Inne · 12 min czytania
Impromptu Arszenik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
tekst ujęty w /abcd/ to głos, który bohater słyszy z radia.
Impromptu Arszenik
Tamtego dnia powieki moje były zdecydowanie za ciężkie. Wokół ćmienie pęczniało i gęstniało w nabrzmiałości swojej formy. Kto miał tego dnia być, już dawno poszedł, albo też nie miał przyjść już w ogóle. Różnorakie indykatory niezdatne dawno do użytku poniewierały się, mrowiły wokół mnie, będąc zbiorowiskiem ohydnym i odstręczającym, tak że chciało się wstać natychmiast i uciec od nich precz, gdyby nie to, że już wtenczas wstanie, odejście od ławy laboratoryjnej, przestało należeć do posunięć, które były by w obrębie moich możliwości. Radio grało mi za plecami. Zgodzony pewnie za marne grosze aktor czytał z manierą dalece teatralną ustępy jakiejś książki, której autor najpewniej był ------ (manuskrypt nieczytelny). /Tam na wsi był dom mojego wujostwa. Zaraz po wojnie stryj najął się w pobliskim PGR-ze, a w parę miesięcy później ściągnął ciotkę z jednym kuzynem uczepionym spódnicy i drugim jeszcze w łonie…/ Znużenie moje substancjami było zbyt duże, abym tego dnia jeszcze pracował. Siedząc, głowę pochyliłem i – uformowawszy krogulcze szpony z palców – zacząłem zapamiętale drapać się po skórze pod włosami, pozwalając śniegowi łupieżu sypać się na spodnie moje i podłogę. Jednak kiedy spostrzegłem, że w kilku newralgicznych punktach mojego ciemienia dochodzę do krwi, uczułem jakiś osobliwy, jeszcze quasi-racjonalny hamulec. Zaprzestałem, włosy zmierzwione przeczesałem z grubsza palcami. /…w lustro te spoglądałem każdego dnia z coraz większym niepokojem, albo raczej – z coraz większą pewnością, że tym razem wynijdzie, ukaże się, zmaterializuje w nim to z gruntu fantasmagoryczne widziadło – widmo, to samo, które zamajaczyło mi ongi między drzewami w lesie, zalśniło w plamach słonecznego blasku…/ Trójtlenek arsenu był zawsze wspaniałym zabójcą. Wystarczyła niewielka ilość, żeby trupy karakonów słały się gęsto i obficie, aby padały one, szamocąc się w wyrodnych konwulsjach. /…i tamtego mrocznego popołudnia, kiedy cisza przed burzą osiągnęła swoje ekstremum, a ja stanąłem vis-á-vis szklanej tafli – zamigotało…/ Sięgnąłem po brązowy, brudny słój. Na pożółkłej kartce, odlepiającej się od jego powierzchni widniało nabazgrane niebieskim długopisem - As2O3. Zdjęła mnie panika, bo uświadomiłem sobie, że nie mam rękawic ochronnych – a przecież śladowe ilości trucizny mogą znajdować się na szkle i wieku. Czym prędzej odstawiłem słoik, ubrałem rękawice. Tym razem wziąłem go o wiele ostrożniej, rozważniej dawkując ruchy, mimo iż dopiero teraz byłem odpowiednio zabezpieczony. Odkręciłem. Po chwili nozdrzy moich doszła ostra woń arszeniku w fazie amorficznej. Nieco nabrałem na palce, zbliżyłem do twarzy, do ust, jakbym chciał posmakować – ale zaraz zabrałem rękę, bo ujrzałem się w całej niedorzeczności mojego postępowania. Znów jednak z wolna po chwili zacząłem ją przybliżać. Szerokim łukiem, na ile to możliwe, ominąłem usta i skierowałem substancję ku nozdrzom. Zaciągnąłem się zapachem – i znowu gwałtownie musiałem odsunąć dłoń, bo przed oczyma mi poczerniało, a wątpia podeszły dziwnie wysoko. Z oka mojego prawego skapnęła cierpka łza. Z oka mojego lewego skapnęła cierpka łza. /…tamtej pory realność straciła swój prawidłowy wydźwięk. Nie, nie nastało jednak szaleństwo. Nie, nie znikałem na całe dnie. Nie, nie martwiono się o mnie. Nawet przyznać muszę, że zachowywanie pewnym pozorów szło mi lepiej, niż to się działo zazwyczaj./ Umieściłem miarkę arszeniku z powrotem w słoju. Przysunąłem po blacie w swoim kierunku wagę laboratoryjną i zacząłem ją tarować. Zawsze lubiłem tę czynność, zrównałem przeto twarz z poziomem blatu, spozierając po jej nóżkach. To znów zerkałem raz po raz na wskazówkę. Odchylenie jej od właściwej pozycji było już minimalne, już gotowa niemal była do pełnienia swej funkcji, kiedy to jakaś taka niechęć ku temu grzebaniu, gmeraniu mnie ogarnęła. Krytycznym spojrzeniem obrzuciłem wagę i dopiero teraz uderzyła mnie wszechobecna beznadzieja, która ode mnie i od ławy emanowała, panosząc się po całym laboratorium, zazębiając i wijąc w fantastyczne arabeski do spółki z ćmieniem pomrocznym. Odchyliłem się do tyłu na krześle, odsunąłem z nim nieco od blatu, abym mógł nogi rozprostować. Okulary zabrudzone, tłuste, popalcowane zdjąłem. Zacząłem je przecierać piędzią fartucha. As2O3. Na półce stoi Szkaradny słoik Niechże dziś formą Pokraczną jest. /…a był to schyłek lata…/ Minutę, może dwie, uporczywie gapiłem się na arszenik. Ja się gapię, w głowę zachodzę jak go… A on nic – tylko stoi, jakby nie wiedział, że ja się gapię, okiem łypię, nań spozieram! /…wtedy już bardzo niewiele…/ Nie do zniesienia stało się to stanie jego spokojne, głupio beztroskie, żadnym znojem nie zmącone. Opasły owal jego przekroju poprzecznego, eliptyczne z perspektywy załamanie walca połyskiwało – odbijając światło niewiadomo skąd pochodzące, bo mrok wokół był już całkiem zgęstniały i nieprzenikniony, jeno żem siedział tam od początku, miałem tę przewagę nad kimś, kto przychodziłby z zewnątrz, że wzrok mój do ciemności tej został całkowicie zasymilowany i był w stanie prawie bezbłędnie odróżniać kształty i przedmioty. Założyłem rękawicę ochronną na prawą dłoń. /…że już niemal wcale…/ Poderwałem się i porwałem słoik z półki. Czym prędzej odkręciłem. Tylko przez chwilę nastał taki moment, że ręka moja zawisła nad jego otworem, zadrżała, przejęta niepokojem i po raz ostatni tknięta przeczuciem… że trzeba może odnaleźć hamulec… Ale nim uświadomiłem sobie to jej zawiśnięcie, już nurzała się w nieokreślonej, jakby kilkufazowej