Fantastyka · 9 min czytania
IMPAS
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Jesteśmy postrzegani jako skansen!!! – przerwał mu z furią holenderski kardynał. – Wielki, monstrualny skansen, żywe muzeum dawnych wierzeń i rytuałów, swoiste zoo dla zdziwaczałych i niereformowalnych starców!!! – przy ostatnich słowach jego głos przeszedł w rzężący charkot, zakończony atakiem duszącego kaszlu. Nikt nie śmiał wykorzystać tej sytuacji, by odezwać się choćby słowem. Każdy siedział z pokornie opuszczoną głową, podczas gdy echo potęgowało słyszalne oznaki cierpienia kardynała. Wreszcie, po dłuższej chwili, kaszlenie ustało, a dudniący pogłos zaczął zanikać. Wziąwszy w absolutnej ciszy parę świszczących, głębokich wdechów, kardynał podjął przerwaną wypowiedź. Tym razem cicho i spokojnie, a w jego głosie wyraźnie pobrzmiewały grobowe nuty smutku i bezsilności: - Czy naprawdę tego nie widzicie...? Zejdźcie wreszcie na ziemię i przyjrzyjcie się faktom. Kościół jest stary i chory. Wystarczy tylko na nas spojrzeć, przecież to właśnie my decydujemy o jego obliczu i kondycji. Kościół jest także słaby – zarówno zmniejszającą się liczbą wiernych, jak i fizyczną niemocą Naszego Pasterza. Kryzys, który rozpoczął się wraz z brakiem perspektyw na przełamanie impasu przywództwa, zatacza coraz szersze kręgi. Stoimy w miejscu, bo nie mamy pojęcia, w którą stronę mamy podążać. I jeżeli nie nastąpi jakiś niespodziewany przełom, to nic się nie zmieni, bo żaden spośród nas nie posiada legitymacji ani charyzmy, a przede wszystkim prawa do tego, być stać się przewodnikiem naszego stada i wyznaczyć kierunek. Co nas w takim razie czeka? Nietrudno przewidzieć. Moje porównanie do skansenu, muzeum, zoo nie było przypadkowe. Jesteśmy statyczni, zapuściliśmy korzenie, a w obecnej sytuacji nasze dalsze przetrwanie jest ściśle uzależnione od liczby wiernych, których uda nam się przyciągnąć i utrzymać – i nie chodzi mi tu wcale o aspekt materialny, ale duchowy. Jeżeli nie znajdzie się dostateczna liczba dusz, które będą niezachwianie i stale wierzyły w Naszego Pana, Kościół nie przetrwa. Po prostu zniknie – tak jak znikają skanseny, zoo i muzea, których nikt nie odwiedza, których nikt nie chce. Które przestały służyć ludziom i stały się zbędne...
***
To miał być jeden z krótszych pontyfikatów – w końcu w chwili wyboru na Stolicę Piotrową kardynał Ratzinger miał już 78 lat. Tymczasem stało się inaczej. Ostatnie lata pierwszej dekady XXI wieku okazały się wielce pomyślne dla Chińskiej Republiki Ludowej – bardzo udane Igrzyska Olimpijskie w 2008 roku, wzrost PKB na poziomie 10% rocznie... Ukoronowaniem tych sukcesów było pierwsze naprawdę spektakularne osiągnięcie chińskich uczonych ery nowożytnej. Dzięki ich przełomowym odkryciom w dziedzinie podtrzymywania życia (m. in. nowatorskiemu zastosowaniu genetycznie zmodyfikowanych przeciwutleniaczy) przed ludźmi otworzyła się zupełnie nowa perspektywa. W otoczeniu odpowiedniej aparatury i przeszkolonego personelu, egzystencja człowieka mogła trwać nawet do 150 lat! Klinika Gemelii już w kilka dni po rozdaniu Nagród Nobla AD 2010 nabyła za niebotyczne pieniądze dostęp do ściśle chronionego patentu. W samą porę – zaledwie trzy tygodnie później cieszący się dotąd wyśmienitym zdrowiem Papież Benedykt XVI niespodziewanie zasłabł w czasie niedzielnej audiencji generalnej, przy upadku wyjątkowo nieszczęśliwie uderzając głową w kant pulpitu. Błyskawiczna interwencja służb medycznych uchroniła Piotra Naszych Czasów przed śmiercią, ale nie była w stanie zapobiec głębokiej śpiączce, w którą po niezwłocznej operacji płata czołowego zapadł Ojciec Święty.
***
W pomieszczeniu było cicho, a panujący w nim półmrok rozświetlały jedynie błyski diod aparatury medycznej. Na centralnie umieszczonym, szerokim łożu leżał Ojciec Święty Papież Benedykt XVI. Już od dłuższego czasu wypoczywał tak, pogrążony w śpiączce – może dlatego jego twarz przybrała niespotykanie spokojny, pogodny wyraz. Ktoś, kto przyglądał mu się w tej chwili musiał zachodzić w głowę, jakim cudem tego przepełnionego łagodnością człowieka nazywano kiedyś „Pancernym Kardynałem”. Wyglądał jak dobrotliwy staruszek, podeszły wiekiem pasterz, który zażywa zasłużonego odpoczynku po doprowadzeniu swego stada do miejsca przeznaczenia. Oddychał miarowo, zupełnie nieświadomy tego, jak wielkim brzemieniem dla całego Kościoła stała się jego niemoc. W kącie pokoju, ledwie widoczny, siedział najwierniejszy towarzysz Biskupa Rzymu – jego osobisty sekretarz, włoski duchowny Giacomo Fisichella. Szczęściem w nieszczęściu było, że kardynał Ratzinger