Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 9 min czytania

Impreza

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To była kolejna szalona impreza, w gronie przyjaciół, która na długo zapadnie w pamięci nie tylko jej uczestnikom. Nikt nie przypuszczał, że jej finał przeniesie się na cmentarz...

Jeśli tylko dopisuje pogoda, to latem, niemalże w każdy weckend grillujemy na trawie przed domem. Zwykle przyjeżdżają też nasi przyjaciele i w miłej atmosferze, przy dźwiękach cudownie grającego na gitarze i nie gorzej śpiewającego, pomimo wady wymowy, gospodarza domu, spędzamy sobotni wieczór.

Ale każdego roku w czerwcu organizujemy imprezę specjalną, na którą przyjeżdża do nas więcej osób i kiedy nie jest to zwykłe grillowanie. W zeszłym roku był to bal przebierańców i nikt, kto nie był przebrany nie miał prawa wejścia. Każdy wrzucał 10 zł do centralnie postawionego wazonu, by później oddać jeden głos (anonimowo) na najlepiej przebranego osobnika. Wygrany zgarniał całą kasę z wazonu, czyli ponad dwieście złotych.

Wiem ile, bo oczywiście, to ja zgarnąłem tę kasę, hehehe. Muszę przyznać, że nie było to łatwe, bo każdy naprawdę się przygotował i przybył w wymyślnym i nietypowym stroju, udowadniając tym samym, że nawet wapniaki jeszcze chcą i potrafią się zabawić.

Lecz cóż, ja, przebrany za dzidziusia, z gołymi nogami ( bardzo zgrabne, tylko trochę owłosione i chude) z pampersem na tyłku, w śliniaczku, w niemowlęcej czapce na głowie i ze smoczkiem w ustach przebiłem wszystkich. Impreza była bardzo udana, a kiedy następnego dnia chciałem przeprosić sąsiadów za nadmierne i przeciągające się do późnej nocy decybele, usłyszałem, że absolutnie nikt nie ma pretensji, ba, wszyscy gratulują nam pomysłu, takiego towarzystwa, takiej zabawy… Jeden z sąsiadów przyznał się nawet, że nas podglądał razem z dziećmi zza płotu… A przecież nie musiał, bo w pewnej chwili zrobiliśmy węża, wypełzliśmy na ulicę w pełnym "rynsztunku", wprowadzając w osłupienie wszystkich sąsiadów, a zwłaszcza kierowców, którzy, na szczęście, z uśmiechem na ustach wyhamowywali, by nie rozjechać bandy rozśpiewanych idiotów prowadzonej przez dzidziusia z gitarą…

W tym roku, z racji ukończenia studiów przez mą małżonkę warunkiem wejścia na imprezę było posiadanie przynajmniej czapki studenckiej, czyli biretu, a najlepiej togi. Nie muszę dodawać, że każdy przybył w osobiście wykonanej z kartonu czapce, a gospodarze wystąpili dodatkowo w samodzielnie uszytych togach. Niestety, padający nieduży, ale prawie non stop deszczyk zepchnął całą imprezę do stodoły i sprawił, że nie była już ona tak głośna i rzucająca się w oczy, choć naturalnie wszyscy się świetnie bawili nie przejmując się aurą. Znakiem szczególnym tej imprezy będzie na pewno jej niebywałe zakończenie...

Nasz przyjaciel Zbych słynie z tego, że kiedy już promile dobierają się do jego mózgu, ten wrzuca piąty bieg. Stara się wówczas za wszelką cenę zostać bohaterem, by później wszyscy i długo wspominali jego wyczyny. Raz wdrapał się na drzewo i ledwo go potem całego ściągnęliśmy, a nie było to łatwe, bo waży ponad sto kilo. Innym razem chciał wejść na mur i przejść po nim na wysokości trzech metrów, ale w porę go powstrzymaliśmy, kiedy indziej uparł się, że wejdzie do budy psa sąsiada, który jest prawie tak wielki jak Zbych i którego nawet sam sąsiad się boi…

Tym razem postanowił zabawić się z nami w chowanego… Pomysł może niegłupi, gdyby nie fakt, że jest noc, każdy ma dość dobrze w czubie, do lasu pięćdziesiąt metrów, a sam autor pomysłu nikogo nie poinformował, że właśnie taką zabawę wymyślił. Tak więc w pewnej chwili zorientowaliśmy się, że Zbycha nie ma. Wcześniej kilka razy znikał za potrzebą, by po chwili wrócić, ale nie tym razem. Zaczęliśmy go wołać, szukać wokół domu, w ruch poszły latarki, ale jak kamień w wodę. Jego telefon leżał na stole, więc nie było możliwości się z nim skontaktować. Może poszedł do lasu? Może postanowił iść pieszo do domu 4 km? Nie wiadomo. Co robić? Sytuacja dość patowa, a towarzystwo mocno rozpromilone… Jego żona oznajmiła po jakiejś pół godzinie, że trudno, jest dorosły, jest ciepła noc, nic mu nie będzie, najwyżej wypłoszy wszystkie dziki z lasu. Ponieważ nikt nie potrafił niczego mądrzejszego wymyślić, przyznaliśmy jej racje. W tym momencie impreza, niejako samoczynnie dobiegła końca. A i czas był po temu, bo zaczynało świtać. Przyjechały taksówki i towarzystwo rozjechało się do swoich domów.

Ja jednak z racji bycia gospodarzem nie mogłem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Impreza — czytnik · opowiadania