, instynktownie wędrująca niżej, dotknęła wilgotnej skóry. Delikatnej, kobiecej skóry. Policjanci podbiegli do niego, oświetlając go promieniami latarek, mierząc w jego kierunku z broni. - Nic mi nie jest, chłopaki - krzyknął, osłaniając twarz ręką, gdy rozedrgane latarki świeciły mu po oczach. - Wszystko w porządku. Kobieta przywarła do niego. Kątem oka z przerażeniem patrzyła na zdezorientowanych policjantów. Dyszała ciężko, dygocząc się z zimna. Psy szczekały na nią, ale wkrótce jakby straciły zainteresowanie. Jeden wyrwał się opiekunowi i pognał przed siebie w las.

***

Tad i Vince przypatrywali się przez lustro weneckie siedzącej w pokoju przesłuchań kobiecie. Gdy ją znaleźli, była cała we krwi, więc prowizorycznie wytarli ją kocem, i zawinęli w drugi koc, bo była nagusieńka. Co chwilę słabła. Zresztą, tylko dlatego odczepili ją od Astona, bo oplotła się wokół niego jak ośmiornica i płakała, gdy próbowali ją od niego odciągnąć. Gdy wsadzili ją do radiowozu, zaczęła tłuc w szybę, gdy zobaczyła go stojącego parę metrów dalej, przy swoim samochodzie. Nie dałaby im spokoju, gdyby nie wsiadł razem z nią. Przytuliła się do niego i, trzymając go kurczowo - niemal sprawiając mu ból - zasnęła. Jego wóz pod komisariat podprowadził inny policjant. Na komisariacie wzięła prysznic. Właściwie, nie zrobiła tego sama. Gdy oddelegowana do tego celu policjantka zaprowadziła ją do łaźni, kobieta wydawała się kompletnie bezradna. Stała na nogach o własnych siłach, ale zupełnie nie wiedziała, co robić. Funkcjonariuszka musiała jej pomóc - choć robiła to niechętnie, a wyręczyłby ją w tym niewdzięcznym zadaniu niejeden policjant. Ale w imię przyzwoitości posterunkowa Jiggs zrobiła, co musiała, a potem pomogła się biedaczce wytrzeć. Z braku czegoś odpowiedniejszego, ubrano ją w męski mundur policyjny i dano męskie buty. Sądząc po chybotliwym, powłóczącym kroku, na szpilkach przewróciłaby się i zrobiła sobie krzywdę. Teraz siedziała w pokoju przesłuchań. Spokojnie. Jakby wyczekująco. Nie próbowała uciekać, nie protestowała, gdy zostawiono ją w nim samą. Nie chciała jeść. I nie mówiła. - Ja pójdę i z nią pogadam - stwierdził Vince, podchodząc bliżej do szyby. - Jest w ogóle sens? - spytał Tad. - Kobieta jest w szoku. Kiedy ją znaleźliśmy była cała we krwi. Kto wie, co ona tam musiała przejść. - Szansa pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że widziała mordercę! - nalegał Vince. - Mamy dwa niezidentyfikowane worki skóry i jedną ofiarę, która przeżyła. Jeśli ona nie pchnie śledztwa do przodu, to kto? - A czyja krew? Przecież ona jest nawet nie draśnięta. To cud. Ale w takim razie czyja to krew? Czy ten psychopata rozpruł tam kogoś i ją w tej krwi wykąpał czy co? - A co jeśli ona jest mordercą? - skrzywił się Cortini. - Jasne! - parsknął Aston. - Ta drobna kobietka, metr sześćdziesiąt, tymi słabymi łapkami rozszarpała wielkiego, grubego faceta. Ona nawet nie ma paznokci dłuższych niż pół milimetra. Czym niby to zrobiła? - Masz rację... - skapitulował Vince. - Ale mimo wszystko, pójdę z nią pogadać, może powie cokolwiek. - Idź - westchnął Tad ciężko. Poklepał go po ramieniu. - Powodzenia. I delikatnie z nią. - Człowieku, jestem Włochem. Umiem się obchodzić z kobietą. - Jesteś Amerykaninem włoskiego pochodzenia. W dodatku krzykliwym. - Wolę określenie: medialnym. - Idź, mediuj. Vince poprawił potargane, czarne włosy, podrapał się po łysinie i wszedł do pokoju przesłuchań - powoli i cicho, jak do pokoju śpiącego dziecka. - Cześć - zagaił nieco przyciszonym, jak na niego, głosem. - Jestem detektyw Vincent Cortini. Ale możesz mi mówić Vince. Czarował. Od razu przechodził na "ty". Był bardziej serdeczny niż tego wymagały przepisy, sugerujące, żeby na świadków nie będących oskarżonymi nie wydzierać się i tworzyć skupioną, ale przyjazną atmosferę. Wtedy łatwiej było dotrzeć do ludzi, często spłoszonych i ze strachu zapominających faktów, a czasami i języka w gębie. Ale Vince... Vince szedł prawie jak na podryw, i teraz mizdrzył się do świadka tak samo jak do kelnerki w knajpie naprzeciwko komisariatu. Nie miał nikogo na stałe. Jego życie było jak teleturniej, on pozostawał gospodarzem, a hostessy zmieniały się co i rusz. Tylko było ich jakby coraz mniej - tak jak włosów na jego głowie. Na jego wrodzoną pewność siebie nie wpłynęło to jednak nawet minimalnie. - No dobrze... - westchnął ciężko. Rozejrzał się bezradnie na boki. Jego wrodzony wdzięk showmana nie pomagał. Pozostawała tylko rzeczowość. Zrezygnował nawet z mówienia do niej na "ty". - Powie mi pani cokolwiek? Nie musi to być nic o sprawie. Zostawmy w spokoju porąbanego psychopatę, krew i inne niemiłe rzeczy. Niech mi pani powie, jak ma na imię. Kobieta patrzyła mu prosto w oczy. Siedziała na twardym krzesełku w męskim mundurze policyjnym, co wyglądało nieco komicznie. Młoda kobieta, na oko dwadzieścia pięć lat, w przydużym męskim ubraniu. Garbiła się nieco, głowę pochyliła do przodu, i patrzyła na Vince'a nieco spode łba. Dłonie miała splecione na kolanach. Nie bała się go. Nie uśmiechała się. Miała zupełnie obojętną minę. Choć wyraźnie była przytomna, i kontaktowała - gdy Vince pomachał jej lekko dłonią przed oczyma, podążyła za nią wzrokiem - to nie reagowała na jego słowa. Mógł mówić, co mu się żywnie podobało, a ona - nic. - Nie? - skrzywił się Vince boleśnie. - W porządku... Zrobimy tak: ja będę zgadywał, a pani kiwnie, jak powiem właściwe imię. Zero reakcji. Gapiła się na niego tymi szarymi oczyma. Vince był tym nawet trochę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Imago — czytnik · opowiadania