fantastyka · 11 min czytania
Imperium blasku - prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}Przypisek autora: kategoria wiekowa, którą oznaczyłam ten tekścik, może wydawać się zbyt wysoka, jest to jednak kategoria, którą zamierzam przypisać całej "Córce słońca". Niektóre z rozdziałów tej obszernej powieści należałoby wprawdzie oznakować jako P18 ze względu na sceny przemocy bądź seksu, ale przecież nie ma sensu zabraniać osobie, która przeczyta większość tekstu, zapoznania się z ważnymi dla opowieści fragmentami jedynie z powodu ich kontrowersyjności.{/i}{/b}
Jęzory ognia radośnie lizały sosnowe szczapy, które dziadek przez cały wieczór niestrudzenie wkładał do kominka. Ogień skwierczał i wył niczym stado wygłodniałych wilków, które tej zimy rozzuchwaliły się tak bardzo, że porywały owce z zagród mimo wzmożonej czujności pasterzy, a drewno pękało z trzaskiem, uwalniając życiodajne soki. Przyjemne ciepło rozpływało się po izbie, jeszcze bardziej rozleniwiając sennych ludzi, a cienie tańczyły po ścianach, podsuwając wyobraźni sceny polowań, triumfalnych pogoni i śmiałych wypraw w niezbadane głębie entoriańskich lasów. Kopyta koni znów uderzały niecierpliwie o suchą, spękaną, nagą ziemię, grały posrebrzane rogi, baranie czapy okrywały zmierzwione włosy koloru miedzi, powiewały długie warkocze, szczekały rozradowane psy... Ciężkie chmury okrywały niebo niczym puchowa pierzyna, nie przepuszczając nawet jednego promyka słońca. Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo słońce pokazywało się na krótko i zaraz znów zasypiało, wydając Entorię na pastwę mroków. Nad północnymi krainami rozciągała się długa noc polarna, która gasiła w ludziach wszelką nadzieję, a wspomnienia lata wyblakły i umknęły w najdalsze zakamarki pamięci. Babka kołysała się lekko w fotelu, robiąc na drutach sweter z owczej wełny. Druty postukiwały rytmicznie, współgrały z rytmem drugiej pary drutów, należących do Emany. W izbie zgromadziła się w ten ponury, szeleszczący wiatrem i nabrzmiały ciemnością zimowy wieczór – jeden z długiej serii zimowych wieczorów – cała najbliższa rodzina. Oprócz babki i dziadka na kanapach, fotelach i wiklinowych krzesłach usadowiła się Mama, Tata, wuj Devron, młodszy brat Mamy, jego żona Elanta oraz Emana, według jej własnych słów już duża dziewczynka, odcinająca się zdecydowanie od reszty dzieci. W ramionach Mamy spało niemowlę, maleńki braciszek Emany i Derry. Pozostałe dzieci rozłożyły się tuż przed kominkiem na niedźwiedzich skórach. Jedenastoletni Ergon z natężeniem wpatrywał się w płomienie, a jego siostra, młodsza o rok Milla, poświstywała lekko przez sen, wsparta o ciepłe kamienne obmurowanie. Nagle ciszę przerwał głos chłopca: − Babciu, opowiedz nam coś. Opowiedz bajkę. − Jakąż to bajkę chciałbyś usłyszeć, Ergonie? – spytała Kendra Amno, nie patrząc na wnuka i nie przerywając pracy. − Tę o błogosławionym dziecięciu, babciu. Gwałtownym ruchem odłożyła robótkę i popatrzyła na chłopca badawczo, surowo, prawie świdrując go swymi kocimi, zielonymi oczyma. − Nazywasz to bajką, Ergonie? – odezwała się nieco głośniej. – Czyżbyś nie wierzył, że prorok przybędzie? O, wy dzieci małej wiary! − Proszę, babciu – odezwała się Emana. – Chciałabym usłyszeć tę legendę jeszcze raz. Kendra Amno machnęła ręką może ze zniecierpliwieniem, a może z rezygnacją. − Znacie ją na wylot – powiedziała wreszcie – ale zgoda, usłyszycie ją jeszcze raz, a jest to najstarsza i najświętsza entoriańska legenda, więc słuchajcie uważnie, byście umiały powtórzyć ją swoim dzieciom. Odłóż druty, Emano. W izbie zapanowała cisza, mącona tylko podmuchami wiatru za oknem. Babka poprawiła się w fotelu i omiotła uważnym wzrokiem dzieci i ich rodziców. W takich chwilach stawała się surową przywódczynią gromady, której słowu nie sposób było się sprzeciwić. Derra była zbyt senna, by podnieść głowę z kolan Milli, słyszała jednak każde słowo babki. Po cóż miałaby otwierać oczy, skoro jej wyobraźnia malowała w duszy o wiele piękniejsze obrazy niż zatłoczona izdebka? Ciepła ręka kuzynki wpleciona w jej miękkie loki dawała poczucie bezpieczeństwa i bliskości, którego rodzona siostra tak często jej odmawiała. − Pewnego dnia – zaczęła Kendra Amno – narodzi się dziecię, a nie będzie ono podobne do żadnego wcześniej narodzonego dziecięcia. Łaska boska spocznie na nim, kwiaty będą rozkwitać pod jego stopami, motyle zakołują nad jego głową, a ptaszęta zaśpiewają z radości na jego widok. A imię dziecięcia brzmieć będzie: El Khan-naar*, i pod takim imieniem znane będzie aż po kres czasów, i nie zapomną o dziecięciu ludzie, aż odmęty oceanów zatopią Kiram i nie będzie komu pamiętać... Posiądzie ono ogromną moc, jaka nie była dana nikomu przed nim i nie będzie dana nikomu po jego śmierci. Dotknięcie jego dłoni przywracać będzie życie konającym, goić rany, jego pełne ciepła słowo pocieszać będą smutnych i przywracać radość życia tym, którzy ją utracili. Jego promienny uśmiech rozjaśni nawet najgłębszy mrok i nic na tym świecie, ani człowiek, ani zwierzę, ani góra nie okaże nieposłuszeństwa dziecięciu. Gdy powie górze: przesuń się i zejdź w dolinę, ona usłucha,…