Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 16 min czytania

IMAGO

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:arial}{i}{b}IMAGO{/b}{/i}

Każdy z nas kiedyś marzył by być kimś innym, chociażby przez jeden dzień. Każdemu czasem życie zbrzydło na tyle, że chciał by je zacząć jeszcze raz, jako ktoś inny i zrobić wiele rzeczy inaczej. Marzymy o tym by być piękni, zdrowi, bogaci. Nie raz na koniec dnia, leżąc już w łóżkach myślimy o tym co by było gdyby… Przyznam szczerze sam nie byłem wolny od takich myśli. Nie raz chciałem być kimś innym. Nie chcę Ciebie, czytelniku obrazić tym porównaniem do mojej podłej osoby, ale chyba jednak jesteśmy pod wieloma względami podobni. Tacy gnuśni, egoistyczni, podli… Jednak moja historia była inna. Moje marzenie się spełniło. Niestety jak to bywa w życiu, nie było dokładnie tak jak to sobie wymarzyłem, a marzenie szybko zamieniło się w koszmar.

Środa Początek tej historii nie jest specjalnie ciekawy. Wiodłem sobie spokojne i w pewnym sensie poukładane życie. Nudna praca z której nigdy nie byłem zadowolony. Małe kawalerka jakich pełno w miastach które niczym się od siebie nie różnią. Posiłki z radiem lub telewizorem, żeby nie jeść samotnie. Kilka ulubionych płyt i książek które towarzyszą mi wieczorami i podczas wolnych dni. Szary człowiek, w szarej kolejce po szare życie. Tak jak wspomniałem, nie raz marzyłem o tym by coś zmienić w swoim, no nazwijmy to szumnie życiem, ale jak zwykle na planach i marzeniach się kończyło. Ciężko było sobie radzić z tym wszystkim. Przytłaczało mnie to, ale uciec od tego nie mogłem. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim była samotność. Niektórzy twierdzą, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ja się jednak z nimi nie zgodzę. Myślę, że nawet największy socjopata odczuwa czasem brak obecności drugiego człowieka. Tylko gdzie go szukać?! Ulicami snują się tylko cienie pięknych ludzi. W czasie rozmowy nikt nie patrzy Ci w oczy, a jeśli nawet już się to zdarzy, widać tylko pustkę. Ale zostawmy te dywagacje bo nie one są tematem tej historii. Wszystko zaczęło się 22 listopada. Budzik jak co dnia zadzwonił. Powoli zwlokłem się z barłogu, który zastępował mi tak dobrze znane z dobrych domów łóżko. 6.30. Powoli powlokłem się do łazienki drapiąc się po tyłku. Znowu za mało spałem, ale wczorajszy wieczór spędziłem z dobrym znajomym Allan Edgarem Poe. Dobry z niego przyjaciel. Żyje już tyle lat, tylko po to, żeby opowiadać mi te wszystkie wspaniałe rzeczy i żył będzie jeszcze długo po mnie i opowiadał te same historie każdemu kto zechce go słuchać. Otworzyłem łazienkę, wszedłem do środka i podniosłem oczy na lustro. Jednak z niego nie patrzyła na mnie ta sama twarz co zawsze. Zamiast obdarzonego bujną brodą, ogolonego faceta z worami pod oczami i skórą która wygląda jak pomarańcza, zobaczyłem całkiem przystojnego bruneta z bujną czupryną, ogolonego o foremnej twarzy, szczupłego. Nawet blizny z ramion gdzieś zniknęły. Patrzyłem tak na tę twarz, a przez głowę nie przemknęła mi żadna myśl. Pustka. Powoli dotykałem twarzy, przeczesałem palcami włosy. Postać w lustrze robiła to samo. Trudno opisać to co wtedy czułem. Zaskoczenie mogę porównać chyba do takiego jakiego doświadcza jakiś urwis który dotknie elektrycznego pastucha i pierwszy raz przekona się, że prąd jest jak nienarodzone dziecko – nie widać, a kopie. Stałem tak z tępym wyrazem twarzy dobre 20 minut. Szukałem jakiegoś logicznego wyjaśnienia, ale ingerencja hinduskiego boga małpy czy też kosmitów wcale mi się takim nie wydawała. Myślenie o tym po prostu nic nie przynosiło więc poddałem się. Jedyny sensowny wniosek do jakiego doszedłem to taki, że nie jestem sobą. Ale czy na pewno? Te same myśli, przyzwyczajenia, wspomnienia. Tylko to ciało jakoś tak nie pasowało do tej układanki którą byłem. Jako, że postać w lustrze nie chciała udzielić mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania zostawiłem ją i poszedłem do pokoju, wziąłem ze stolika fajki, wygrzebałem jednego, założyłem kurtkę i wyszedłem na balkon. Nie lubię palić w pomieszczeniach. Stałem tak sobie i patrzyłem na ludzi idących chodnikiem. Patrzyłem tak i zastanawiałem się co mam robić. Nie wyobrażałem sobie, że mam się teraz ubrać i iść do pracy. W zasadzie nie wyobrażałem sobie co w ogóle mam robić. Godziny mijały, a ja kręciłem się miedzy lustrem w łazience, a balkonem. Cały czas myślałem i cały czas nic nie wymyśliłem. Kłębowisko myśli w mojej głowie przybrało rozmiary galaktyki i cały czas rosło. Nie wiem czy też tak masz, ale dla mnie alkohol zawsze był dobrą odpowiedzią na wszystkie pytania. A działo się to w prosty sposób, po prostu tych pytań sobie nie zadawałem. Ubrałem się więc w to co akurat leżało na fotelu zwinięte misternie w coś przypominającego kupkę szmat. Nowy ja byłem szczuplejszy bo wszystko wisiało na mnie. Wyszedłem z domu, mijałem te same miejsca co zwykle, ale jednak inaczej na nie patrzyłem. Chyba zacząłem się przyzwyczajać. W małym osiedlowym sklepie ta sama ekspedientka co zwykle. Zawsze mi się podobało. Ruda, niewysoka o ostrych rysach twarzy. Lubiłem na nią ukradkiem zerkać. Czasem gdy mnie na tym przyłapała, uśmiechałem się do niej. Jednak po kilku takich sytuacjach przestałem to robić, bo patrzyła na mnie w takim wzrokiem, że gdyby spojrzenie mogło zabić, padł bym od razu martwy. Jednak dzisiaj było inaczej. Z półki wziąłem wódkę, podszedłem do kasy, wziąłem jeszcze fajki, dwie paczki, nie zmarnują się. Kiedy płaciłem chyba pierwszy raz patrzyła się na mnie z uśmiechem. Ale co to był za uśmiech. Nigdy jeszcze nie wydawał mi się tak piękna ja wtedy. Zamieniliśmy kilka zdawkowych słów. Nic specjalnego. Wróciłem do domu. Włączyłem jakąś muzykę i z flaszką w ręku rozwaliłem się na fotelu. Coraz bardziej podobało mi się to co się stało. Może, to był właśnie ten bodziec potrzebny by zmienić coś w życiu?! Z takimi myślami powoi się upijałem. Wypiłem jednak za dużo, co skończyło się dłuższą rozmową z muszlą klozetową. Gdy do wyrzygania został mi już tylko pusty żołądek wstałem i ruszyłem do łazienki się umyć i opłukać usta. Podnosząc głowę od umywalki zobaczyłem w lustrze swoje nowe odbicie. Uśmiechnąłem się do tego odbicia okropnym pijackim uśmiechem a ono odpowiedziało mi tym samym. Dowlokłem się do łóżka, podłożyłem koc pod głowę, owinąłem się prześcieradłem i tak już zasypiając, myślałem o tej rudej i przyznam nie były to czyste myśli. Chciałem zobaczyć ją nago. Jednak jak się rano okazało, nie dane mi było tego widoku zaznać. Czwartek Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Czyżby to kac? Czułem się tragicznie. Powoli z trudem przeniosłem wzrok z sufitu na zegar wiszący na ścianie - 11.23. Uznałem, że to dobra pora by zwlec się z łóżka i mocną herbatą postawić się na nogi. Spróbowałem podnieść nogi i opuścić je na podłogę. Nie udało się. Spróbowałem ponownie, to samo. Co jest kurwa?! Nie mogę ruszyć nogami?! Okazało się, że to nie do końca prawda. Nie mogłem ruszyć żadną częścią mojego ciała poza głową. Żadna moja prośba, groźba czy przekleństwo nie potrafiło sprawić, że ruszę się chociaż o centymetr. Jedyną rzecz jaką mogłem zrobić to ruszać głową w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy czy wyjaśnienia takiego stanu rzeczy. Gdy teraz o tym myślę, to wyglądałem pewnie jak taki pies zabawka którego stawia się w samochodzie, żeby mu się głowa chybotała. Nie pomogło mi to jednak w żaden sposób, sprawiło to tylko, że poczułem wymioty podchodzące mi do gardła. Odwróciłem tylko głowę na bok i wyrzygałem się. Kałuża wymiocin pokryła prawie całą część łóżka które miałem po lewej stronie. Śmierdziało to niemiłosiernie, wódka, żółć, domyśl się sam co jeszcze. Czułem się potwornie zmęczony, położyłem więc głowę na tym co wieczorem było wcale zgrabnie zwiniętym na kształt poduszki kocem, a teraz co najwyżej śmierdzącą szmatą. Zresztą wczorajszy dzień przestał dla mnie istnieć. Nie myślałem o tym co było wczoraj. Leżałem tak z głową w wymiocinach i zastanawiałem się co się stało. Dlaczego nie mogę się ruszać? Co jest nie tak z moim pięknym nowym ciałem? Rozmyślenia tak samo jak poprzednio nie przyniosły nic mądrego. Panika, chyba pierwszy raz używam tego słowa w stosunku do siebie, narastała we mnie. Powtarzane kilkakrotnie próby ruszenia czymkolwiek spełzły na niczym. Co za wódkę mi te skurwysyny sprzedały? Tak, to było moje wyjaśnienie na to co się dzieje. Nie wiem właściwie do tej pory co kazało mi to zrobić, chyba byłem po prostu ciekaw co stało się mojemu ciału, że podniosło taki bunt. Powoli, zębami zacząłem z siebie ściągać prześcieradło. Trwało to pewnie z dziesięć minut ale wreszcie się udało. Kolejne dziesięć minut spędziłem na odpoczywaniu po tym jakże wielkim wysiłku. Może Cię to dziwić, ale spróbuj kiedyś owinąć się kocem lub prześcieradłem i zdjąć to z siebie, tak jak ja musiałem to zrobić, przyznasz mi wtedy rację, że to iście tytaniczna praca. Dodam do tego jeszcze, że gdy wreszcie zebrałem siły by spojrzeć w duł, zrozumiałem sens głupiego powiedzonka „zesrać się z wysiłku”. Co prawda nie dosłownie, bo na całe szczęście, nie leżałem w gównie, tylko w ciemniejszej plamie wsiąkającej w materac która aż za bardzo pachniała jak mocz. Moja sytuacja rozwijała się dość nieciekawie. Gdy się obudziłem bolała mnie tylko głowa. Teraz głowa bolała jeszcze bardziej, nie mogłem się ruszyć, po lewej stronie miałem kałużę rzygów, a pod sobą moczu. Do tego doszło ogromne pragnienie. Zrobił bym wszystko co tylko bym mógł ( poruszał uszami, zamknął bym i otworzył oczy ?! ) za szklankę wody. Przypomniało mi to znajomego który nigdy nie napił się z butelki z której ktoś pił przed nim. Myślę, że w mojej sytuacji błagał by o brudną ścierkę od podłogi, wycmoktał by ją do sucha po czym poprosił o dolewkę. Pomimo wszystko podjąłem kolejny wysiłek i spojrzałem po raz kolejny w dół. Tym razem nie zwróciłem uwagi na mokrą plamę pomiędzy moimi nogami. Przyglądałem się „swoim” nogą. Strasznie długie paznokcie, łydki cienkie jak u anorektyczki, blade jak słonina. To nie były moje nogi. Ani te z wczoraj, ani te wcześniejsze. Powoli zaczęło do mnie docierać co się stało. Kolejna zmiana. Przyszła do mnie jak śmierć w domu starców, w środku nocy. Zmieniła moje ciało po raz kolejny. W przeciwieństwie jednak do wczorajszej metamorfozy, dzisiejsza zdecydowanie mi się nie podobała. Okropne, brudne ciało, po którym widać, że nie ruszało się z łóżka od bardzo dawna. Zrozumiałem jedno. Ja nie czuję się jak sparaliżowany, JA NIM KURWA JESTEM! Wściekłość mieszała się we mnie z bezsilnością. Mogłem tylko leżeć. Sam, zdany tylko na ruchy mojej głowy. Z nikąd pomocy. Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Mogłem tylko i wyłącznie czekać, więc czekałem. Mijały godziny, w czasie których jedyną moją aktywnością było oddychanie, mruganie powiekami i myślenie o mojej sytuacji. Nie byłą ona zbyt ciekawa. Dalej męczyło mnie pragnienie i ból głowy. Na szczęście fetor wymiocin i moczu nie sprawiał mi już problemu, przyzwyczaiłem się. Byłem wyczerpany. Chciałem po prostu, żeby ten dzień się skończył. Jedyną moją nadzieją było to, że w nocy przyjdzie kolejna zmiana. Nie bardzo mnie interesowało jaka ona będzie, oby tylko wstać z tego łóżka, wyjść na świeże powietrze, napić się wody i zapalić papierosa. Leżałem tak wsłuchany w miarowe tykanie zegara, gapiąc się w sufit. W mojej głowie była tylko jedna myśl. OBY DO JUTRA!!! Huczała mi cały czas pod czaszką nie dając o sobie zapomnieć ani na chwilę. Czas mijał bardzo powoli, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i nadeszła najpiękniejsza chwila tego dnia, zasnąłem.

Piątek

Być może też znasz ten stan gdy rano tuż po przebudzeniu czujesz się jak dziecko, dla którego jest to pierwszy dzień na tym łez padole. Gdy nie pamiętasz nic, a ostatnie strzępki snu rozpraszają się niczym mgła o świcie w środku lata, powoli unosząca się w górę i rozpływająca się w błękicie nieba. Ja to czasem czuję. Nie otwarte jeszcze oczy widzą już przez powieki światło sączące się do pokoju. Nie wiem jeszcze kim jestem, co tutaj robię i co mnie ma dzisiaj czekać. I powiem Ci, że są to jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia. To chyba jedyne chwile gdy czuję się naprawdę wolony. Niestety bardzo szybko znikają i rzeczywistość uderza we mnie niczym kowalski młot. Taką właśnie pobudkę miałem tego dnia. Błogostan tych chwil przerwały szybko wspomnienia które napełniły mnie równocześnie olbrzymim strachem i wielką nadzieją. Otworzyłem oczy, spojrzałem w stronę swoich stup którymi spróbowałem poruszyć. OOO KURWA!!!! Czy to możliwe?! Zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki. Szarpnąłem za klamkę, jednak to szarpnięcie było dużo słabsze niż zazwyczaj. Wszedłem do środka, spojrzałem w lustro i zamarłem. Szatynowe włosy, kształtna twarz, brązowe oczy. Jaki jestem niski. Koszulka w której spałem i była na mnie dobra zanim się to wszystko zaczęło, sięgała mi teraz do kolan. Niestety po wczorajszym dniu dalsze chodzenie w niej jakoś mi nie odpowiadało więc od razu ją ściągnąłem. Rzuciłem ją gdzieś pod nogi i znów spojrzałem się w lustro. W mojej głowie była tylko jedna myśl – ZAJEBISTE CYCKI. Nie zaskoczę Cię chyba tym co powiem, bo w końcu jako mężczyzna nie mogłem się powstrzymać, ale trochę czasu spędziłem na ich macaniu i oglądaniu. Byłem chyba jak dziecko które znalazło pod choinką prezent o którym marzyło cały rok. Gdy w końcu mój męski mózg przywykł na tyle do tego, muszę szczerze przyznać, pięknego kobiecego ciała i zaczął przejawiać jakąkolwiek inną aktywność niż chęć zgwałcenia samego siebie, wszedłem pod prysznic i zmyłem z siebie ten cały dwudniowy bród. Wyszedłem spod prysznica wytarłem się od niechcenia, owinąłem ręcznikiem w pasie jak to mam w zwyczaju i wyszedłem szukać fajek. Wygrzebałem od razu dwie i zwróciłem się w kierunku drzwi balkonowych. Za oknem szarówka. Małe krople deszczu rozbijały się na szybie i spływały cienkimi strużkami aż na sam dół. Nie ma mowy, nie wychodzę. Uchyliłem tylko okno, zapaliłem papierosa i stanąłem wpatrzony w ten szary świat. Takie szare niebo idealnie pasowało do tych szarych domów i szarych ulic. Na dole ludzie z parasolami przebiegali chodnikami omijając niewielkie kałuże. Kogoś ochlapał przejeżdżający samochód i usłyszałem taką wiązankę przekleństw której nie powstydził by się stary marynarz. Po pierwszym papierosie przyszłą kolej na drugiego. Moi mali gorący przyjaciele, towarzysze już nie jednej pijatyki oraz nocnych rozmyślań. Drugi papieros okazał się tym refleksyjnym. Przypomniałem sobie co było wczoraj i przed wczoraj. Byłem już niemal pewny, że długo w ciele tej babki nie zostanę i wiedziałem, że jutro mogę się spodziewać dosłownie wszystkiego. Oczywiście nie da się zabezpieczyć przed wszystkim, jednak musiałem podjąć jakieś działanie. Pierwszą rzeczą którą trzeba zrobić to posprzątać to śmierdzące wyro. Wpieprzyłem wszystko do pralki, dorzuciłem do tego koszulkę leżącą w łazience i włączyłem pranie. Chyba nadszedł czas coś zjeść, bo żołądek, wczoraj całkowicie zapomniany a przedwczoraj napełniany tylko wódką domagał się głośno o swoje prawa. Zajrzałem do lodówki i tam odnalazłem jedyną rzecz która jest tam zawsze i nigdy jej nie brakuje - to małe światełko które gaśnie gdy zamykam drzwiczki. Stanowczo trzeba się zaopatrzyć w coś więcej, zwłaszcza, że nie wiadomo ile dni przyjdzie mi tu spędzić bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Na pewno przyda się też zapas alkoholu i papierosów. W obliczu nieuniknionego wyjścia z mieszkania zacząłem przeszukiwać wszystkie szafy, pułki i podłogę w celu znalezienia jakiegoś ubrania które chociaż w najmniejszym stopniu nadawało by się do założenia. Jeśli miał bym powiedzieć, że nie było tego dużo, to skłamał bym i to dość znacznie. Nie było nic. Wszystkie spodnie były tak duże, że obecnie zmieścił bym się w nich ja i jeszcze mnie pół. Wybrałem jakieś najmniejsze, podwinąłem nogawki i z braku paska obwiązałem się krawatem. Wyglądało to pokracznie, ale nie miałem już gołego tyłka i spodnie nie opadały. Z górą poszło łatwiej, jakaś stara koszulka załatwiła sprawę. Wsadziłem do kieszeni klucze i portfel, w koncie pokoju na podłodze znalazłem jakąś starą torbę podróżną. W przedpokoju założyłem skórzaną motocyklową kurtkę i zacząłem szukać butów. Jedynymi które by się mogły nadawać były trampki, jednak one też były za duże. Wróciłem do pokoju i na stole koło lampki znalazłem parę skarpetek. Uśmiechnąłem się do swoich myśli, bo byłem chyba pierwszą kobietą która skarpetkami wypycha sobie buty a nie stanik. Jednakże skarpetki znakomicie zdały egzamin i po mocnym zaciągnięciu sznurowadeł nie czułem się jakbym miał stopy w kartonowym pudełku. Wyszedłem z mieszkania, wszedłem do windy i pojechałem na parter. Duże lustro w windzie pokazało mnie w pełnej okazałości. Jedyne porównanie jakie mi się nasuwa to płetwonurek w skurzanym płaszczu i spodniach ukradzionych pijanemu bosmanowi. Nic to. Różni ludzie chodzą po świecie. Droga do sklepu była bardzo przyjemna. Gdy myślałem o zdarzeniach z poprzedniego dnia zimny deszcz który padał na moją głowę i twarz, pojedyncze krople spływające mi po policzkach i woda rozchlapywana z kałuż których nawet nie starałem się omijać wydawały mi się cudownym i delikatnym dotykiem. Dotykiem życia, którego to dotyku niektórym nie dane było poznać. Cudowny zapach deszczu unosił się w powietrzu a ja chłonąłem go pełną piersią, oczywiście jeśli akurat nie paliłem. W znanym już Ci sklepie, za znaną już Ci ladą stała znana Ci już rudowłosa ekspedientka. Na mój widok ogarnął ją dziwny śmiech. Nie mogę jej mieć tego za złe, widziałem jak wyglądam. Szybko wybrałem wszystko co mi będzie potrzebne w ilości takiej, że oszczędzając wystarczy mi na tydzień. Jedzenie, wódka, piwo, papierosy. Jest wszystko. Gdy rudowłosa ekspedientka wbijała kolejne produkty w kasę, a ja starałem się upchać to wszystko w torbie i kieszeniach, kilka razy spojrzałem na jej twarz. Cały czas miała na sobie uśmiech politowania i może delikatnej pogardy, ale w jej oczach było widać coś jeszcze. Była to bardzo słaba iskierka zazdrości. Uznała mnie za ładną. Nie ukrywam, że sprawiło mi to jakąś perfidną satysfakcję. Nie mogłem powstrzymać się od bardzo nieszczerego uśmiechu. Wychodząc już wygłosiłem jakąś kąśliwą uwagę na temat jej rudych włosów i patrzyłem jak z jej twarzy znika uśmiech a w oczach obok iskierki zazdrości pojawia się iskierka wściekłości. Za drzwiami wybuchłem szczerym śmiechem. Z tym ciałem i z tym co siedzi w mojej głowie był bym chyba najbardziej paskudną kobietą na świecie. Reszta dnia upłynęła już bez większych niespodzianek. Zjadłem obiad, poczytałem coś przeleciałem po kanałach i nie znalazłszy nic godnego uwagi szykowałem się do snu. Nie mogę jednak nie wspomnieć, że nadchodząca noc, napawała mnie niepokojem. Noc, która kiedyś cieszyła mnie widokiem gwiazd i wszechobecną cisza i pustką, teraz stała się momentem wyczekiwania na to co zobaczę w lustrze rano. Bo to, że widok ten mnie zaskoczy byłem już niemal przekonany. Chociaż nie wiem co się ze mną działo, jakaś część mnie, do tej pory odzywająca się rzadko, powtarzała teraz co chwilę, że to co mi się przytrafiło nie miało się nigdy skończyć. Mogłem tylko czekać na to co przyniesie nowy dzień. Na nową osobę którą przywitam po obudzeniu i pożegnam wraz z zaśnięciem. Było to całkiem podniecające przeżycie. Wreszcie, chociaż wiedziałem o tym tylko ja, przytrafiało mi się coś co nie spotyka innych. Złe dni miały być przeplatane dobrymi, ale tak jednak jest w przypadku każdego z nas. Z takimi myślami kładłem się do łóżka, paląc ostatniego tego dnia papierosa. Żegnałem się z tym kobiecym ciałem które tak mi się podobało i zastanawiałem się jaką skórę przybiorę jutro. Ostatnia myśl przed pójściem spać brzmiała dość banalnie. „Zobaczymy co przyniesie jutrzejszy dzień…” po tych słowach w swoje objęcia przyjął mnie sen. Otulił swoimi długimi ramionami, przytulił do piersi i zabrał mnie w daleką krainę sennych marzeń. Marzeń z których żadnego rano nie pamiętałem, choć tak bardzo chciałem pamiętać.

Sobota ,,Bardzo kurwa śmieszne, bardzo. Zobaczymy co będzie jutro” byłem wściekły i na zmianę i na samego siebie. Nie mogłem tego przewidzieć, ale traktuję to trochę jak samo spełniającą się przepowiednie. Próbowałem po omacku znaleźć fajki na stole. Jedną ręka. Drugą masowałem bolące kolano którym pieprznąłem o fotel. Spodziewałem się różnych rzeczy, ale muszę przyznać, że o tym nie pomyślałem. Wreszcie znalazłem fajki i zapalniczkę. Opadłem na fotel zapaliłem papierosa i zastanawiałem się nad ironią sytuacji. ,,Zobaczymy co przyniesie jutrzejszy dzień”. Wczoraj sobie to powtarzałem a teraz siedziałem tu sobie w fotelu ślepy jak kret. Zewsząd otaczała mnie ciemność. Wszystko robiłem po omacku. Niestety przystosowanie się do tej nowej roli wychodziło mi dość opornie. Zdążyłem od rana rozbić szklankę w której próbowałem zrobić herbatę, zbić sobie chyba wszystkie palce u nóg uderzając nimi o meble. Do tego na śniadanie zjadłem kanapkę z najgrubszą warstwą serka topionego jaką udało mi się kiedykolwiek nałożyć na chleb, zresztą smaku chleba nie czułem, ale, że nie trawię marnowania żywności jakoś to w siebie wcisnąłem. Moje mieszkanie gdy chodziłem po omacku zaczęło mi się wydawać dużo większe. Jestem bardzo ciekaw w co się ubrałem, bo wziąłem jakieś ubrania z szafy na chybił trafił. Nie miałem co ze sobą zrobić, nie poczytam przecież, telewizji nie pooglądam, nie wyjdę z mieszkania, bo skończyło by się to rozpłaszczeniem mnie na asfalcie przez jakiś przejeżdżający samochód. Siedziałem wiec tak sobie w fotelu i myślałem. A przyznać musze szczerze, że miałem o czym myśleć. Ostatniej nocy zdarzyło się coś, co nie zdarzało się od dzieciństwa. Nie mówię tu oczywiście o moczeniu prześcieradła. Tej nocy, pierwszy raz od lat śniłem. A był to piękny sen. I wiem, że to zabrzmi nieco przewrotnie, ale ta przymusowa ślepota pomogła mi go zapamiętać. W mojej głowie były tylko obrazy z tego snu. Wędrowały sobie tak miedzy neuronami, nieniepokojone przez inne widoki. Siedziałem więc tak, paliłem, i przypominałem sobie co też niezwykłego dane mi było zobaczyć tej nocy. W śnie tym stałem na jakimś starym drewnianym mostku. Pod nim leniwie toczyła swe wody rzeka, z najczystszą wodą jaką w życiu widziałem. Po powierzchni rzeki, pełne gracji, przemykały nartniki. Po obu stronach rzeki rozciągał się gęsty las. Ciemne drzewa stające tutaj od tak wielu lat, pozwalały na to by wiatr delikatnie gładził ich korony. Gdybym słyszał ich szum na pewno wydał by mi się ich rozmową. Powolną, dostojną, prowadzoną szeptem. Słońce zginęło już za koronami tych leśnych bajarzy, zostawiło po sobie tylko poświatę na niebie. Piękny pomarańczowy kolor rozlewał się nad drzewami z jednej strony rzeki, bladł szybko gdy zbliżał się do szczytu nieba, gdzie rozpływał się w mroku nocy, gęstniejącym coraz bardziej po drugiej stronie rzeki. Pierwsze gwiazdy było już widać na niebie. Świeciły gdzieś tam, spalały się, bo taki jest już sens ich życia. Muszą płonąć by żyć, a gdy już płonąć nie mogą, umierają w największej znanej nam katastrofie. Chyba patrząc w gwiazdy najlepiej rozumiem dlaczego destrukcja jest również formą tworzenia. Umierają, niszczą wszystko dokoła, ale jednocześnie dają początek następnym. A to wszystko tak daleko ode mnie. Niemal ukryte, ale nie w jakimś miejscu. Ukryte w czasie. Być może to na co teraz patrzę to ostatnie chwile życia, które dokonało się już bardzo dawno temu. Może to co widzę to tylko łabędzi śpiew. Może sam jestem jak taka gwiazda. Jestem tu jeszcze, ale tak naprawdę umarłem już bardzo dawno temu, może życie się skończyło, i tylko patrząc z boku wydaje się, że wciąż trwa. Może gdy przyjrzał bym się dokładnie nie zobaczył bym już siebie. Może też się już wypaliłem i niedługo umrę. Tylko czy umrę w ciszy, gasnąc powoli, czy będzie to taka właśnie supernowa która zniszczy wszystko wokół ale jednocześnie będzie nowym początkiem. Nie wiem jak to możliwe, ale czułem zapach trawy, drzew i wody. Wszystkie te zapachy mieszały się, zmieniały natężenie. Były jak wspaniały narkotyk, który przez nozdrza wdziera się do samego środka umysłu, i jednocześnie trawiąc go, pozwala nam poczuć coś czego w innym wypadku byśmy nie czuli. I całą tę wspaniałą harmonię która tak koiła i dawała tyle spokoju mąciła jedna rzecz. Jedna rzecz która nie pozwalała na to by całkowicie zapaść się w siebie i zostać tu na zawsze. Samce cykad grały swoją pieśń godową. Były wszędzie, i też zewsząd do uszu docierał ich śpiew. Tak charakterystyczny, że nie dało się go z niczym pomylić. To był ich czas. Po tylu latach czekania wyszły wreszcie na światło dzienne i nie przejmując się niczym wypełniały swój cykl życiowy. Tysiące ich oblepiało cały mostek na którym stałem, każde drzewo i każdy fragment otwartej przestrzeni. Grały tak, bez przerwy, nie było słychać nic poza tym. Ten dźwięk nie pasował do tego krajobrazu, cykady do niego nie pasowały. Nie było ich tu siedemnaście lat. Siedemnaście lat spędzone w ukryciu, by teraz dopomnieć się o swoje prawa. One był tym elementem tego świata, który burzył ten cały spokój. Nie były przecież groźne, ale mimo to ich obecność powodowała jakiś niepokój. Nie mam pojęcia co to wszystko znaczyło. Siedziałem tak paląc papierosa za papierosem i myślałem nad tym. Sen był na pewno piękny i gdybyś patrzył na mnie to być może mógł byś dostrzec, że kilka razy moje oczy w inny sposób odbijają światło, że coś się na nich pojawiło, jednak bardzo szybko zniknęło, zwilżając je tylko na chwile. Tak powoli mijał mi ten dzień. Nie przynosił on już nic nowego. Papierosy, rozmyślenia, nawet udało mi się zaparzyć kawę i znaleźć do niej jakąś czekoladę. Stwierdziłem również, że przydało by się umyć kuchnie, bo macając po szafkach, szufladach i pułkach poderwałem do lotu mnóstwo kurzu, nie mówiąc o tym, że coś w suszarce na naczynia i szafeczce w której trzymam herbatę kleiło się strasznie. Jakoś nie bardzo mogłem stwierdzić która dokładne jest godzina, jednak po ciszy jaka panowała w mieszkaniach sąsiadów i po zdecydowanie mniejszym ruchu na ulicach domyślałem się, że jest już późny wieczór. Położyłem się więc do łóżka czekając na sen. Ten jednak nie chciał za bardzo przyjść. Leżałem więc tak i niewidzącymi oczami wpatrywałem się w sufit. Może ja nie jestem normalny? Może to wszystko choroba psychiczna na którą w zasadzie ciężko pracowałem całe życie i wydaje mi się, że należy mi się ona jak nikomu innemu? Może to rozdwojenie jaźni? A może to wszystko nie dzieje się naprawdę i tylko to sobie wymyśliłem. Chyba warto by było to jutro sprawdzić oczywiście jeśli ,,nowy” będzie do tego zdolny. Co do choroby psychicznej to chyba najlepiej będzie iść do jakiegoś doktora od czubków. A jeśli to sobie tylko wymyślam? Usiadłem na łóżku poszukałem jakiegoś papieru i czegoś do pisania. Ołówki i długopisy były tam gdzie zawsze, w pudełku po butach pod łóżkiem. Służyło mi ono za przechowywanie rzeczy które już nie są używane, ale szkoda wyrzucić. Zamiast papieru wybrałem jakieś czasopismo z kupki przy łóżku, otworzyłem na pierwszej lepszej stronie i… Co tu właściwie napisać? Jakoś nic sensownego nie przyszło mi do głowy wiec po prostu napisałem swoje imię. Na pewno bardzo koślawo, ale zawsze. Zobaczymy czy rano tam będzie. Położyłem gazetę przy łóżku na podłodze a ołówek odłożyłem powrotem do pudełka, zamknąłem je i wsunąłem pod łóżko. Dziwne, schowałem coś na swoje miejsce chociaż wcale mi to nie przeszkadzało, albo w to nie wdepnąłem. Nie ważne zresztą. Położyłem się znowu na łóżku i myślami wróciłem do swojego snu. Cały czas był dla mnie sporą zagadka, jednak nie wymyśliłem na jego temat nic nowego. Tak właśnie minęły mi ostanie chwile przed zaśnięciem tego dnia. Sen gdy w końcu przyszedł dał mi spokoju i odprężenie. Nie przyniósł już jednak żadnych sennych marzeń.

Niedziela Musze przyznać bawiło mnie to. Siedziałem na brzegu łóżka i wpatrywałem się w swoje bardzo koślawo wypisane imię. A nie było ono wypisane byle gdzie. Tak się bowiem złożyło, że napisałem je zupełnie nieświadomie na dekolcie Claudi Cardinale. Miła niespodzianka po przebudzeniu. Jednakże za długą się nią nie zajmowałem gdyż w łazience czekało na mnie lustro, a w nim zobaczę kim stałem się dzisiaj. Poszedłem więc do łazienki, wszedłem do środka stanąłem przed lustrem i… Nie jest źle, chociaż z tą brodą wyglądam trochę jak pedofil. Brakuje mi już tylko okularów i płaszcza i wyglądał bym jak prawdziwy przestępca seksualny. Do tego przyznam jestem duży. Prawie metr dziewięćdziesiąt i słuszna budowa. Na pewno nie jestem przystojny ale do brzydali też nie należę. Do tego nie jestem obłożnie chory, wszystko widzę i słyszę, nie brakuje mi żadnej kończyny. Jest nieźle. Szybkie śniadanie, szybki papieros, bardzo szybki prysznic, kolejny szybki papieros, i jeszcze jeden, coś są słabe jakieś. Jak pewnie pamiętasz obiecałem sobie wczoraj, że pójdę do psychiatry. Niby niedziela, ale człowiekowi którego jutro już nie będzie i jest dzięki temu niekaralny i pozbawiony jakiejkolwiek odpowiedzialności się nie odmawia. Komputer, Internet, Google, psychiatrzy. Sporo ich. Gdzieś blisko. Trzy nazwiska i trzy adresy. Na wszelki wypadek adres jakiegoś szpitala dla psycholi. Zapisałem sobie wszystko, ubrałem się i wychodzę. W bramie przewracam śmietnik. W sumie nie wiem po co to zrobiłem, ale jaka frajda. Chyba sobie coś jeszcze poprzewracam. Wskakuję na przystanku do autobusu i jadę. Po przejechaniu kilku przystanków przypominam sobie, że dalej trzymam w ręku nieskasowany bilet. Chyba pierwszy raz o tym zapomniałem od paru lat. Kasuję go więc szybko i staję sobie spokojnie przy oknie. Gdy dojeżdżam do właściwego przystanku wyskakuję z autobusu. O jest sklep. Wchodzę po szlugi. Dwie paczki, ale tych mocniejszych. Te co zwykle jakieś takie słabe są. Wychodzę, zapalam papierosa i idę pod pierwszy adres. Ładny domek. Dzwonię do drzwi, ale nikogo nie ma. KURWA, JEBANY SKURWIEL SIĘ GDZIEŚ WŁUCZY ZAMAST W DOMU SIEDZIEĆ. Kopię w drzwi i odchodzę. Drugi adres. Na szczęście niedaleko. Gdy w końcu trafiłem i znów pocałowałem klamkę, pierdolnąłem doktorkowi w okno jakimś kamieniem z rabatki. Nauczy się siedzieć w domu i swojego pilnować. Idę więc dalej paląc szluga za szlugiem. Co one KURWA takie słabe? W pierwszym napotkanym monopolu trafiam na cygaretki. Biorę dwie paczki. Wychodzę, zapalam, noooo, o to mnie chodziło. Idę w stronę ostatniego mieszkania. Spory spacerek, ale w sumie mam czas więc idę piechotą. W trakcie tego marszu uzmysławiam sobie, że coś dziwnie się zachowuję. Nie myśl, że ja jestem kulturalną i miłą osoba, ale żeby niszczyć komuś dom, przewracać śmietniki, to nie w moim stylu. I tak jakoś inaczej myślę. Dziwne to wszystko. Przypominam sobie też, o tym jak wczoraj myślałem o sprzątaniu całej kuchni, jak odkładałem rzeczy na miejsce, o tym jak przed wczoraj wrednie potraktowałem tę rudą ekspedientkę i jaki byłem z tego dumny. Wiele złego mogę o sobie powiedzieć, ale to nie było normalne zachowanie dla mnie. To było coś innego, czyżby to te zmiany były coraz głębsze? Czy wyjdzie na to, że zacznie zmieniać się też moja osobowość? Wolałem nawet o tym nie myśleć, więc urwałem komuś lusterko od samochodu a jakiemuś innemu pechowcowi przejechałem kluczami od mieszkania po całym boku auta. Od razu lepiej. Wreszcie trafiam pod ostatni adres. Tym razem to nie dom, tylko małe mieszkanko w dość kiepskiej okolicy. Dzwonię do domofonu, ale nikt nie odbiera. Dzwonię więc po jakiś inny numer: -Kto tam? – odezwał się domofon -To ja, wpuść mnie. – Odpowiedziałem Usłyszałem specyficzne brzęczenie otwieranych drzwi. Ale ludzie są idiotami. W sumie dobrze bo to działa na moją korzyść. Wchodzę schodami na 4 najwyższe piętro, znajduję mieszkanie doktorka. Pukam. Ze środka odpowiedziała mi cisza. Zaczynam coraz mocniej walić do drzwi. Trochę to trwało, ale wreszcie usłyszałem dźwięk otwieranego od środka zamka. Drzwi uchyliły się i w otworze pomiędzy nimi i futryną pojawiła się blada zaspana twarz niegolona od wczoraj. -SSOOO SSIIEEE SSTAAAOOO? – zaczął bez zbędnej wymiany uprzejmości doktorek, ziewając przeciągle. -Chyba przydała by mi się Pana pomoc – mówię tylko tyle, wpycham go do środka, wchodzę i zamykam za sobą drzwi. -Spokojnie, jajec Ci nie urwę – mówię do niego, bo widzę, że jest dość mocno zaniepokojony moją wizytą. Rozglądam się po mieszkaniu. Czysto, ale trochę bałagan. W zasadzie mieszkanie jak mieszkanie, niczym specjalnym się nie wyróżnia. Nawet książek nie jest więcej niż w innych znanych mi mieszkaniach, poza moim. Spodziewałem się czego innego, ale, że nie przyszedłem tutaj podziwiać wystroju wnętrz przechodzę od razu do rzeczy. -Mam dziwny problem doktorku – mówię patrząc na niego – jakoś nie spodziewam się, że możesz mi pomóc, ale jak nie spróbuję to się nie dowiem. Doktorek dalej nie był zbyt wygadany. Patrzył się na mnie przestraszonym wzrokiem, ale widać było, że powoli przyzwyczaja się do sytuacji. Patrzę na zegarek 10.47. Wyrwałem go wiec ze snu niemalże o świcie i nie potraktowałem zbyt miło. Może potrzeba mu trochę czasu żeby doszedł do siebie i zaczął jasno myśleć. Siadam więc na kanapie, kładę nogi na stoliku i wyciągam cygaretkę. Na stole stoi do polowy zapełniona popielniczka, przysuwam ją do siebie i nie przejmując się opinią gospodarza odpalam sobie cygaretkę i wciągam olbrzymi haust dymu. Czuję jak przyjemnie wypełnia mi płuca, rozgrzewa ja od środka, kręci się po całej ich objętości. Daję mu chwilę na to by sobie tam poprzebywał i napełnił mój organizm pobudzającą dawką nikotyny, po czym wydmuchuję go czując dziwny rodzaj ulgi. Patrzę na doktorka, który już coraz śmielej zaczyna sobie poczynać. Znalazł nawet jakąś koszulkę, którą zresztą zaraz ubrał i nie stoi już przedmą w samych majtkach. Powoli podchodzi do kanapy na której siedzę i dość niepewnie pyta: -Nie poczęstował by mnie Pan papierosem? Bez słowa podaję mu resztkę paczki którą wziąłem z domu. Dla mnie i tak są za słabe, więc niech je sobie weźmie. Patrzę jak podpala papierosa i siada na fotelu który stoi obok zajmowanej przez mnie kanapy. Widzę, że też delektuje się paleniem więc mu nie przeszkadzam. Ja mam dużo czasu, a skoro jemu to ma pomóc to chyba nic nie stracę czekając te kilka minut dłużej. Gdy zgasił papierosa w popielniczce i usiadł znów na fotelu uznałem, że już wystarczy tego czekania. -Może wiec zacznijmy doktorku ? – spytałem, a on podniósł tylko na mnie pytający wzrok – Myślałem, że psychiatrzy są bardziej wygadani. Ale w sumie nie Pan ma tutaj mówić tylko ja. Chciał bym, żeby mnie Pan dokładnie wysłuchał, i chociaż nie wiem jak niesamowicie to wszystko zabrzmi, niech Pan od razu nie robi ze mnie czubka. - Wie Pan, że będę zadawał pytania? – bardziej stwierdził niż zapytał doktor – Proszę też o to, żeby nie pomijać żadnych szczegółów. – tutaj zrobił dłuższą pauzę, akurat odpowiednią na to, żeby zdążył wyciągnąć z paczki kolejnego papierosa i go zapalić. – No więc słucham. Opowiedziałem mu więc historię kilku ostatnich dni, nie pomijając niczego. Doktorek słuchał uważnie a rzadka tylko przerywając moją opowieść pytaniami. Sporo czasu mi zajęło zanim dobrnąłem do końca opowiadania, sporo czasu i cygaretek. Doktorek zamyślił się, przejrzał notatki które robił podczas mojej opowieści po czym wstał i powiedział bardzo poważnym głosem: - Musze Pana na chwilę przeprosić, muszę gdzieś zadzwonić. Zaraz do Pana wrócę. Po tych słowach wyszedł z pokoju przez drzwi prowadzące nie wiem dokąd, zamknął je za sobą, więc nie zrozumiałem niczego z tej rozmowy. Rozmawiał dosyć krótko, czego się nie spodziewałem. Wyszedł z tamtego pomieszczenia, przeszedł pod łukiem, do kuchni, otworzył lodówkę, pogrzebał tam chwilę po czym wyciągnął z niej dwa piwa. Nic nie mówiąc rzucił mi jedno. Złapałem w locie, jednak tak bardzo zaabsorbowało to moją uwagę, że nie zauważałem nadlatującego zaraz za nim otwieracza. Trafił prosto w popielniczkę która podczas mojego opowiadania zdążyła się napełnić. Ponieważ otwieracz był rzucony z durzą siłą, bo miał do przelecenia całą kuchnie i pół pokoju, co łącznie dawało na pewno z pięć metrów, a jednocześnie był dość ciężki, popielniczka pękła na trzy części a jej zawartość rozsypała się po stole. Doktorek który właśnie przyszedł z kuchni niosąc kolejne dwa piwa, nie przejął się tym widokiem. Jednym subtelnym muśnięciem zrzucił wszystko na podłogę, przetarł stół ręką i usiadł na fotelu. Siedzieliśmy tak kilka minut sącząc zimnego portera i nie odzywając się do siebie. W końcu doktorek zebrał wreszcie myśli, i zdobył się na powiedzenie kilku zdań. -Nie jest to choroba psychiczna, przynajmniej tak uważam. Co prawda przypomina to nieco schizofrenie, jak również tak zwane rozdwojenie jaźni. Jednak nie uważam, żeby to było to. Wieże , że to co mówisz, jest prawdziwe. Na pewno bardzo nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Nie potrafię tego w żaden sposób wyjaśnić. Zgadzam się jednak z Twoimi wnioskami co do tego, że zmienia się też Twoja osobowość. Nie mam porównania z tym co było przed tymi przemianami, ale w trakcie Twojego pobytu tutaj było widać radykalną zmianę. Gdy tu wszedłeś spodziewałem się, że zaraz mnie zatłuczesz, a pod koniec opowieści byłeś już bardzo spokojny, używałeś innych słów, rozważnie je dobierałeś. Wygląda to faktycznie tak, że nadejdzie taki dzień, w którym nie będzie już w ogóle Ciebie, tylko ta osoba w którą się zmieniłeś. Powiem tak, że wygląda to jakbyś był zwykłym szajbusem, jednak to co oni zmyślają Tobie przytrafia się w rzeczywistości. Na tym skończyła się wypowiedź doktorka. Myślałem o tym co powiedział. Przynajmniej byłem pewien, że to się dzieje naprawdę, i powiem szczerze bardzo mi się to nie podobało. Chorobę być może dało by się wyleczyć, a w tej sytuacji byłem skazany na swój los. Los który z każdą chwilą mniej mi odpowiadał. Nie było sensu tracić już czasu na przebywanie tutaj. Wstałem i podszedłem do drzwi wyjściowych. Zanim je otworzyłem zapytałem jeszcze: - Dokąd dzwoniłeś? - Jak opowiadałeś o tym rzyganiu, przypomniałem sobie, że od wczorajszego ranka nic nie jadłem więc coś zamówiłem. Zacząłem się śmiać, chociaż nie wiem co w tej chorej sytuacji mnie rozbawiło. -Dzięki doktorku. Wracaj do swoich bogów i napoleonów.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
IMAGO — czytnik · opowiadania