Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 58 min czytania

Ingerencje Braoxidów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mamy dziś duszny i gorący dzień na Kariboo. Ci, którzy mają takie nieszczęście przebywać na zewnątrz klimatyzowanych budynków, przeżywają prawdziwą udrękę. Czterdzieści stopni Celsjusza w cieniu to zabójcza temperatura. Tylko nieliczne istoty, pochodzące głównie z regionów pustynnych są w stanie wytrzymywać taką spiekotę.

Na moje szczęście nic dziś się nadzwyczajnego jeszcze nie zdarzyło. Nie muszę więc ruszać się ze swojego klimatyzowanego pokoju. Tu – we wnętrzu wysokiego na 2 kilometry wieżowca – mam swój kącik, do którego nikt nieproszony nie zagląda. Ów pokój, w którym siedzę, jest wyposażony w okrągłe łóżko żelowe, koloru jasnoniebieskiego, dwa wąskie regały tego samego koloru z zaokrąglonymi brzegami, które zawalone są książkami, pamiątkami z różnych planet i magazynkami do broni, przezroczysty telewizor przyklejony do ściany naprzeciwko legowiska, wieszak na broń oraz szafę koloru zielonego, w której trzymam swoje różnorodne graty i ubrania. Ściany są zielono – jasnoniebieskie. Podłoga wyścielona zielonym, miękkim dywanem. Obok znajduje się łazienka o kształcie walca, z zamontowanym prysznicem, toaletą, okrągłą wanną z hydromasażem, leżakiem do masażu oraz lampą, pływającą przy suficie odwzorowując ruch słońca po niebie. Ściany są tak naprawdę ekranami wyświetlającymi dziki obszar bujnej, zielonej roślinności trawiastej. Podłoga jest tutaj także wyścielona zielonym dywanem, tyle że podobnym do trawy, pochłaniającym nadmiar wilgoci z powietrza i ziemi. W sama łazienkę wpompowałem 50.000 graalbulgów, aby całość była idealną imitacją środowiska naturalnego na obszarze trawiastym. Jest tu tryb sztucznych powiewów wiatru, dźwięków łudząco podobnych do naturalnego otoczenia, oraz opcja zmiany czasu dzień-noc, gdzie wszystkie te funkcje pomieszczenia zmieniają się tak, aby imitować tę przestrzeń naturalną w nocy. Tego pomieszczenia zazdrości mi połowa strażników w AO.

- Chyba nam się dziś upiecze – mruknęła mi do ucha Kasia. Objęła mnie w pół i przytuliła się do moich pleców.

- Całkiem możliwe. – odparłem z uśmiechem. Objąłem jej drobne dłonie ściskające moją klatkę piersiową. Leżeliśmy oboje tak przez dłuższą chwilę na łóżku w lekkich ubraniach przykryci puszystym, granatowym kocem.

- Dlaczego nadal chcesz być strażnikiem, hę? – zapytała naraz, wysuwając zręcznie swoje ręce z moich objęć – Mamy dla siebie tak mało czasu.

- Przecież wiesz, że lubię tę robotę. – odpowiedziałem – To dzięki niej mogę tu mieszkać, na Kariboo. I ty z resztą też.

- Mógłbyś się przekwalifikować przecież… Tak jak ja to zrobiłam…

- Nie drążmy tego tematu. – odpowiedziałem, odwracając się do niej. Miała długie, kręcone loki koloru brązowego spływające jej po ramionach i dekolcie niemalże do pasa. Zwykle owe włosy upinała, splatała w długi i gruby warkocz, bądź zaplatała za uszami w dwa potężnej wielkości koki. Jednakże w tym pokoju zawsze nosiła je rozpuszczone. Jej oczy były koloru brązowego; wręcz hipnotyzowały mnie swoim pięknem. Posiadała do tego ciemną cerę, niewielki zadarty nos i śnieżnobiałe zęby. Była o pół głowy ode mnie niższa, co nie znaczyło, że była delikatną istotą. W ciągu dwóch lat pracy ze mną ramię w ramię w AO nabrała dość dużych, jak na kobietę, mięśni. To tylko podkreśliło jednakże jej urok.

- Ja już dłużej nie wytrzymam tego! – zawołała, przewracając mnie jednym pchnięciem na plecy. Zrzuciła koc na ziemię. Usiadła na moim brzuchu, po czym wyciągnęła z kieszeni swojej zwiewnej koszulki dwie żelatynowe, przezroczyste kulki.

- Co ty…? – zapytałem, ale urwałem, gdy tylko Kasia chwyciła moje nadgarstki i przykleiła je żelatynową masą do łóżka. Spróbowałem się uwolnić – na próżno. Masa natychmiast zastygła unieruchamiając mnie.

- Posłuchaj jeszcze raz. – wyszeptała swoim miłym dla ucha głosem – Chcę, abyś rzucił tę pracę i zajął się czymś innym.

- Wiesz, że… - zacząłem, ale znów mi przerwała kontynuując:

- Chcę z Tobą spędzać więcej czasu. Chcę, żebyś był przy mnie częściej. Chcę czuć cały czas, że mnie kochasz.

- No ale… - znów spróbowałem się sprzeciwić, na próżno.

- Mam dosyć siedzenia i czekania na Ciebie, aż wrócisz ze swoich misji. Mam dosyć zamartwiania się, że coś może ci się stać. Mam dosyć spędzania większości chwil samotnie.

- Ja też… - znów spróbowałem coś powiedzieć, ale ona kontynuowała:

- Nie wypuszczę ciebie, póki nie zmienisz zdania. Masz rzucić tę pracę. Zrób to dla mnie.

Pochyliła się nade mną, po czym sprzedała mi gorącego całusa w policzek. Następnie przytuliła się do mnie, przysunęła ostrożnie swoje czerwone usta do mojego ucha, i zamruczała tak, jak tylko ona to potrafiła:

- Wiem, że chcesz być ze mną więcej czasu. Przecież proszę o niewiele.

- Nie mogę tego zrobić – odpowiedziałem spokojnie, ledwie opierając się jej urokom – Chcę być z Tobą i moimi kumplami z AO. Wiesz, jak ja ich cenię…

Te słowa zadziałały natychmiast. Dziewczyna podniosła się, i chwyciła swoimi dłońmi moje gardło. Były one miękkie jak jedwab. Jej gołe nogi oplotły mnie w udach, zaciskając się.

- Co chcesz zrobić? – zapytałem widząc jej figlarny uśmiech.

- Wynegocjować z Tobą moje warunki. – odparła, powoli prężąc swoje mięśnie. Poczułem, jak jej dłonie zsuwają się, zaciskając krtań. Szybko zacząłem tracić dech. Jednocześnie jej nogi zacisnęły się w żelaznym uścisku, blokując jakikolwiek ruch z mojej strony.

- Czy chciałbyś może coś powiedzieć? – zapytała uśmiechając się po kilkunastu sekundach. Rozluźniła uścisk na szyi.

- Nie zgodzę się na twoje warunki, choćbym nawet i chciał – odpowiedziałem odwzajemniając uśmiech, pomimo lekkiej zadyszki – Przecież potrzebują mnie.

- Jak chcesz. – odpowiedziała, ponownie napinając mięśnie. Zdążyłem jednak nabrać powietrza do płuc. Niewiele mi to dało. Tchu zaczęło mi brakować już po pół minucie, podczas gdy Kasia wręcz bawiła się moim kosztem. Cały czas spoglądałem w jej uśmiechniętą minę. Wtedy też przemknęło mi przez myśl, dlaczego akurat tylko za nią tak szaleję, skoro za każdym razem wystawia moją wytrzymałość fizyczną na próbę ot, dla zabawy.

Owe tortury oprawione w uroczy klimat przerwało nagłe otworzenie drzwi. Prawie natychmiast ktoś parsknął piskliwym śmiechem widząc nietypową sytuację. Niemalże w tym samym momencie Kasia puściła moje gardło i przytuliła się do mnie. Zrobiłem porządny wdech.

- Dawidzie, ty pierdoło! – Wyskrzeczał Aaron nadal dusząc się ze śmiechu – Jak możesz się tak dawać poniżać jednej samicy, ja nie wiem. Co rusz, jak wchodzę, ona ciebie tarmosi…

- To moja sprawa, wiesz? – odparłem z lekkim poirytowaniem. Spróbowałem się poderwać, ale przyczepione nadgarstki do łóżka uniemożliwiły mi to. Kosmita ponownie wybuchnął śmiechem. Nie potrafił się opanować widząc Kasię, która jakby nigdy nic wtuliła się w moje ciało, oraz czerwone ślady na szyi w kształcie dłoni.

- Masz pół godziny. Pozbieraj swoje graty, pożegnaj się z dziewczyną i chodź ze mną i Valosem na patrol. – odparł po chwili, opanowawszy rozbawienie.

Przez chwilę tak sterczał w drzwiach, oczekując jakiejś odpowiedzi z mojej strony. W pewnym momencie, nie doczekawszy się jakiegokolwiek słowa, obrócił się na pięcie i wyszedł.

Drzwi zamknęły się. Ponownie zostałem sam z Kasią.

- Kiedyś ciebie zaduszę na dobre, wiesz? – zaczęła, podnosząc się z mojej klatki piersiowej.

- Dlaczego? – zapytałem, uśmiechając się do niej.

- A dlatego, że wciąż Aaron przychodzi akurat wtedy, gdy się z tobą bawię. – odparła odwzajemniając uśmiech – Przez to wciąż wychodzę tutaj na sadystkę.

- A nie jest tak? – zapytałem przewracając ją na mój tors szturchnięciem udami w jej pośladki. Ona na to uśmiechnęła się figlarnie, objęła moją obolałą szyję i sprzedała kolejnego całusa.

* * *

- Spóźniłeś się pięć minut, Dawidzie…

W pomieszczeniu ochrony znajdowali się już Aaron, Valos oraz Mike z oddziałem piętnastu puszek. Ja, wzruszyłem ramionami i usiadłem na wolny fotel przed ekranami. Wyświetlały one obrazy z wielu kamer monitoringu.

- Coś do ciebie właśnie mówię, wiesz? – rzekł ponownie kosmita spoglądając na mnie swoim cybernetycznym okiem – Tak więc, gdzie byłeś w ciągu tych pięciu minut?

- W swoim pokoju. – odparłem bez namysłu, zdejmując pulsator plazmowy z pleców. Położyłem broń na biurku przed sobą.

- Twoja punktualność jest niezaprzeczalnym atutem wszędzie, tylko nie w bazie. Wytłumacz mi, dlaczego tak jest? – zaczął Valos, patrząc się na mnie badawczo.

- To oczywiste – zabrał głos Aaron z szyderczym uśmieszkiem – Powodem jest kobieta…

Starszy kosmita spojrzał na mnie z politowaniem. Jego niebieska, poharatana twarz przez dziesiątki blizn skrzywiła się w paskudny wyraz.

- Kiedyś może to ciebie zgubić. – odpowiedział po chwili namysłu, oparłszy się ręką o fotel – Sam też miałem jedną… Przez nią właśnie straciłem oko z fragmentem czaszki.

Mówiąc to, wskazał swoją muskularnie zbudowaną, poharataną, niebieską ręką na srebrną protezę wszczepioną w miejsce dziury w głowie. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, że stracił oko, ale prawdopodobnie stało się to w jakiejś zażartej walce lata do tyłu. W ten sposób zapewne też doprowadził do ruiny resztę swojego ciała.

- Powiem krótko: Człowieku, opamiętaj się! Samice to nie wszystko. – Valos dalej kontynuował swój irytujący wykład – Potrafią zaślepić. Nieraz owiną ciebie wokół palca. A jak przyjdzie co do czego, to dają nogę! Zostawiają ciebie samego w szczerym polu przeciw wszystkim.

- Tylko ty tak twierdzisz. – odparłem, nie mając ochoty go dłużej słuchać – To jest moja sprawa, nie dotyczy was w żaden sposób. Więc nie rozumiem dlaczego tak się irytujecie.

- Czepiamy się, bo nie chcemy, byś wypadł z naszej drużyny z powodu jakiejś lali! – warknął Aaron, splatając obie pary rąk na swojej klatce piersiowej – A widzimy, jak ona na ciebie działa.

- Działa jak świeży smar na zardzewiałe droidy – rzucił Mike przysłuchując się dyskusji – Pobudza ich do działania ponad swoje możliwości. A efekty później są jakie są…

- Dość trafnie to określiłeś. – odpowiedział Valos – Jak na puszkę ze złomem nie wartym złamanego graalbulga w środku całkiem nieźle.

Mike nie zareagował na tę zaczepkę w żaden sposób – jego sztuczna inteligencja była zbyt tępa, by pojmować znaczenie sarkazmów i obelg.

Przestałem w końcu zwracać na nich uwagę. Słuchając ich dłużej, tylko poszarpałbym sobie nerwy. Zacząłem robić to, co w tej chwili do mnie należało; gapić się na monitory w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń dla bazy. Robiłem to już dziesiątki razy i z doświadczenia wiem, że tylko wariat spróbowałby się przedrzeć przez ten budynek naszpikowany do granic możliwości wojskiem i droidami bojowymi.

A jednak, kiedyś ten pierwszy raz musiał w końcu nastąpić.

Jedna z kamer monitoringu wykryła trzy droidy techniczne w miejscu, w którym nie powinno ich wcale być. Otóż znajdowały się one przy wejściu do sejfu bazy danych. Cała trójka sprawiała wrażenie dokonujących właśnie inspekcji systemów ochrony włazu. Każdy, kto tu pracował, wiedział jednak że ów system został zbudowany pół wieku temu i nie potrzebuje przeglądu jeszcze przez następne 150 lat. Samo ich zachowanie nie budziło podejrzeń, ale miejsce, gdzie się znajdują – już bardziej. Decyzję podjąłem w kilka chwil.

- Włączam alert pomarańczowy. – rzekłem do gadających w najlepsze kosmitów i puszek z ochrony – Podejrzenie intruza.

Nim cokolwiek oni zdążyli powiedzieć, ja wcisnąłem pomarańczowy guzik na panelu sterowania i zamknąłem włazy odgradzające trzy droidy w nietypowym miejscu. Syreny zawyły na piętrach od setnego do sto dwudziestego.

- Pojebało cię?! – wrzasnął Aaron widząc, co wyczyniam – Wiesz jak długo będziemy musieli się z tego tłumaczyć, cioto?!

Nie zwracałem uwagi na ich bzdurne komentarze. Nie było na to czasu. Złapałem pulsator w dłoń, załadowałem magazynek.

- Jedynka, dwójka, trójka, za mną. – rzekłem do trzech puszek z brzegu. One, widząc że nie żartuję, załadowały swoje pistolety samopowtarzalne, po czym ruszyły truchtem za mną.

- Dawid!! Wracaj!! – wrzasnął Valos widząc, jak wybiegłem z pomieszczenia. Zlekceważyłem jego rozkaz.

Minąłem kilka rozwidleń w korytarzach, po czym dobiegłem do windy. Przemieszczałem się sprawnie wraz z trzema wydzielonymi puszkami w kierunku, gdzie ujrzałem trzy droidy techniczne. Wjechaliśmy trzy piętra wyżej. Zaczęliśmy szybko biec w kierunku, gdzie panował raban. Oprócz nas zbiegło się tu jeszcze trzydzieści innych puszek z pobliskich patroli.

- ART, mów co się tu dzieje. – rzekłem do grupowego miejscowego oddziału puszek.

- Trzy droidy techniczne zostały przez przypadek uwięzione podczas sprawdzania systemów zabezpieczeń włazu… Drobiazg.

- Zbierz cały swój oddział i ustaw się w trójszeregu przygotowany do ataku na intruza przed włazem. – rozkazałem podwładnemu.

- Przeciw jakiemu intruzowi ten atak? – padło z głośnika jednej puszki.

- Nie dociekać, tylko wykonać! – krzyknąłem ustawiając się do strzału w kierunku blokady. Odbezpieczyłem spust w swojej broni.

W ciągu kilkunastu sekund trójszereg najeżony pistoletami samopowtarzalnymi i karabinami plazmowymi był gotowy. Spojrzałem na właz przed nami.

Od wewnątrz odgrodzonego terenu ktoś niski zaczął wypalać nożem laserowym okrągłą dziurę, aby móc wyjść. Nie było to typowe zachowanie dla inteligentnych droidów technicznych; normalnie wezwałyby na pomoc swoich współziomków z pięter technicznych, w podziemiach budynku. Czerwono-żółty tor poruszania się lasera po drugiej stronie zaczął się przebijać przez srebrny kolor pancernych drzwi. Trwało to dość długi moment, nim laser przeżarł się do reszty przez właz. W końcu, po dziesięciu minutach, niewielka stróżka lasera musnęła jedną z puszek z pierwszego szeregu wytapiając jej linię na kadłubie. Czerwony droid nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Wtem, ogłuszający wybuch po drugiej stronie pancernego przejścia wyrzucił okrągłą część wyciętą z drzwi. Prawie półtonowy kawał żelastwa wyleciał w powietrze i uderzył prosto w szereg puszek. Piątka z nich została roztrzaskana pod impetem walcowatego bloku.

- Ognia!! – wrzasnąłem wystrzeliwując pierwsze pociski w stronę okrągłego otworu w włazie. Przejście zostało zasypane gradem pocisków plazmowych uszkadzających wszystko, co tylko było wokół. Niemalże natychmiast właz pokrył się smolistą, czarną sadzą.

Naraz wyskoczyły trzy droidy techniczne z dziury w drzwiach. Wpadły wprost w centrum ognia z broni plazmowej. O dziwo, nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Posiadały one coś w rodzaju pola siłowego, które pochłaniało energię plazmową z pocisków małego kalibru i napędzało nim swoje własne urządzenia; była to technologia na o wiele wyższym poziomie, niż ta, którą posiadaliśmy. Cała trójka niczym się nie różniła od zwykłych robotów technicznych. Poza paroma różnicami. Na czole każdy z nich posiadał identyfikator, który nie był namalowany oryginalną, czarną farbą, tylko został on bezpośrednio wytrawiony w stali, co nie było podobne do żadnego droida technicznego, jakiego widziałem. To nie był jedyny szczegół. Drugą różnica było wyposażenie. Posiadały one działka samowystarczalne typu antara – jeden z cudów technicznych porównywalnych do magnetycznego perpetuum mobile Largeinsmallego, tyle że… technologii Braoxidzkiej – oraz żaroostrza zrobione z nieznanych mi materiałów. Wyglądali na świetnie wyszkolonych i pewnych siebie, pomimo wzrostu nie przekraczającego dziewięćdziesiąt centymetrów.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Owa trójka skoczyła między szeregi puszek i zaczęła skakać, odbijać się od przeciwników i przewracać ich za pomocą różnych chwytów. W niecałe piętnaście sekund mój oddział zamienił się w stertę pociętego złomu, a przeciwnik wcale na tym nie ucierpiał.

Znałem ich słaby punkt. Jak każdy droid z osłoną, były podatne na strzały z odległości mniejszej niż jeden centymetr od pancerza – lufa wchodziła już wtedy w strefę za polem ochronnym. Tak więc skoczyłem w kierunku jednego z nich, i przyłożyłem lufę do korpusu. Wypaliłem.

Zaatakowany robot odleciał na trzy metry w tył ze zniszczoną lewą ręką i barkiem. Dwaj pozostali skoczyli na mnie, jednym uderzeniem w nadgarstek rozbroili mnie, a następny podskoczył, odbił się od ściany nabierając rozpędu i kopnął mnie z półobrotu w skroń swoją metalową nogą.

Świat przed moimi oczyma zawirował. Upadłem. Przeciwnik pospiesznie mnie zakneblował i skrępował czymś podobnym do tej żelatyny, którą dziś na mnie wypróbowała Kasia. Następnie wywlekli mnie gdzieś w inne miejsce i wrzucili do ciasnego i ciemnego pomieszczenia zamykając za mną drzwi.

Wszystko tak szybko się wydarzyło, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to Kasia dla zabawy dosypała mi coś do herbaty, którą przed wyjściem z pokoju wypiłem. Ale to były tylko nędzne przypuszczenia. Prawda była szara i paskudna; zostałem w haniebny sposób pokonany.

Nie wiem, dlaczego te maszyny oszczędziły tylko mnie. Przecież mogłem spokojnie zostać zabity jednym celnym uderzeniem w szyję przez jednego z tych droidów technicznych. Nie rozumiałem ich toku myślenia. Do dziś nie wiem, jakim prawem jeszcze żyję.

Nie czekałem długo na pomoc; kilka chwil po poniżającym wydarzeniu usłyszałem dziesiątki kroków biegających istot i droidów nieopodal mojego więzienia. Spróbować wrzeszczeć nawet nie było warto; knebel zakrywał idealnie całe usta i jedyne, jaki bym głos z siebie wydał, to przeciągłe i niezbyt głośne wycie.

Po krótkiej chwili leżenia w ciemności, szefowa otwarła klitkę w której leżałem. W pierwszej chwili wymierzyła we mnie swoim pistoletem plazmowym, ale szybko go opuściła, rozpoznając mnie.

- Dawid! Żyjesz! – zawołała przyskakując do mnie. Zerwała ze mnie knebel.

- Jeszcze nikt mnie tak nie poniżył… - burknąłem patrząc się jej prosto w twarz.

- To zbieraj się, musimy gonić te trzy droidy; przedarły się przez nasza obronę i dostały się na ulicę. – rzekła odklejając ze mnie wszystkie krępujące plomby – dołączyły do grupy innych robotów na ulicy.

- Bunt czy co?! – wykrzyknąłem słysząc, co do mnie mówi.

- Jeszcze tego nie wiemy; nie otworzyli do nas ognia. – odpowiedziała.

- Daj mi kila minut. – odparłem podnosząc się z ziemi. Rzuciłem się biegiem z ciemnej klitki wprost na korytarz, gdzie doszło do potyczki. Sterczały tam dwie puszki, które wezwałem ze sobą: jedynka i trójka. Pierwsza myśl: znaleźć pulsator.

- Gdzie moja giwera? – rzuciłem na przychodne droidom. One, gdy usłyszały moje pytanie, wzruszyły tylko ramionami. Jak zwykle o nic nie zadbały… - pomyślałem. Bez ich pomocy niecałą chwilę później dojrzałem swoją broń porzuconą na ziemi. Podjąłem ją z podłogi. Spojrzałem na nią dwa razy. Była obita, ze zdartym lakierem, oraz nieco nadpalona przez pocisk plazmowy.

- Jeszcze wam pokażę… - rzekłem do siebie, będąc poirytowany z powodu uszkodzenia mojej ulubionej pukawki.

* * *

- Kasiu, potrzebuję pancerz.

Dziewczyna, zdziwiona moim nagłym przybyciem, podniosła jedną z swoich cienkich, brązowych brwi. Powiesiłem uszkodzony pulsator na ścianie.

- Nie mam czasu na tłumaczenie. – odparłem, otwierając drugie dno w szafie. Wytargałem z wielkim trudem stamtąd dość zakurzoną, zwalistą i ciężką skrzynię z podpisem: „Nielegalne spluwy z importu”

Kaśka otwarła ukryte drzwi na ścianie, za którymi stał pełny pancerz szturmowca na inteligentnym stojaku. Tymczasem ja otwarłem skrzynię, i wyjąłem dwa obrzyny, kalibru 60 mm, które bardziej przypominały dwa działka przeciwpancerne niżeli broń dla piechoty. Wyjąłem jeszcze do nich dziesięć magazynków.

- Wiedziałem, że Garryjskie Rozpruwacze przydadzą mi się kiedyś…

- Przygotowałam pancerz. – rzekła dziewczyna, włączając system zakładania zbroi.

Nie marnując czasu, doskoczyłem do stojaka. Wręczyłem wyjętą broń dziewczynie. Ona odłożyła ją na łóżko, nie potrafiąc jej długo utrzymać pomimo swojej krzepy. Maszyna, niemalże natychmiast zaczęła na mnie zakładać kolejno części pancerza, aż zostałem niemalże cały zabudowany żelastwem. Po kilku sekundach włączyło się wspomaganie hydrauliczne, co umożliwiło mi na powrót swobodne poruszanie się, tyle że z dodatkową setką kilo masy. Zeskoczyłem na ziemię, po czym zdjąłem na chwilę hełm.

- Błagam, uważaj na siebie…

- Nic mi nie będzie. – odparłem, przysuwając się do Kasi. Objąłem ją swoimi obkutymi w stal rękami. Ona wtuliła się w mój zimny pancerz. – Wrócę niebawem.

- Jeżeli już musisz walczyć, to pamiętaj, że ja czekam na ciebie. I nie wybaczyłabym sobie, gdybyś pewnego razu nie wrócił. – rzekła dziewczyna. Objęła moją szyję, stanęła na palcach i pocałowała mnie.

Zacisnąłem pięści. Stal pod palcami aż zaskrzypiała. Chwyciłem za odłożoną na łóżku broń. Dwie giwery, które przed założeniem pancerza były dla mnie niemalże nie do uniesienia, teraz były niczym dwa lekkie piórka. Przypiąłem dziesięć magazynków na swój czarny korpus, a na koniec włożyłem hełm. Czerwono-czarny pancerz był dla mnie wolnością; dawał mi niezwykłe możliwości na polu bitwy. Chociaż nie używałem go często – z powodów czysto praktycznych – zawsze lubiłem w nim chodzić.

- Wrócę. Obiecuję. – rzekłem już zupełnie innym, basowym głosem, będącym tworem syntezatora mowy pancerza.

Kasia spojrzała się na mnie tęsknym spojrzeniem. Ja, nie czekając dłużej, wybiegłem z pokoju zostawiając dziewczynę ponownie samą.

* * *

- Już jestem.

Lutura, będąca w lekkim niebieskim pancerzu, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. Zauważywszy broń w moich dłoniach, wyszczerzyła ze zdumienia oczy. Puszek, które miały mi towarzyszyć, już nie było.

- Nie spodziewałam się po tobie używania obrzynów plazmowych…

- Tylko tą bronią można zabijać Braoxidów swobodnie. – odparłem – To, że ich posiadanie jest nielegalne, teraz mi to wisi.

- Nie poznaję cię, wiesz? – odpowiedziała szefowa – Chyba w końcu wydoroślałeś.

Uśmiechnąłem się do siebie. Dopiero teraz to przyznała, chociaż już miałem przeszło dwudziestkę na karku. Po chwili jednak odpowiedziałem tak, jak niemalże każdy najemnik w podobnej sytuacji:

- Wojna zmienia człowieka.

Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Poznałem ją jako drugą kosmitkę w swoim życiu. Byłem wtedy jeszcze zarozumiałym bachorem. W końcu było to pięć lat wstecz.

- Jaka jest sytuacja? – rzuciłem.

- Nie tylko u nas zauważono podejrzane roboty, które odznaczały się samowolką. Są one praktycznie wszędzie. Wychodzą z niemal wszystkich strategicznych punktów miasta. Zbierają się w sporą grupę, w centrum. Jak na razie czekamy na ich posunięcie…

- Mądrze z waszej strony. – wtrąciłem – Nie popełnijcie mojego wcześniejszego błędu.

- Nie zamierzamy. – warknęła Lutura wierząc w swoje działania.

- To dobrze. Chodźmy więc, nie marnujmy czasu. – odpowiedziałem załadowując oba obrzyny.

Przebiegliśmy przez kilka korytarzy, aż dostaliśmy się na najbliższe lądowisko. W tej samej chwili zawyły syreny i powietrze niecały kilometr stąd zostało poprzecinane różnorodnymi pociskami. Walka się rozpoczęła. Przede mną otwarły się automatycznie drzwi. Niemalże natychmiast gorące powietrze buchnęło mi w twarz. Przygotowałem się na to; mój system w pancerzu samodzielnie dostosował się do temperatury otoczenia. Na tarasie stał niewielki transportowiec desantowy, koloru niebieskiego. Posiadał dwa działa obrotowe po bokach, działko pilota, wierzę obrotowa na szczycie oraz sześć silników rakietowych, które umożliwiały lot całej machinie.

Lutura pospiesznie wskoczyła do pojazdu. Za nią ruszyło dwanaście granatowych puszek zajmując wszystkie dostępne miejsca, nie licząc miejsca drugiego pilota.

- Naprawdę sądzisz, że lot tą krową to dobry pomysł? – zapytałem z powagą, widząc jak szefowa odpala silniki.

Kosmitka spojrzała się na mnie.

- Podważasz mój autorytet?

Nie odpowiedziałem. Zamiast zużywać cenny czas na gadaniu o pierdołach, włączyłem parkingową wyciągarkę i zażądałem oddania z depozytu moją maszynę. Niebawem wysunęła się spod pokładu tarasu.

Był to ścigacz bojowy. Wyposażony w trzy silniki; jeden główny i dwa sterujące, stateczniki nieco podobne jak u myśliwca, dwa działka plazmowe dalekosiężne oraz skomplikowany układ sterowniczy. Był to mój as w rękawie; ulubiony pojazd latający, jaki używałem. Za jego sterami byłem najgroźniejszym przeciwnikiem. Jego kolor pasował pod design mojego pancerza – czerń połączona z dwoma bordowymi pasami po obu bokach. Ujmę tę maszynę jednym słowem: Bestia.

Dosiadłem ścigacza niemalże zaraz, gdy tylko ujrzał światło dzienne. Zamknąłem za sobą ciasną, półokrągłą kabinę. Włączyłem pompę paliwa, system przekładniowy, dozownik hydrauliczny, a na koniec zapalniki w dyszach rakietowych. Potwór powrócił do życia. Silniki zawyły.

- Jak sobie chcesz. – odparła Lutura widząc, jak przygotowuję swoja maszynę do lotu. Oderwała się powoli od lądowiska, po czym wyleciała w stronę dobiegających syren.

- No to jazda… - rzekłem do siebie, dodając gazu. Ścigacz poderwał się w górę z ogromną prędkością. Niemalże natychmiast ujrzałem pole bitwy.

Jedna z ulic pomiędzy dwoma olbrzymimi i szerokimi budynkami została odgrodzona przez dwa spore oddziały żołnierzy; z jednej strony atakował Benevin Barbados wraz z Wojskiem Narodowym. Z mojej strony atakowało AO wraz z kilkunastoma oddziałami Strażników. Ledwie utrzymywali szyki. Roboty, które nie wiadomo do końca skąd się wzięły, kruszyły nasze szeregi na tą chwilę z dużą łatwością.

- Lutura! – zawołałem do radia przekrzykując wycie silników – Co tam się dzieje?!

- Istny burdel z meliną! - odparła szefowa po chwili, przekrzykując dźwięk ognia z dział obrotowych – Zmodyfikowane roboty zrobiły piknik na ulicy szpitalnej! Zleciało się chyba z dwieście różnych na pozór ładnie wyglądających droidów obsługi, i robią nam imprezkę w środku miasta!

- Są ranni cywile? – zapytałem.

- Tylko dwóch przechodniów. W porę ewakuowaliśmy wszystkich; ruch odbywa się z dala od potyczki. Ową dwójkę już ewakuowaliśmy ponosząc przy tym nieznaczne straty.

- Coś już wiecie o przeciwniku?

- To z pewnością pachołki jakiejś organizacji wywiadowczej. – odpowiedziała Lutura – Od dłuższego czasu kryli się w naszym mieście zbierając dane. Są na to dowody. I nie jest ich mało.

- Trzeba zniszczyć wszystkie. – rzekłem, ładując działka – To z pewnością robota Braoxidów. Skąd niby w tego typu robotach tak zaawansowana technologia? Mniejsza o to. Doszło do ich dekonspiracji, więc teraz chcą się wydostać z tej planety za wszelką cenę.

Głos w mikrofonie zamilkł. Wśród zawieruchy zauważyłem gwałtownie zniżający się transportowiec Lutury w dół. Płonął jeden z silników. Szefowa miała kłopoty, czułem to. Nie zwlekałem dłużej. Dodałem gazu i skierowałem maszynę w kierunku pola bitwy.

Rozpędziłem się do dwustu dwudziestu kilometrów na godzinę, po czym wleciałem w chmurę pocisków naszych i przeciwnika. Na ziemi ujrzałem oddział szefowej włączający się do walki po awaryjnym lądowaniu. Jedną serią zestrzeliłem dwa uszkodzone droidy. Przeleciałem kilka metrów nad ziemią orientując się w sytuacji. Walczyła przeciw nam zgraja różnorakich, przerobionych maszyn obsługi. Wśród nich były droidy czyszczące, techniczne, robo-kelnerzy, inteligentne wózki, automaty z jedzeniem i listonosze. Każdy z nich miał inną broń, co czyniło ów oddział trudnym do rozbicia. Wzleciałem ponownie w górę. Przechyliłem drążek sterowniczy. Zrobiłem nawrót. Ponownie dodałem gazu. Namierzyłem kolejne dwa pojazdy, i wleciałem z powrotem w wir walki. Omijałem pociski wroga z łatwością. Zestrzeliłem kolejnego robota. Moje szczęście tu jednak się kończyło - jeden z automatów z jedzeniem, wyposażony w rakietnicę na pociski podobne do napojów w puszkach wystrzelił we mnie kilka pocisków przeciwlotniczych. Zauważyłem zagrożenie trochę za późno. Nie zareagowałem w porę.

Moja maszyna po chwili stanęła w płomieniach. Wszystkie wskaźniki zwariowały. Odruchowo pociągnąłem za czerwoną rączkę pod podłużnym siedzeniem. Zostałem wyrzucony w powietrze z ciasnej kabiny wraz z siedziskiem. Niemalże natychmiast fotel złożył się w materiałową kulę, która została napompowana pod ciśnieniem półtora Bara. Nie było to przyjemne, ale za to uratowało mi życie. Kula wraz ze mną w środku spadła na ziemię. Gdy uderzyła o grunt, odbiła się od chodnika przygniatając kilka mniejszych przeciwników. Wyleciałem ponownie w górę. Usłyszałem ogłuszający wybuch tam, gdzie przed chwilą zamierzałem polecieć ścigaczem. Wściekłem się. Uwielbiałem tego ścigacza.

Bańka w końcu opadła na ziemię. Aby zrobić dla mnie miejsce, eksplodowała rozrywając powłoki ochronne i wyrzucając je na wszystkie strony. Stanąłem twardo na ziemi z dwoma obrzynami gotowymi do wystrzału. Szybko zmierzyłem teren wokół siebie. Byłem w samym środku szeregów przeciwnika.

Wypaliłem pierwsze dwa pociski w stronę najbliższego droida. Olbrzymie kule plazmowe, które wyleciały z lufy, trafiły w ofiarę, przebiły jej osłony i rozerwały jej kadłub na strzępy. Odłamki wyleciały w powietrze i zasypały innych przeciwników. Reakcja była natychmiastowa. Wróg zaczął ze wszystkich stron zasypywać mnie różnorodną amunicją. Aby przetrwać, wskoczyłem na najbliższy automat z granatnikiem, po czym jednym wystrzałem w górną część kanciastego kadłuba rozsadziłem go od środka posyłając kolejną partię odłamków

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ingerencje Braoxidów — czytnik · opowiadania