Fantastyka · 32 min czytania
Ink4a
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Udało się! Sześć lat badań nie poszło na marne! Siedziałem i patrzyłem jak mysz, która właśnie skończyła swój trzeci miesiąc życia, umiera ze starości. Jej rówieśniczki, młode i pełne energii, biegały w tą i z powrotem, poszukując wyjścia z laboratoryjnej klatki. Eksperyment, oczywiście, trzeba będzie powtórzyć, ale czułem, że to tylko formalność. Tylko potwierdzenie wyników. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła druga w nocy, więc zebrałem notatki, zgasiłem światło i wyszedłem na korytarz. Tak jak przypuszczałem, oprócz mnie w budynku uniwersytetu pozostał wyłącznie stary portier. Oddałem mu klucz i wyszedłem na parking. Noc była gorąca, a przesycone wilgocią powietrze prawie stało w miejscu. Jadąc do domu wysłużonym chevroletem, zastanawiałem się, jaką ilość uzyskanego przeze mnie płynu musiałby wypić człowiek, aby jego proces starzenia znacznie przyspieszył. Jeśli u myszy, która żyje przeciętnie półtora roku, wystarczyło zaledwie pięć mililitrów... Cholera! Dobrze byłoby przeprowadzić to doświadczenie na szympansie, ale dyrekcja instytutu na pewno zacznie węszyć. Nie mogłem jeszcze opublikować wyników. Jeszcze nie teraz. Następnego dnia wstałem przed siódmą, ubrałem się i zszedłem do kuchni. Tom siedział już jakiś czas i popijając kawę przeglądał gazetę. Uwielbiałem tego staruszka o potarganych siwych włosach i odstających uszach. Od kiedy wraz z Kate zabrali mnie z sierocińca, czułem się naprawdę kochany. Teraz zostaliśmy sami. Ciężka i przewlekła choroba pokonała ją cztery lata temu.
- Chyba późno wróciłeś - powiedział Tom nie odrywając wzroku od lektury. - Musiałem zostać dłużej. Wiesz, terminy gonią, a dyrekcja ciągle narzeka na brak wyników. Boją się, że w przyszłym roku nie dostaną kasy na dalsze badania. - Musisz o siebie zadbać. Wiem, że ci zależy i bardzo się starasz, ale chodzisz niewyspany, mało jadasz, przestałeś się golić... Gdyby nie garnitur, mógłbym cię wziąć za menela... - Nie przesadzaj - odparłem nalewając kubek pachnącej kawy. - Nie jest aż tak źle. A jak tam noga? Boli jeszcze? - Trochę, gdy wchodzę po schodach. No i znajdź sobie wreszcie dziewczynę. Wiesz, że nie będę żył wiecznie, a ktoś będzie musiał o ciebie zadbać. A poza tym, nie wyobrażam sobie życia bez kobiety. Nie dałbym rady gdyby nie moja Kate... - Wiem tato, wiem.
Zjadłem jeszcze kilka tostów i wyszedłem z domu. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień, a delikatny poranny wietrzyk unosił dokoła zapach nocnej burzy. Latem Glenmore wyglądało naprawdę wspaniale. Kochałem to miasto z jego alejkami pełnymi klonów, skwerami, fontannami i zabytkowymi budynkami z czerwonej cegły. Ruszyłem w stronę miejsca, gdzie mieszkał Harper. Byłem pewien, że niedługo wyjdzie do pracy. Tak było każdego dnia - przynajmniej od czasu, gdy zacząłem go obserwować. Wielki, tłusty i pewny siebie bydlak! Nie szanował nikogo. Już w sierocińcu wychowawcy mieli z nim problem. Wiedzieli, że znęca się nad innymi dziećmi, ale od chwili, gdy wbił swojemu opiekunowi widelec w środek dłoni, czuli swego rodzaju respekt. Unikali rozmów na jego temat i bagatelizowali skargi. Nienawidziłem go! Skrzywdził mnie najbardziej jak tylko mógł. Okaleczył na całe życie. Nie. Nie pobił mnie do nieprzytomności ani nie pociął mi twarzy nożem sprężynowym. Z tym mógłbym się jeszcze jakoś pogodzić. Zrobił coś o wiele gorszego. Coś, co sprawia, że od wielu lat budzę się z krzykiem i zawsze widzę ten sam obraz. A wszystko zaczęło się w dniu moich trzynastych urodzin. Pan Smith - dyrektor domu dziecka - urządził małe przyjęcie. Był tort, balony i prezenty, ale najlepszym, co mnie wtedy spotkało, był Timmy. To był jego pierwszy dzień w nowym miejscu. Mały Tim Bruke - wystraszony dwunastolatek w wyciągniętym sweterku. Pamiętam, że od razu go polubiłem i już po kilku tygodniach byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi. Często pomagałem mu w nauce, a on traktował mnie jak starszego brata. Z czasem staliśmy się nierozłączni. Pamiętam, jak pewnego popołudnia Timmy przyszedł do pokoju, który dzieliłem z dwoma innymi chłopcami. Czułem, że stało się coś strasznego. Wiedziałem, że kilka tygodni wcześniej urzędnicy odnaleźli jego dziadków, a ci postanowili przygarnąć malca. Jak się okazało, w ostatniej chwili zrezygnowali. Nie chcieli go! Powiedział mi o tym, rozpłakał się i wybiegł. Od tamtej pory był milczący, rozkojarzony i jakby nieobecny. Niewielu wychowanków współczuło mu tak jak ja. Doszło nawet do tego, że największy łobuz w ośrodku, zaczął z niego drwić. Ośmieszał go gdzie tylko się dało. Stawałem w obronie słabego przyjaciela, aż do chwili, gdy w jednej z bójek Harper zmiażdżył mi nos i rozciął wargę. Był wysoki i nie mogłem dosięgnąć jego twarzy. Czułem się okropnie. A co najgorsze - po tym zdarzeniu nękał Tima jeszcze bardziej. Powiedziałem o wszystkim wychowawcy, który zapewnił mnie, że rozwiąże problem. Jak się później okazało, zignorował całą sprawę. Nie zrobił absolutnie nic, żeby powstrzymać upokarzanie chłopca. Przyszła zima i zbliżały się święta. Wieczory stawały się coraz dłuższe, a na naszym piętrze zmieniono opiekuna. Został nim były nauczyciel matematyki, pan Higgins. Bardzo szybko dał się poznać, jako zgorzkniały i ponury jegomość. Chodził ubrany niechlujnie, rzadko mył swoje stalowoszare, gęste włosy i często zaglądał do kieliszka. Bywały momenty, gdy przekręcał klucz w drzwiach swojego gabinetu i stawał się nieobecny. Nie interesowało go, co działo się na zewnątrz, czym zajmowały się dzieci i czy czegoś potrzebowały. Niektórzy podopieczni błyskawicznie zdali sobie sprawę z tego, że w takich chwilach mogą być całkowicie bezkarni. Pewnego razu, gdy wszyscy już spali, usłyszałem szepty dochodzące z korytarza. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Wstałem, uchyliłem drzwi i ujrzałem trójkę wyrostków idących w stronę niewielkiego pokoju należącego do Tima. Harper i jego dwaj kolesie znów szykowali jakąś przykrą niespodziankę. Poczułem, że muszę coś zrobić. Tylko co? Obserwowałem jak wchodzą do środka. Potem zapadła cisza. Czekałem. Czekałem, aż do chwili, gdy Timmy zaczął krzyczeć i wzywać pomocy. Najszybciej jak mogłem, pobiegłem po pana Higgins'a. Nie wiem, czy go nie było, czy może pijany do nieprzytomności leżał w swoim łóżku. Nie otworzył! Szarpałem klamkę, waliłem i kopałem w drzwi. I nic! Wołałem tak głośno, że obudziłem większość dzieciaków na piętrze. Niektóre z nich, wystraszone, wyglądały na korytarz, a inne wtuliły się mocniej w swoje poduszki. Musiałem radzić sobie sam. Błyskawicznie znalazłem się pod pokojem przyjaciela i wpadłem do środka. To, co zobaczyłem, przeraziło mnie tak bardzo, że stanąłem i nie mogłem ruszyć się z miejsca. Na biurku, pośrodku pomieszczenia, z twarzą przyciśniętą do blatu, leżał bezbronny chłopiec. Jeden z napastników wykręcał mu rękę. Drugi trzymał kark. A Harper, stojąc z tyłu, gwałcił małego Tima. Zauważył, że jestem tuż obok. Szybko podciągnął spodnie, i nim zdążyłem zareagować, powalił mnie na podłogę. Leżałem przyciśnięty jego potężnym kolanem i nie mogłem oddychać. Lewą ręką miażdżył mi szyję, a w prawej trzymał nóż. Myślałem, że to koniec. Pochylił się tak blisko, że czułem zapach jego potu. Uważnie patrzył mi w oczy.
- Nic nie widziałeś, gnoju! Rozumiesz? Zimne ostrze dotknęło mojego policzka. - Nic nie widziałeś! - Powtórzył. - A jak komuś powiesz, to na spaniu wypruję ci flaki! Jak nie ja, to moi kumple! Rozumiesz dziwko? Rozumiesz?
Skinąłem głową. Byłem gotów zrobić wszystko, byleby tylko dał mi spokój. Zastanawiał się jeszcze przez kilka sekund, tak jakby nie był pewien, czy wystarczająco mnie nastraszył. Potem wstał. Zerwałem się i pobiegłem do siebie. Wszyscy udawali, że śpią. Wskoczyłem pod kołdrę, skuliłem się i płakałem. Było mi zimno. Drżałem. W końcu zasnąłem. Kiedy obudził mnie dźwięk policyjnej syreny, zdałem sobie sprawę z tego że to, co wydarzyło się tej nocy, nie było koszmarnym snem. Na zewnątrz panowało wielkie poruszenie. Dorośli biegali w tą i z powrotem, ktoś strasznie przeklinał, ktoś inny kazał dzieciom pozostać w pokojach. Na dworze robiło się jasno. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem dwa radiowozy, a przy nich grupkę ludzi pochylającą się nad ciałem dziecka. Dziecka, które wypadło z okna. Podjechała karetka. Zbierał się tłum gapiów. Patolog przeprowadził sekcję tego samego dnia. Bez trudu odnalazł ślady gwałtu. Przesłuchania trwały kilka tygodni. Policja dowiedziała się o wszystkim - głównie ode mnie. Opowiadałem ze szczegółami. Nie zależało mi. Śledczy doszli do wniosku, że Harper i jego kompani w chwili śmierci Tima, przebywali już piętro niżej. Wszyscy trzej trafili do zakładu karnego dla nieletnich. Nigdy nie byli sądzeni za morderstwo. A pan Higgins? Hm... Za pozostawienie podopiecznych bez nadzoru, dostał dwa lata. Podobno wyszedł wcześniej. W sierocińcu przebywałem jeszcze przez osiem miesięcy, aż niespodziewanie uśmiechnęło się do mnie szczęście. Trafiłem do adopcji, a moi nowi rodzice okazali się cudownymi ludźmi. Tom, poświęcał mi każdą wolną chwilę. Uwielbiałem nasze wyprawy na ryby i letnie pikniki. A Kate? Kate pomagała mi pokonać wszelkie trudności. Starała się jak mogła, abym już nigdy nie poczuł się samotny. Tak bardzo ją kochałem. Kocham ją nadal... Mimo że moje życie zmieniło się diametralnie, nie zapomniałem. Przyrzekłem sobie, że kiedyś go znajdę. Znajdę i zabiję skurwiela! Tak bardzo skrzywdził mojego jedynego przyjaciela, że nie mogło mu to ujść na sucho. Szczerze mówiąc, nie do końca wierzyłem, że Tim popełnił samobójstwo. Wciąż w to wątpię. A nawet jeśli tak było,to Harper ponosi całą winę za to, co się stało. Pewnie wydaje mu się, że odsiedział kilka lat i będzie miał spokój. Nigdy! Jeśli tak myśli, to grubo się myli. Nie dam mu zapomnieć! Poszukiwania trwały dwa lata i kosztowały mnie sporo pieniędzy. Ale najważniejsze, że w końcu do niego dotarłem. Mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy, w odległości, której pokonanie pieszo zajmowało mi zaledwie dwadzieścia minut. Nie podejrzewał, że go śledzę. Byłem ostrożny i nigdy nie podchodziłem zbyt blisko, a mimo to zdołałem dokładnie poznać jego zwyczaje. Wiedziałem, że pracuje w warsztacie dwie przecznice dalej, w drodze powrotnej zawsze robi zakupy, a w sobotnie wieczory odwiedza bar przy Victoria Square. Nie miał rodziny. Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem go z kobietą. Może odstraszał je wyglądem. A może nadal interesowali go tylko chłopcy... Teraz, idąc ulicami Glenmore, mijałem kobiety i mężczyzn uprawiających poranny jogging, dzieci wyprowadzające swoich pupili na spacer, i emerytów siedzących na ławkach. W końcu dotarłem na miejsce, z którego miałem doskonały widok na mały, parterowy domek z zasłoniętymi żaluzjami. Czekałem kwadrans, nim dostrzegłem w drzwiach znajomą sylwetkę. Pojawił się punktualnie o wpół do ósmej, niosąc czarny worek pełen śmieci. Powolnym krokiem podszedł do plastikowego kubła stojącego pod oknem i pozbył się balastu ubijając go tak, aby zamknęła się pokrywa. Dwie minuty później zniknął za rogiem ulicy, a ja mogłem zająć się tym, po co przyszedłem. Słyszeliście może o powiedzeniu - „pokaż mi swoje śmieci, a powiem ci kim jesteś?". Ja słyszałem, i zgodnie z nim, od kilku tygodni systematycznie przeglądałem zawartość foliowych worków Harpera. Wyciągałem je i zabierałem do opuszczonej rudery, położonej kilkaset metrów dalej. Interesowało mnie wszystko, co mogło mi pomóc w realizacji planu. Każdy szczegół. I w końcu znalazłem - codziennie wyrzucał opakowanie po płatkach śniadaniowych i karton po mleku. Wróciłem na uniwersytet. Musiałem jeszcze dokładnie przemyśleć to, co udało mi się osiągnąć w ciągu ostatniego miesiąca. Materiał był bardzo obszerny, więc od razu zabrałem się do pracy. Analiza pochłonęła mnie tak mocno, że nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Gdy skończyłem, było już ciemno. Ale najważniejsze były wyniki. Byłem już tak bliski osiągnięcia pełnego sukcesu, że aż trudno mi było w to uwierzyć. Pamiętam dobrze, gdy kilka lat temu, w trakcie studiów na wydziale biologii molekularnej, intensywnie poszukiwałem sposobu, w jaki mógłbym pokonać mojego największego wroga. Nie mogłem po prostu zastrzelić go w ciemnej uliczce, czy udusić na spaniu. To zbyt proste i zbyt ryzykowne. Zawsze mógłby pojawić się świadek albo przypadkowo pozostawiony odcisk palca. Nie zamierzałem trafić do więzienia i skazać bidnego Toma na łaskę opieki społecznej. Musiałem postarać się bardziej. Pomysł przyszedł niespodziewanie. Oglądałem kiedyś Ze śmiercią jej do twarzy Roberta Zemeckisa, gdzie grająca podstarzałą aktorkę Meryl Streep, wypija eliksir młodości i w sekundzie odzyskuje jędrne ciało, pozbywając się przy tym wszystkich zmarszczek. A gdyby tak odwrócić ten proces? Stworzyć środek przyspieszający starzenie do tego stopnia, że może uczynić sklerotycznym dziadkiem nawet trzydziestolatka? Rozwiązanie to miałoby dwa zasadnicze plusy. Po pierwsze, nie można zarzucić komuś zabójstwa, jeśli ofiara umiera z przyczyn naturalnych, a na to pewnie nie trzeba by było długo czekać. No i po drugie - ofiara wcale nie musiałaby wiedzieć, dlaczego coś tak strasznego dzieje się z jej organizmem. Należało jedynie zadbać, aby nieświadomie wypiła to, co trzeba i żeby badania toksykologiczne niczego nie wykazały. Analizując wyniki wybitnych naukowców z całego świata, trafiłem na artykuł Normana Sharpless'a, opisujący działanie pewnego mało znanego genu. Okazało się, że aktywność ink4a (bo tak się nazywał), rośnie wraz z wiekiem, powodując spadek liczby komórek macierzystych. I tego właśnie szukałem! Teraz wiedziałem, na czym zogniskować swoją uwagę. Co prawda, autor wspominał o tym, że zablokowanie genu, a co za tym idzie procesu starzenia, jest możliwe, ale gen ten pełni jeszcze jedną, niezbędną funkcję - przeciwdziała powstawaniu guzów nowotworowych. Myszy, u których zastosowano taki eliksir młodości, w efekcie żyły o wiele krócej, toczone różnymi odmianami raka. Ale dla mnie nie miało to większego znaczenia. Musiałem znaleźć czynnik przyspieszający aktywność genu tak bardzo, jak to tylko możliwe. I znalazłem. Stworzyłem syntetyczny enzym wchłaniany przez układ pokarmowy. U gryzonia, na którym przeprowadziłem pierwsze testy, skrócił życie o jakieś siedemdziesiąt trzy procent. Całkiem niezły wynik! Już nie mogłem doczekać się, kiedy wreszcie sprawdzę jego działanie na człowieku. Plan był prosty. Wystarczyło dostać się do domu Harpera przez uchylone okno. Podmienić karton z mlekiem na identyczny, zawierający piętnastoprocentowy dodatek mojego cudownego wynalazku. I wymknąć się niepostrzeżenie. Od razu przystąpiłem do działania. Przygotowanie całej operacji zajęło mi zaledwie dwa dni i nareszcie mogłem się zemścić. Po tylu latach! W piątek rano, jak zwykle wyszedł do pracy. Musiałem jednak poczekać do piętnastej, aż kobieta mieszkająca w domku obok, pojedzie odebrać córkę ze szkoły. Gdyby zauważyła moją obecność, na pewno zaczęłaby coś podejrzewać i wszczęłaby alarm. Nie mogłem ryzykować. Na wszystko miałem tylko pół godziny, ale szczerze mówiąc, zamierzałem załatwić całą sprawę o wiele szybciej. Kiedy wreszcie sąsiadka odjechała białą Corollą, wyłączyłem dźwięki w komórce, wrzuciłem ją do bocznej kieszeni bojówek i ruszyłem przed siebie. Szedłem powoli, tak by nie zwracać uwagi przypadkowych przechodniów. Na ramieniu niosłem czarny plecak, ukrywający cenną miksturę, a na głowę włożyłem szarą bejsbolówkę z dużym daszkiem. Na szczęście, w tej części miasta, mieszkańcy odgradzali swoje posesje wyłącznie przyciętymi żywopłotami, dzięki czemu, już po chwili stałem pod bocznym oknem budynku. Dostanie się do środka zajęło mi kilka sekund, ale wskakując omal nie zerwałem wiszących swobodnie żaluzji. To one sprawiały, że w…