Akcja · 26 min czytania
Incydent w Roswell
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
9 lipiec 1947
Siedzący na werandzie Stanley Emmerson chwycił za filiżankę kawy. Kiedy filiżanka znalazła się na wysokości jego ust nagle coś przykuło jego uwagę. Mężczyzna chwile siedział w bezruchu, wytężając wzrok na odwróconym do góry nogami, trzyliterowym nagłówku artykułu. Gdy w jego głowie uaktywnił się obraz pojęcia "UFO", zrobił łyk ciepłej kawy po czym odstawił filiżankę i chwycił za gazetę. Najpierw spojrzał na czarnobiałe zdjęcie. Nie było na nim nic godnego uwagi. Kilka aluminiowych elementów rozrzuconych po pustyni. Uwagę Stanleya przykuł pewien fragment. Przeczytał kilka linijek artykułu, po czym zjechał wzrokiem w dół do wywiadu z farmerem.
…
Po przeczytaniu Stanley ze sceptycznym uśmieszkiem odłożył gazetę na wiklinowy stół i ugryzł kawałek naleśnika. Spojrzał na zegarek, by upewnić się, że ma jeszcze chwilę dla siebie. Około godziny dziesiątej zaniósł wszystkie naczynia do kuchni. Umył zęby i poszedł do sypialni pakować skórzaną walizkę. Wziął ze sobą dwie pary białych slipków, dwie pary czarnych skarpetek, jedną białą koszulę i czarny krawat. Spojrzał na swoją szczoteczkę do zębów i stwierdził, że pora wymienić ją na nową. Sięgnął do szafki, w której znajdował się cały asortyment chemiczny. Wyjął miętową pastę do zębów, która chroniła je przed próchnicą, średniej wielkości, czerwony ręcznik z froty, grzebień i nową szczoteczkę. Przez chwilę zastanawiał się, który kolor powinien wybrać. Wybrał czerwoną. Wszytko starannie poukładał w walizce. Na koniec sięgnął do nocnej szafki znajdującej się przy łóżku, po coś, co przyda mu się jeszcze bardziej niż świeża bielizna. Pistolet. Umieścił go na samym wierzchu, bo wiedział, że gdy tylko pokaże swoją legitymacje, nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań. Zanim wyszedł z domu, przejrzał się w lustrze. Ostrożnie poprawił palcami włosy, następnie przeczesał małym grzebykiem kasztanowe bokobrody, a na końcu wygładził dłonią swój czarny garnitur. Wsiadł do ciemnozielonego Bentley'a i odjechał.
Kazano mu się kierować w stronę Nowego Meksyku. Gdzieś po drodze był przydrożny bar "U Dorothy" gdzie miał się zatrzymać, by przyjąć dalsze polecenia. - Może tym razem będę musiał tylko przetestować menu dla Spencera - zadrwił w myślach i skręcił w lewo gdzie krajobraz stawał się coraz bardziej pustynny.
Ile razy Stanley stawiał sobie pytania dotyczące Spencera, którego głos słyszał tylko w słuchawce telefonu, tyle razy odpowiedzi wymykały mu się tuż przed rozwiązaniem zagadki. To znajomości Spencera wprowadziły Stanleya w szereg agentów federalnych. To Spencer siedzący gdzieś na ławce w parku, obserwujący młodego Stanleya pociągnął za odpowiednie sznurki i w ostateczności nacisnął na czerwony guzik. Pewnego dnia Emmet Jones zniknął z listy obywateli Stanów Zjednoczonych i zaczął figurować na rządowej, utajnionej liście agentów specjalnych jako Stanley Emmerson.
Część 22 / 2
- "U Dorothy" jest! Po kilkugodzinnej jeździe samochodem, Stanley dotarł na miejsce. Poprawił krawat i włączył prawy kierunkowskaz. Zaparkował tuż przed wejściem przydrożnego baru, przy którym znajdowała się stacja benzynowa. Wysiadł z samochodu zabierając ze sobą walizkę. Nigdy nie zostawiał jej w samochodzie. Tego dnia pogoda nie była łaskawa. Żar z nieba bił go po twarzy, a wiatr wydawał się stać w miejscu. W bujanym fotelu, na werandzie Emmerson ujrzał starego Indianina. Staruszek był już mocno zamerykanizowany. Miał na sobie jeansy i białą podkoszulkę, a jego dwa warkocze pozbawione zostały orlich piór. Emmerson kierując się w stronę wejścia skinął mu głową. Zawsze twierdził, że "człowiek to człowiek, niezależnie od rasy". Indianin spojrzał na niego jakby wiedział o agencie wszystko. Odwzajemnił gest Stanleyowi, a ten wszedł do środka. W środku było niezwykle duszno, mimo tego, iż w każdym kącie baru bezustannie obracały się wiatraczki. Okna zostały zasłonięte żaluzjami, z pod których przedostawały się smugi promieni słonecznych. Stanley wybrał jedno z miejsc w prawej części baru. Zasiadł na nagrzanym od słońca, bordowym narożniku i czekał na kelnerkę. Walizkę ustawił tak, by w razie potrzeby mógł z niej skorzystać.
- Co podać? - spytała kelnerka trzymająca w ręku dzbanek parującej kawy. - Poproszę wodę. Kawa to nie najlepszy pomysł na taką pogodę. - Tu jest tak zawsze. Kawa nie jest niczemu winna. – odpowiedziała kelnerka, po czym odrzuciła do tyłu swoje kruczoczarne włosy. Najwyraźniej urażona czymś, odeszła. Na zewnątrz coraz głośniej rozbrzmiewało ujadanie psa. Emmerson dwoma palcami lewej ręki rozchylił żaluzję. Uważnie obserwował otoczenie. Lata służby nauczyły go podejrzliwości i ugruntowały w nim przekonanie o omylności zmysłu spostrzegania. Na zewnątrz nie było nic niepokojącego. Jedyne co ujrzał to pusty, bujający się fotel. Indianina już nie było. W tle leciała przyjemna muzyka, którą co minutę zagłuszał irytujący dźwięk telefonu. Agent czuł na swoim karku czyjś wzrok. Emmerson obejrzał się wokół siebie szukając personelu. Nikogo jednak nie było. Sięgnął do wiatraczka tuż obok niego i wyłączył zasilanie. W pomieszczeniu zrobiło się trochę ciszej. Myśląc, że dźwięk telefonu stał się lepiej słyszalny w kuchni, nasłuchiwał kroków kelnerki. Nic nie słyszał. Kilka razy obiegł wzrokiem pomieszczenie stwierdzając, że najwyższy czas na remont generalny. Tapeta odłaziła ze ścian, a fuga pomiędzy kafelkami wydawała się być wykruszona. Stoły miejscami były poklejone od słodkich soków, a ściany solniczek obtaczały tłuste ślady palców. W jednym z kątów pomieszczenia powiewała pajęczyna, którą poruszał duszny wiatr wiatraczków. Stanley spojrzał na zegarek wiszący nad ladą stwierdzając, że czynność wlewania wody do szklanki powinna zajmować mniej czasu niż upłynęło. Napływająca do krwi adrenalina natychmiast dała mu znak o swojej obecności. Serce zaczęło mu mocniej bić, a jego ciało oblał zimny pot. Kolejny raz uchylił palcami żaluzję i nerwowo sprawdził co dzieje się za okurzoną szybą. Dźwięk telefonu w jednym momencie stał się dla niego nie do zniesienia. Emmerson instynktownie wyostrzył swoje zmysły. Czując za sobą napływ świeżego powietrza chwycił walizkę i przygotował się do nagłego zrywu. - Pana woda - beznamiętnie oznajmiła nadchodząca kelnerka - coś jeszcze? - Niee, ni nie dziękuję - zająknął się Stanley po czym odłożył walizkę na ziemię. Kropla potu spłynęła mu ze skroni na policzek - „Cholera, co się ze mną dzieje? Opanuj się człowieku!” – pomyślał i zaraz po tym, wciągnął przez usta gorące powietrze zatrzymując je przez chwilę w płucach. Kelnerka jakby czekając na napiwek stanęła naprzeciwko. - Ok…ile się należy? – zapytał agent sięgając do marynarki po portfel. - Już zapłacone – odparła kobieta wyjmując białą kopertę spod fartuszka. Stanley spojrzał na odchodzącą kelnerkę i zauważył coś co dla wyspecjalizowanego agenta nie powinno być tylko szczegółem. Nagle jego głowę przeszył ostry i bolesny impuls, a po jego karku przeszła fala nieprzyjemnych dreszczy, która sprawiła, że przez ułamek sekundy unieruchomił go paraliż. Mianowicie włosy kelnerki były co najmniej o dwa tony jaśniejsze i o kilka centymetrów dłuższe niż poprzedniej. Odruchowo, nie wykonując szybkiego ruchu dotknął stopą walizki, by sprawdzić czy nadal jest w jego zasięgu. - Nie radziłabym – odparła kelnerka idąc dalej w stronę kuchni – radze natomiast się pośpieszyć… jeżeli chce mieć pan jeszcze wybór oczywiście. – po czym weszła do kuchni. Stanley widział ją wtedy po raz ostatni. Nie zastanawiał się długo co miała na myśli. Zrobił łyk wody i otworzył kopertę.
„051”
Druga strona kartki była pusta. - Co jest?! Co to za numer do cholery! Jego wzburzenie szybko przerwał kolejny dźwięk telefonu. Emmerson szybko podbiegł do aparatu. - Halo?! Halo! W słuchawce przez kilka chwil odpowiadała mu cisza. - Emmerson? - Tak! To ja! Co mam do licha robić! Nic z tego nie rozumiem! Nagle na linii pojawiły się trzaski i nastąpiło przerwanie połączenia. Spanikowany Emmerson trzasnął słuchawką w telefon ale sygnału dalej nie było. Odłożył ją i ponownie podniósł przykładając sobie do ucha. Sam nie wiedział czy jego ciało zaczęło drzeć ze strachu, czy z wściekłości. W między czasie do baru wszedł mały chłopiec wyjmując drobniaki i kładąc je na ladzie. Czekał na znajomą kelnerkę, która najprawdopodobniej już się nie pojawiła. Emmerson dalej walił słuchawką w telefon próbując, na swój sposób, odzyskać sygnał. -Nie tak szem pana! Trzeba wykręcić numer szem pana – odezwał się chłopiec ukazując przy tym tamtejszy akcent. Emmerson spojrzał ze zdziwieniem na piegowatego chłopaka, który uśmiechając się do niego odsłonił ogromną przerwę pomiędzy jedynkami. Chciał już mu wykrzyczeć prosto w twarz, że „nie ma żadnego cholernego numeru” ale coś mu zaświtało… Wykręcił trzy liczby. Zero, pięć oraz jeden i po chwili usłyszał sygnał. Krótko po sygnale, znajomy głos. - Emmerson? - Spencer?! - Emmerson słuchaj uważnie. Próbowałem się do Ciebie dodzwonić. Masz około piętnaście minut! Ponad godzinę temu wyjechali. Rozumiesz? Już jadą po ciebie! Masz czas jeszcze odjechać. Jeśli odjedziesz, i cię nie zobaczą, zostawią cię w spokoju. Jeśli zostaniesz, dowiesz się wszystkiego. ROZUMIESZ?! Stanley poczuł jak żołądek wywija mu się na drugą stronę, a jego zawartość podchodzi mu do gardła. - Wszystkiego? O co ci do cholery chodzi?! Jeśli tak ma wyglądać nasza współpraca to pieprze ją! Słyszysz PIE-P… - Jeśli zostaniesz to TO pojmiesz Emmerson. Twój wybór. Rozmówca się wyłączył. Emmerson kolejny raz pocisnął słuchawką w telefon. Przez kilka sekund stał w bezruchu jednocześnie próbując odzyskać racjonalny sposób myślenia i powstrzymać odruch wymiotny. Jeszcze bardziej zlany potem niż kiedykolwiek chwycił za walizkę i wybiegł przed bar potykając się o bujany fotel. Fotel roztrzaskał się na trzy części raniąc agenta w nogę. Stanley czując delikatne pieczenie gdzieś w okolicy kości strzałkowej, przeskoczył przez maskę swojego samochodu, by dostać się do miejsca od strony kierowcy, ale było już za późno. Co najmniej od piętnastu minut. W stronę Emmersona szło dwóch dystyngowanych mężczyzn w czarnych garniturach. Agenci byli już na miejscu.
-Emmerson? Tak to na pewno Pan. Nawet wygląda pan na Emmersona. Nie wiem kto w federalnych kadrach odpowiada za nowe tożsamości ale zawsze trafia z tym jak trzeba. Ostatnio eskortowaliśmy jednego z Idaho. Co najśmieszniejsze pochodził z Nowego Yorku a wlepił się w rolny krajobraz, jak gówno do końskiej podkowy. Wysoki, chudy i z księżycowatą gębą. Haha! Pasowałby do jakiegoś skansenu rolnictwa albo do… - Ralphie! Pan Emmerson czekał na nas wystarczająco długo i zapewne ma ochotę na poznanie konkretów. Zapewne też czekał na tyle długo, by zmienić zdanie i zawrócić jak widzimy – mężczyzna średniego wzrostu o mocno zaznaczonych konturach twarzy boleśnie chwycił Emmersona za łokieć – nie przedstawiłem się. Nazywam się Frank Greimond, a ten grubas obok to Ralph Hamins. Hamins zdjął kapelusz i przyjaźnie podał rękę Emmersonowi. Sprawiał wrażenie człowieka łagodnie usposobionego. Jego brzuch, drugi podbródek i łysiejąca głowa dodawały mu tylko osobistego charakteru niż ujmowały urodzie. Frank był jego przeciwieństwem. W jego wyglądzie nie było nic co, by mogło zmylić przeciwnika. Każda jego zła cecha była wymalowana na twarzy i zajmowała odpowiedni dla siebie centymetr. Jego rysy były tak ostre, że niemal genetycznie przypominał nieco gangsterskich makaroniarzy z New Jersey. Od jego czarnych, nawazelinionych włosów błysnął odbity promień słoneczny, rażąc Stanleya w oczy. - Panie Emmerson. Proszę oddać mi teczkę i kluczyki do samochodu – agent Greimond wyciągnął rękę. Odruch wymiotny Stanleya zniknął. Jego panika zmobilizowała ciało do szybkiej ucieczki. Gałkami ocznymi wykonał szybki ruch w stronę baru i pustego parkingu, ale tylko upewnił się, że nikt nie jest wstanie mu pomóc. W ciągu sekundy do jego głowy napłynęło tysiące instynktownych pomysłów przetrwania, a wraz z nimi ich czarne scenariusze. Emmerson powoli zdając sobie sprawę, że wszelka próba ucieczki albo sprzeciwu od tego momentu może zakończyć się śmiercią, oddał teczkę i kluczyki. Hamins zaprowadził go do samochodu, który był zaparkował na tyłach baru. - To teraz to tym jeździ Śmierć? - Co móiiłeś? – odpowiedział Ralph trzymając w ustach papierosa i próbując go odpalić od zapałki. - Nie nic, nic. – Stanley osłonił ręką głowę wsiadając do czarnego samochodu - a co będzie z moim Bentleyem? - Ktoś będzie w nim jechał za nami. - Frank? – Ralph rozkoszując się dymem tytoniowym, zawiesił wzrok na masce samochodu – Frank będzie w nim jechał? - Nie, gdyby Frank był kierowcą Twojego samochodu, wyprzedziłby nas i tyle byś widział swojego Bentleya. Widzisz tego faceta obok Franka? – Stanley wychylił się z samochodu – to Roger. Będzie kierować. Nie martw