Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 11 min czytania

Indianie Środkowej Europy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

– Pańskie nazwisko jest nietutejsze – powiedział malarz remontujący moje mieszkanie. – Skąd pan jest? – Z Pomorza – odpowiedziałem i malarz zamilkł. – Czy to źle, że z Pomorza? – zahaczyłem. – Nie. Tylko tak pytam, bo pan jest tu nowy – odpowiedział i zajął się pracą. Sprowadziłem się tu niedawno, nie byłem czarnoskóry ani nikim ważnym, a wyglądało na to, że wszyscy już mnie znają. Skąd to zainteresowanie moją osobą? – Ty masz inny akcent i mówisz inaczej – wyjaśnił mi znajomy, który też był nie stąd. Jaki inny akcent? Co ja mówię inaczej? Zacząłem nadstawiać uszu i wnet usłyszałem, że tu wychodzi się "na pole", że kogoś po wódce "łeb bolała" i że kurczaki "tworz" podusił. Usłyszałem też tutejszy akcent, który w niektórych wsiach był tak mocny, że nawet kukułki kukały tam: "kłeku, kłeku". Zauważyłem też, że wiele tutejszych nazwisk brzmi tak samo lub podobnie. Teraz widziałem już moją inność na tle wszechpanującej tu jednakowości. Jednakowość ta wynikała z małej ruchliwości tutejszej ludności. Co prawda, przewaliły się tędy fronty obu wojen światowych, ale wojska przeszły, a wszystko pozostało po staremu. Nie było tu takiej fali repatriacji i wysiedleń, jaka dotknęła tzw. Kresy Wschodnie i której ja jestem synem. Czy aby naprawdę nie było? Zawsze lubiłem góry, a teraz miałem pod ręką nowe i nieznane – Beskid Niski. Zacząłem po nich chodzić i zobaczyłem, że są prawie niezamieszkane. Widziałem biegnące dolinami zarośnięte drogi, przy których były ślady dawnych domostw i stały stare krzyże – niekatolickie. Widziałem krajobrazy jakby z innego świata i jakby z innego świata docierały do mnie informacje o jakichś Łemkach. Znajomi z pracy mówili, że na nich trzeba uważać, ale nie potrafili wyjaśnić, dlaczego. Oto zamieszkałem w części mojego kraju, o której nic nie wiedziałem, „choć mi maturę wydano" – jak śpiewał Jan Kaczmarek. Któregoś wieczora w studenckim schronisku, usłyszałem takie zdanie: „Łemkowie to są tacy Indianie Środkowej Europy, o których niewielu coś wie. Tak jak o Apaczach, mało kto wie więcej niż to, że stroili się w pióra.” Pomyślałem wtedy o tych, którzy radzili mi na Łemków uważać, co było informacją równie marną jak ta o pióropuszach Apaczów. W tamtych czasach podstawowym środkiem lokomocji był autobus, więc wiele czasu spędzałem na wiejskich przystankach. W jednej ze wsi na przystanku zazwyczaj siadywał pewien stary człowiek. Przesiadywał tam godzinami, patrząc na krowy paradujące środkiem szosy. Był siwy, wąsaty i wyglądem przypominał Kozaka. Któregoś dnia odważyłem się zapytać go o wydarzenia z ostatniej wojny. – Pane! Mene za wojny tri razy w mordu biły – odpowiedział łamaną mową. – Pierwyj był esesman, druhij sotenny providnyk, a tretij polski sierżant – dokończył. Poczułem, że dotknąłem bolesnej sprawy i nie pytałem dalej. Słowa: "tri razy w mordu" i "Indianie Środkowej Europy" skłoniły mnie jednak do zadumy nad losem mieszkańców tych gór. Nie lubię polityków, którzy siedząc "o pięćset mil na swej stolicy", wiedzą lepiej, kim ma być i jakiego Boga ma chwalić mieszkaniec przysłowiowej "Koziej Wólki". To właśnie przez nich prości ludzie dostają "w mordu". Tak było i tu. Od wieków w Beskidzie Niskim żyli Łemkowie, orali kamieniste poletka, paśli bydło i modlili się w unickich cerkwiach. Na północ od nich mieszkali Polacy, orali równie kamieniste poletka i modlili się w katolickich kościołach. Spotykali się, nierzadko pracowali razem, lub służyli w tych samych plutonach CK armii. Czasami Iwanko ożenił się z Kasią, czasem Antek pobił się z Hryciem w karczmie – życie biegło tak, jak na każdym pograniczu dwóch narodów. Nadszedł dwudziesty wiek. Zaborcze monarchie dogorywały, a ujarzmione dotąd narody szukały sobie miejsc w nowej Europie. Wtedy też pojawili się politycy, którzy lepiej wiedzieli, kim Łemkowie powinni być w przyszłości. Mówili o Świętej Rusi i wielu Łemków namówili do walki o nią. Lecz „babka Austria” jeszcze nie umarła i potrafiła się bronić. Wyłapano proruskich działaczy i zesłano do obozu koncentracyjnego w Talerhofie, gdzie wielu z nich zmarło. Tymczasem Polacy utworzyli swoje państwo, Ukraińcom się to nie udało, w Rosji rozsiadł się komunizm i o Świętej Rusi już nikt nie mówił. Łemkom pozostał tylko żal i przydrożne krzyże poświęcone „żertwam Talierhofa”. Za politykami szli kapłani, którzy lepiej wiedzieli, jak Łemkowie powinni się modlić. Święta Ruś była prawosławna, więc i Łemkowie powinni "powróć na łono prawosławia". Tak jak z ich pradziadów przed wiekami zrobiono unitów, tak teraz ich przechrzczono z powrotem, bo jakiś prawosławny biskup przybyły z USA uważał, że prawosławie będzie dla nich lepsze. Skłóciły się wioski, skłócili sąsiedzi, skłócił się brat z bratem. Nowonawróceni podpadli zaraz młodej polskiej władzy, której bardziej było po drodze z uznającymi papieża unitami, niż z prawosławnymi. Potem wybuchła druga wojna światowa, czyli czas bicia Łemków "w mordu" przez wszystkich. Pod hasłem: "Jeden naród, jedna Rzesza, jeden wódz" (Ein Volk, ein Reich, ein Führer), Hitler postanowił sprowadzić do "jednej Rzeszy" swoim ziomków z Podola, żeby stworzyć "jeden naród". Stalin się zgodził. Miejsce po podolskich Niemcach mieli zająć Łemkowie, naród rusiński i bardziej pasujący do Podola. Sowieccy agitatorzy wmawiali Łemkom, że w państwie robotników i chłopów, wśród ukraińskich braci będzie im lepiej. Niektórzy dali się przekonać i wyjechali w nieznane. Ukraińcy nie przyjmowali ich jednak jak braci i emigracja ta szybko ustała.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Indianie Środkowej Europy — czytnik · opowiadania