Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 31 min czytania

In Vino Veritas

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był środek zimy. Wraz z żoną przyjechaliśmy do N. na kilkudniowy urlop. Wybraliśmy wyjazd do N., ponieważ ta górska miejscowość kojarzyła nam się z wieloma wspólnymi wyjazdami. Była punktem wyjścia dla wielu górskich wypraw i narciarskich eskapad, które odbyliśmy w początkach znajomości, przed i tuż po ślubie. Tego dnia pojeździliśmy dość długo na nartach i po powrocie do domu postanowiliśmy pójść do centrum i wstąpić do jakiejś knajpki. Było już po zmroku. Wędrowaliśmy oświetlonym kolorowymi światłami deptakiem - główną ulicą miasta, wśród całej rzeszy turystów, torując sobie drogę wśród tłumu, szukając jakiegoś przytulnego miejsca. Mijaliśmy kramy z pamiątkami, siedzących na zydelkach rysowników, u których można sobie za niewielką sumę zamówić karykaturę lub portret, pomalowanych na srebrno i złoto mimów, którzy stali na niewielkich podwyższeniach i gestami rąk zapraszali dzieci do robienia sobie z nimi zdjęć, licząc na to, że rodzice tych dzieci wrzucą im coś do położonych na chodniku kapeluszy, oraz wszelkiego rodzaju kawiarnie, pizzerie, bary, wszystkie bez wyjątku zapełnione ludźmi. Idąc tak niespiesznie pod rękę, wspominaliśmy z żoną dawne, wspólnie spędzone w N. chwile. W pewnej chwili naszą uwagę zwrócił niepozorny neon zawieszony na ścianie domu. Ponad skierowaną w stronę ciemnego zaułka strzałką widniał napis: „U Czarnoksiężnika”. Neon był wyraźnie stary, niektóre litery mrugały, inne nie świeciły wcale. Całe to miejsce, zaułek, stary, zepsuty neon, wyraźnie odcinało się od całej reszty odnowionej, mieniącej się światłami ulicy. Przypominało nam czasy młodości, lata, które dawno już minęły, w których odwiedzaliśmy często N. Tyle tylko, że oboje z żoną, bardzo dobrze znając miasto, wiedzieliśmy z całą pewnością, że gdy byliśmy młodzi w N. nie było nigdy żadnego lokalu, który nazywałby się: „U Czarnoksiężnika”... Niewiele myśląc skierowaliśmy się w tę stronę i weszliśmy do ledwo oświetlonego zaułka. Knajpka mieściła się w oficynie po przeciwnej stronie podwórka. Wejście było bardzo skąpo oświetlone i właściwie naciskając klamkę nie miałem wielkiej nadziei, że będzie otwarte. Jednak drzwi ustąpiły pod naciskiem i weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia oświetlonego ciemnozielonym światłem wiszącej u sufitu lampy. Pod ścianami, w oddzielonych przepierzeniami boksach, wokół okrągłych stolików, siedziało kilka par pogrążonych w cichej rozmowie. Ich twarze, mimo stojących na stolikach świec niknęły w mroku. Nastroju dopełniała cicha ledwo słyszalna muzyka płynąca z niewidocznych głośników i delikatny zapach powstały ze zmieszania aromatu palących się świec i chińskich kadzidełek. To mroczne i tajemnicze wnętrze, w porównaniu z przepełnioną gwarem ulicą, wydało nam się wyjątkowo przytulne. Gdy tylko weszliśmy, podszedł do nas drobnej budowy człowieczek i kłaniając się powiedział: - Witam szanownych państwa, jestem Czarnoksiężnikiem, czekałem na was – a gdy popatrzyliśmy na niego ze zdziwieniem, dodał z uśmiechem – jak na każdych gości. Poproszę wasze płaszcze. Zapraszam. Wskażę państwu wolny stolik. - Zanim zamówicie coś z karty dań – powiedział, gdy usiedliśmy przy wskazanym przez niego stoliku w rogu sali – pozwólcie, że poczęstuję was naszą specjalnością zakładu: Magiczną Herbatą Czarnoksiężnika. Przepis na tę mieszankę herbacianą przechowywany jest i pilnie strzeżony w naszej rodzinie od bardzo wielu pokoleń. Mogę wam tylko zdradzić, że w jej skład wchodzi kilka gatunków liści herbacianych, między innymi tajemnicze i bardzo rzadkie ziele herbaciane, uprawiane tylko na wyżynie tybetańskiej, nazywane przez tybetańskich mnichów „lustrem duszy”, ziele, którego magiczne zgoła właściwości wykorzystywane są przez nich na wiele różnych sposobów. To mówiąc podszedł do poczerniałego ze starości, dębowego kontuaru i ze stojącego na nim samowara nalał herbaty do dwóch filiżanek . - Właściwości tego naparu są rzeczywiście niezwykłe. Działa on odświeżająco na ciało, umysł, a przede wszystkim na duszę człowieka, o ile pity jest w odpowiednich ilościach i we właściwy sposób – Czarnoksiężnik postawił przed każdym z nas po filiżance herbaty - Aby w pełni wykorzystać jego walory przed spróbowaniem magicznego płynu, trzeba go pierwej powąchać. Należy zaciągnąć się na kilka chwil jego wspaniałym aromatem. Oboje z żoną pochyliliśmy się i posłusznie powąchaliśmy tajemniczą herbatę. Aromat był w istocie trudny do opisania, jednocześnie łagodny, ale i nieco drażniący, budził niejasne, głęboko ukryte skojarzenia, choć przekonany jestem, że był mi wcześniej nieznany. Odniosłem wrażenie jakbym znał ten zapach z poprzedniego życia, innego wcielenia. Właściciel lokalu, oparty rękami o blat stołu, patrzył badawczo to na mnie, to na moją żonę. Nie wiem, co czuła ona, ale mnie najpierw przeszył dreszcz od stóp do głowy, poczułem senność, nawet otępienie, by w chwilę później poczuć falę energii przepełniającą ciało, odświeżającą umysł. - Czy gotowi jesteście na podróż w czasie, podróż w głąb waszych umysłów? – spytał cicho Czarnoksiężnik, a nam zdawało się, że na świecie nie istnieje nic poza czarnymi węgielkami oczu świdrującymi nas na wylot - Czy ufacie sobie na tyle, by odsłonić przed sobą nawzajem tajniki waszych dusz? Czy możecie wybaczyć jedno drugiemu wszystko, co sobie wzajem zawiniliście? Jeśli tak to spróbujcie po niewielkim łyku czarownego naparu. Byle nie za dużo na raz!... Posłuszni głosowi Czarodzieja zamoczyliśmy wargi w herbacie i pociągnęliśmy po niewielkim łyku. W pierwszej chwili, gdy nabrałem w usta niewielką ilość herbaty, poczułem się tak, jakbym za chwilę miał stracić przytomność, zakręciło mi się w głowie, ale bardzo szybko wrażenie to zostało zastąpione czymś wręcz przeciwnym, poczuciem lekkości, wypływającą z głębi ciała energią. Spojrzałem na żonę. W chwili, gdy wzięła łyk herbaty zbladła, by po przełknięciu nabrać znów rumieńców. Podniosła oczy, spojrzała wprost na mnie. Pomyślałem, że od tak dawna nie patrzyłem jej głęboko w oczy, że prawie już zapomniałem, jakie są cudowne, intrygujące, jak mnie wabią swą błyszczącą, głęboką tajemnicą. Zobaczyłem w jej oczach najpierw strach, a później zdziwienie, które po chwili zostało zastąpione przez pewność siebie, świadomość swej wartości, spokój. Zapadłem się całkowicie w pięknych oczach mojej żony, i po chwili zdałem sobie sprawę, że czuję to, co czuje ona. Przed oczami przesunęły mi się widziane jej oczyma obrazy z naszego wspólnego życia. Poczułem bardzo silne wspomnienie naszego pierwszego spotkania. Zobaczyłem siebie samego, takiego jakim byłem wiele lat temu – jej oczami. Poczułem irytację, spowodowaną początkowym brakiem zainteresowania jej osobą z mej strony. Potem odebrałem wrażenie bólu porodowego, który towarzyszył narodzinom naszych dzieci, a który bardzo szybko został zastąpiony przez radość nie do opisania, która pojawia się w chwili, gdy nowonarodzone dziecko zostaje położone na brzuchu matki, gdy po raz pierwszy zaczyna ssać sutek. Karmienie było dla mojej żony przyjemnością niemal erotyczną, tak samo silną, jak wspomnienie pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Widok malutkiej buzi ssącej łapczywie sutek to niewątpliwie jedno z najmilszych wrażeń, jakich dane mi było doświadczyć. Później Baśka opowiadała mi, że miała podobne odczucia, gdy moimi oczami obserwowała naszą córkę, gdy ta pierwszy raz wdrapała się o własnych siłach na moje kolana i gdy synek po raz pierwszy powiedział do mnie „tato”! Następny obraz, następne wspomnienie przesunęło się przed mymi oczami. Dowiedziałem się jak bardzo się bała, gdy po wypadku samochodowych trafiłem do szpitala. Choć nie byłem wtedy poważnie ranny, to lęk przed stratą, jaki wtedy odczuwała uświadomił mi ile dla niej znaczę. Podobnie jak ona dla mnie. Przypomniałem sobie własne uczucia, które mną miotały, gdy podejrzewałem ją o romans z jej współpracownikiem. Wtedy ja panicznie bałem się, że ją stracę. Wiem, że pod wpływem tajemniczej herbaty Baśka poznała również ten strach. I dzięki małemu łykowi tej lekko gorzkawej esencji wiem, że podejrzenia, które żywiłem były bezpodstawne. Wszystko to trwało zaledwie mgnienie oka, jednak przez tę krótką chwilę dowiedzieliśmy się o sobie więcej, niż przez ostatnie piętnaście lat małżeństwa. Istotnie poznaliśmy tajniki naszych dusz, a także zobaczyliśmy – każde z nas – siebie samego odbitego, zgodnie z nazwą tajemniczego składnika, w zwierciadle duszy partnera... Niesamowite wrażenie powoli zaczęło przemijać. Jakbym ocknął się ze snu. Pierwszą realną rzeczą, którą ujrzałem, były piękne, uśmiechnięte oczy mej żony, następnie pojawiła się cała twarz, tak dobrze mi znana, a jednak inna, bliższa mi niż kiedykolwiek. Czarnoksiężnik stał lekko pochylony nad stolikiem, przyglądając nam się badawczo z lekkim uśmiechem. - Widzę, że jesteście gotowi wyruszyć razem w dalszą podróż – szepnął – musicie wiedzieć, że chcę wam zaoferować – oprócz przeżyć natury kulinarnej, oprócz wspaniałych dań i doskonałych win, również coś innego, możliwość poznania kilku pięknych historii. Historii o ludziach, ich sile i słabości, ich życiu, a czasem śmierci! Ale zanim wyruszycie w podróż poprzez zakamarki ludzkich dusz i umysłów – pamiętajcie, że wszystko to, co zobaczycie, było, jest, lub będzie. Działo się, dzieje się, lub będzie się działo. To nie są majaki, halucynacje wywołane narkotykiem. Nie wiem, czego staniecie się świadkami, ale wiem, że są to zdarzenie prawdziwe… Wysoki, szczupły kelner, który wyrósł koło stolika jak spod ziemi postawił przed nami duży talerz, na obrotowej podstawie, podzielony na sześć części, zagłębień, a w każdej z nich znajdowało się danie, z tym, że miseczki leżące naprzeciw siebie zawierały identyczne potrawy. - Cazuela de Calamares con arroz, czyli tłumacząc dosłownie garnek kalmarów z ryżem – nasz gospodarz wskazał nam na potrawy leżące naprzeciw nas - Skosztujcie! – to mówiąc oddalił się. Wzięliśmy do ust po kawałeczku kalmara spodziewając się następnych metafizycznych doświadczeń, ale nic się nie stało. Koło stolika znów pojawił się Czarnoksiężnik, trzymający w dłoniach tacę z butelką białego wina i dwoma kieliszkami. - Chardonnay Roble! Rocznik 1992! Doskonała chwila by je otworzyć! – w głosie Czarnoksiężnika czuć było uwielbienie - Królowa białych szczepów winnych! Ta butelka pochodzi z dalekiego Urugwaju, hiszpańskie słówko – roble – daje nam pewność, że wino to przez odpowiedni czas dojrzewało w dębowej beczce. W jego aromacie odnaleźć możemy subtelne nuty zapachowe cytrusów i ananasa, co świadczy o tym, że winorośl wyhodowano na obszarze o umiarkowanej temperaturze… Naprawdę wspaniały był aromat tego schłodzonego do odpowiedniej temperatury wina. Idealnie pasowało do potrawy. Wypiliśmy po łyku…

-Mój Boże, ależ to boli – Mallory bał się spojrzeć na nogę. Prawa stopa była wykrzywiona w bok, pod zupełnie nienaturalnym kątem. A więc to koniec. Po wszystkim. - George, żyjesz? – zobaczył pokrytą szronem brodę i usta Irvine’a pochylającego się nad nim z zatroskaną twarzą. Koniuszek nosa był zupełnie biały, odmrożony, tak samo jak zapewne większość palców u nóg. – nic Ci... – w tym momencie Irvine zobaczył jego prawą stopę. Tak samo dobrze jak i Mallory wiedział, co to oznacza. To był wyrok. Życie Mallory’ego nie było warte nawet funta kłaków, a i życie Irvine’a niewiele więcej. Jeden miał bardzo niewielką szansę na wyjście z tego cało, drugi – żadnej. - Nie marnuj sił, Andrew, musisz iść dalej. Pamiętaj jak będziesz przy drugim uskoku, tam musisz uważać. Andrew Irvine, choć był znacznie mniej doświadczonym himalaistą, równie dobrze jak Mallory wiedział, że nie jest w stanie pomóc przyjacielowi. Nikt nie ma w sobie tyle sił, by znieść człowieka ze złamaną nogą z ośmiu tysięcy. Bez słowa uścisnęli sobie dłonie, po czym Irvine odwrócił się i odszedł. - Zaczekaj – zawołał za nim Mallory. Zobaczył strach w oczach towarzysza, strach, że nie pozwoli mu odejść – weź aparat – Irvine nie zdołał ukryć ulgi. George wyjął aparat fotograficzny z wewnętrznej kieszeni tweedowej kurtki. - Żegnaj Mallory… - Żegnaj Irvine… Po chwili zgarbione plecy zniknęły, rozmyte w płatkach śniegu. Mallory został sam. A więc wszystko na nic. Nie ten zdobywa szczyt, kto na niego wchodzi, ale ten, kto potrafi zejść. Przypomniał mu się wywiad, którego udzielił przed poprzednią wyprawą i zdanie, tak często później cytowane: „wspinam się na nią, dlatego że istnieje”… „Istnieje, a teraz powoli mnie zabije…” - pomyślał Wiatr znęcał się nad drobinkami śniegu. Powoli zaczął zapadać zmierzch. Zrobiło mu się jakoś mniej zimno i dobrze wiedział, co to oznacza. Nagle zza śnieżnej kurtyny zamajaczył niewyraźny kształt. George zmusił się by unieść nieco głowę. Postać robiła się coraz bardziej wyraźna. Nie wierzył własnym oczom. - Witaj Georgie – głos też należał do niej, choć zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe, postać, która wyglądała jak jego żona, mówiła głosem jego żony. A przecież doskonale wiedział, że ona została tam, tak bardzo, bardzo daleko… „Majaczę, na pewno majaczę.” - Nie Georgie, nie majaczysz – uśmiech też był bez wątpienia jej. - Ale jak?... - Cicho, cicho… - przerwała mu – przyszłam po Ciebie – jeżeli chcesz, możesz ze mną wrócić, ze mną i z nim –uśmiechając się położyła rękę na swym łonie - Ale jest jeden warunek. Musisz na zawsze wyrzec się Everestu. - To znaczy, że mam tu nigdy nie wracać? - Nie tylko. Nigdy już tu nie wrócisz i wyrzekniesz się również tego, że wszedłeś na jej szczyt, oddasz swoje pierwszeństwo… Chodź ze mną, Georgie… – wyciągnęła rękę i zaczęła się zbliżać. - Mam się wyrzec tego, czego dokonałem, tego, że jestem pierwszy, pierwszy na samej górze. Nie! Nigdy! Nigdy… Wolę tu umrzeć, ale być pierwszym na szczycie, zresztą wcale w ciebie nie wierzę, jesteś majakiem, tylko majakiem… - Mallory odwrócił się z wysiłkiem, choć nie czuł już żadnego bólu, na brzuch, wbił odmrożone palce w śnieg, byle wyżej, wyżej, w stronę góry, jego góry… Wyłamywał paznokcie, nic nie czując, odmrożone palce już nie krwawiły…

Powoli powróciła świadomość. Zobaczyłem Czarnoksiężnika stojącego obok naszego stolika. Spojrzałem na Baśkę. Ona też była pod wrażeniem tego, czego razem byliśmy świadkami. - Oto potrawa afrykańska – szurba – nie zdradzając zbyt wielu tajemnic powiem tylko, że zasadniczymi jej składnikami są cielęcina, marchew, czerwona papryka i pomidory. Posłusznie spróbowaliśmy dania. Oprócz składników wymienionych przez gospodarza, dało się wyczuć również cebulę, kminek i z całą pewnością miętę. Bez względu na składniki, muszę powiedzieć, że była wyśmienita! Pojawił się Czarnoksiężnik, z kolejną butelką białego wina i świeżymi kieliszkami, nie ma, bowiem nic gorszego, niż podawanie różnych gatunków wina ciągle w jednych kieliszkach. - To wspaniałe wino wyprodukowano na Południowej Wyspie Nowej Zelandii. Moim zdaniem żaden region świata, nie może się równać z okolicami okręgu Marlborough, jeżeli chodzi o hodowlę szczepu Sauvignon Blanc. Wyróżnia je świeża, intensywna kwasowość i doskonały, wyraźny aromat owocowy, spróbujcie sami…

Jesienią 1942-go roku, doskonale przygotowana i przeprowadzona hitlerowska ofensywa kaukaska, uderzenie sił pancernych, mające na celu zagarnięcie bogatych w złoża węgla i ropy naftowej rejonów wokół Morza Kaspijskiego, spowodowało odcięcie w jednej z kaukaskich dolin grupy ponad dwóch tysięcy cywilów, kobiet, starców i dzieci, w tym około dwóch setek…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
In Vino Veritas — czytnik · opowiadania