Akcja · 29 min czytania
Inna przyszłość- część III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
wstał rześki ranek. Razem z rankiem obudziła się moja dusza. Tuż obok mnie chrapał kolega. –coś takiego, ja spałam obok niego…?– zawstydziłam się. –jakiego niego– Marc otworzył jedno oko– chyba mam imię, prawda? Co to za rumieniec?– zbombardował mnie. –eee… pardon…– przeprosiłam po francusku. –enchante, Mademoiselle!– odwdzięczył mi się francuszczyzną. –a ty chociaż wiesz, co to znaczy?– zapytałam skwapliwie. –a ty nie wiesz? Taka z ciebie francuska, Cherie?– kpił sobie ze mnie. –ja wiem, co to znaczy, ale ty nie wiesz!– przegadywałam się z nim. –hm… może przestaniecie ględzić…– odezwał się Victor, który nie był przyzwyczajony do przekomarzania się nastolatków.– śniadanie jest już gotowe. Pora byście coś zjedli, bo jeszcze chwila i do siebie skoczycie. Posłusznie wstaliśmy, by łóżko mogło zmienić się w stół z produktami. Victor był na tyle miły, że doradził nam, co jest najbardziej pożywne. A okazało się, że to jedzenie wcale nie było takie najgorsze. Smakowo podobne do niektórych produktów z 60 lat wstecz. Bardzo pożywne. Victor zmienił widok kosmosu na olbrzymi telewizor. –posłuchamy wiadomości… w przeciwieństwie do wiadomości z komunistycznych lat, te są jak najbardziej prawdziwe– uprzedził nas Victor. –a ja nie mam ochoty oglądać telewizji.– stwierdziłam– Victor, czy jest jakaś możliwość, bym mogła wyjść na dwór? –hm… a po co?– spytał. –po prostu… chcę wyjść… – nie do końca wyjaśniłam powód mojego chcenia. Victor zmarszczył brwi, patrzył się na mnie uważnie. –Marta, nie jestem do końca przekonany… po wczorajszej… –przecież technika jest tak niesamowicie rozwinięta, że chyba mogę zmienić wygląd twarzy, co?– przerwałam mu. –hm? Oczywiście, ale… –no właśnie. I to mi wystarczy.– nie dałam dojść do słowa Victorowi– obiecuję ci, nic się nie stanie. Masz moje słowo! –słowo Marta, to za mało!– Victor mimiką twarzy ukazał mi swój gniew– nigdzie nie wyjdziesz. Nie chcę mieć kłopotów. Mogę przypłacić życiem, Marc też może tak skończyć. A. Jeszcze jedno. Chciałbym cię widzieć w moim laboratorium. Muszę cię przebadać… dobrze? Jeśli wam się nudzi, możecie włączyć stare filmy. Co powiecie na „Władcę Pierścieni”? –masz takie filmy?– zdziwiłam się, nie kryjąc uśmiechu– a jakieś „stare” piosenki masz? –ech!– westchnął Marc– ja sugeruję rap, hip hop, bądź rock!– zaproponował. –przykro mi, nie mam. Mam tylko i wyłącznie filmy. Oglądacie? Przytaknęliśmy obydwaj z Marciem. Znowu w środku sali pojawiło się wygodne łoże. Ułożyłam się wygodnie, Marc tuż obok mnie. Victor ustawił coś w aparaturze na ścianie, zaś na suficie pojawił się film. Oglądaliśmy wspaniałe bitwy ostatniej części trylogii „Władcy Pierścieni” przez dwie i pół godziny, kiedy w holu pojawił się zziajany Victor: –Marta! Kryj się! Policja Narodowa…– nie musiał kończyć. Wiedziałam, co to oznacza. Boże, co ja narobiłam! Dowiedzieli się, gdzie ja mieszkam! Jasny gwint, można było to przewidzieć!! Postanowiłam ukryć się w laboratorium. Właściwie doktorek tam mnie wysłał, razem z Marciem. –boję się!– wyszeptałam w ucho Marca. Bujne, czarne włosy zatrzęsły się powietrzu, ciche słowa ukoiły przerażenie w mojej duszy: –nie panikuj. Będzie dobrze, będzie dobrze w sali, tuż obok laboratorium zadudniły kroki. Zalęknięta, przypomniałam sobie najgorsze chwile. Nawet pozwoliłam sobie wtopić twarz w czarne włosy Marca. –Marc, boję się. Już nie raz doświadczyłam okrutności tego świata. Jestem niepożądana osobą w tym świecie. Moje miejsce jest po drugiej stronie. –akurat. Jakoś przeżyjemy, poszukamy portalu i stąd uciekniemy. Zobaczysz!…– Marc ucichł, ponieważ kroki zbliżyły się bardzo szybko do drzwi. Marc odepchnął mnie od siebie, wziął do ręki krzesło, które wydawały się być z ciężkiego surowca zrobione… Marc uniósł w górę krzesło. Zasłoniłam się rękoma. Sekundy mijały tak szybko jak deszcz wnikający w glebę. Nadeszła chwila prawdy– drzwi znikły, pojawiła się postać… –VICTOR!– wrzasnął Marc. Marc rzucił krzesło w kąt, jakby to była leciutka zabawka. –przepraszam, to moja wina– zaczął niepewnie– fałszywy alarm. Pomyliłem funkcjonariusza Policji Narodowej z moim sąsiadem… –te okulary są stanowczo za cienkie– Marc sypnął złośliwością– ja już spotkałem się z funkcjonariuszem tej całej cholernej policji, i to mi wystarczy! Zapadła cisza– jak gruba ściana marmuru, blokowała rozmowę. Pokiwałam głową przecząco. „to nie ma sensu… może póki jakiś portal się nie otworzy… powinnam być w świecie kobiet. Nie dla mnie są twarde, męskie prawa. Jestem tylko… kobietą…”– myślałam. Chciałam tę myśl wypowiedzieć głośno, ale zabrakło mi odwagi. –idę do pokoju. Chyba za mało spałam– poinformowałam ich. –jak chcesz.– odparł doktor– jak się porządnie wyśpisz, przyjdź do mnie…– poprosił. Kiedy tylko znalazłam się w salonie, rzuciłam się na łóżko. Twarz wtuliłam w poduszkę. Palce wpiłam we włosy, jakby miało to coś mi pomóż. Myślałam, myślałam… Spojrzałam na sufit. Teraz królowały przepiękne widoki ogrodów. Oczy jednak tak mnie piekły, że nie mogłam się na nie patrzyć… Spałam może z godzinę. Prześladowały mnie koszmary. Kiedy się obudziłam, pobiegłam jak szalona w stronę toalety. Byłam oblana zimnym potem. Wpadłam do łazienki, i gorączkowo odkręciłam kurek z zimną wodą. Włożyłam głowę do wanny– jakbym chciała zmyć z siebie wszelkie wspomnienia, myśli, wszystko. Jednak nic to nie dało. Jedynie się przeziębiłam. –Marta?– Marc przyłapał mnie na obmywaniu z głowy wspomnień– co ty robisz? Chcesz się utopić? Z chęcią ci pomogę– zarechotał. Mnie jednak do śmiechu nie było. –po co tu przyszedłeś?– spytałam nieuprzejmie. –spałaś dwie i pół godziny. Miałaś jakieś złe sny?– Marc usiadł tuż obok mnie. –zgadza się…– wyszeptałam słabo. –dziewczyno, jak tak dalej pójdzie, wylądujesz w wariatkowie– pokrzepiająco klepnął mnie po plecach. Uśmiechnęłam się trupio, chcąc się odwdzięczyć za jego troskliwość. –jestem w świecie szowinistów. Optymizm byłby oznaką szaleństwa– stwierdziłam. –nie jest tak źle. Masz mnie, faceta po przejściach… który wie, jak wspaniała jest płeć żeńska.– pocieszał mnie. Przez moment chciałam się przytulić do jego silnego ramienia, jednak zrezygnowałam. Kiedy wrócimy do przeszłości, znów będzie oglądał się za innymi dziewczynami, a to będzie dla mnie bolesne… –dziękuję za troskę…– podziękowałam. Spojrzałam w głąb jego intensywnie niebieskich oczu. Kojarzyły mi się z kosmosem. A w kosmosie jest tyle tajemniczych rzeczy… i pięknych gwiazd… –twoje oczy kojarzą mi się z piwem, moim ukochanym napojem. A niech to piorun trzaśnie, tutaj są sami abstynenci!– prychnął. –tak, tak…– nagle zdałam sobie sprawę, że Marcowi do końca ufać nie mogę. On… on… a zresztą. Kiedyś obiecałam sobie, że nie zwiążę się z żadnym facetem. A więc? –rany koguta, straszna ze mnie jest… łamaga.– wydałam samoocenę. –skąd ta myśl?– spytał Marc. –to jest świat mężczyzn, prawda? A więc powinnam być silna, zdecydowana, a nie… –no, no, tego mi brakowało!– sprzeciwił się– chcę mieć przy sobie słaba kobietkę. Żadnej kulturystki. To że to jest świat facetów, nie oznacza, że ty taka masz być. Bądź sobą. Bardzo brakuje mi kobiet. – przyznał. –jeszcze wielu rzeczy zabraknie ci w tym świecie.– odparłam z śmiechem. –Jasne. już mi brakuje. Ale przecież nie będę mówić tego na głos, bo chyba bym cię wtedy zgorszył, hm? Zamurowało mnie, na moje policzki wpełzł taki porządny rumieniec. „Ja już wiem, czego mu brakuje… tej zależności od kobiet… tego mu brakuje! O nie, ja na pewno…” –co to, to nie…!– zaoponowałam, jakby miał zamiar co najmniej na mnie się rzucić. –hej, to już takie rzeczy chodzą ci po głowie?…– zarechotał, nie kryjąc zadowolenia z mojej świadomości jego zachcianek. –ja tylko się domyślam, co może ci chodzić po głowie…– odparowałam z lekką zgrozą w głosie. –od kiedy czytasz w myślach?– kontynuował– nie sądzę, by ten zwariowany świat się tak rozwinął… –nie sądź, a nie będziesz sądzony– błysnęłam mądrością i wyszłam z laboratorium, chcąc rozmowę zakończyć. *** dochodziła północ. Wyskoczyłam z łóżka, pobiegłam do łazienki. Zanurzyłam w zimnej wodzie głowę. Chciałam krzyczeć, wyć. Podświadomość zawodziła płaczem, że zginęli przeze mnie. Kręciłam głową, że to nieprawda. Wariowałam? Faktem było że przez lek, który dał mi doktorek, miałam chore sny. Najgorszy był sen, w którym przyszedł funkcjonariusz Narodowej Policji– ten blondyn, który mnie wcześniej ciął nożem– i zabił Marca i Victora. To było okropne. Ten koszmar był tak realny, że trzęsłam się ze strachu. Po moich policzkach spływały łzy. Rozbeczałam się, jednak szybko się uspokoiłam. Wyczułam czyjąś obecność… –ktoś tam jest?– spytałam głośno, panując nad tonem głosu. –ja.– odpowiedział głos, który zatonął w łazience. Na mojej twarzy pojawił się smutny uśmiech. –co jest?– spytał całkiem poważnie Marc. Negatywne emocje tak rozrywały moją dusze, że nie mogłam się powstrzymać– rzuciłam mu się na szyję, cicho powiedziałam: –wstyd mi, ale cóż poradzić… żyjesz… –niech mnie piorun trzaśnie, jasne, że żyję! –miałam okropny koszmar. Widziałam cię martwego…– w tym miejscu głos mi się załamał.– boję się. Podziwiam odwagę Victora, że wziął mnie pod swój dach. W każdej chwili mogą wpaść ci wstrętni… –nie gadaj bzdur.– Marc jak zwykle olewał moje zmartwienia, za to ochoczo mnie tulił do siebie– jeśli mieliby nas złapać, zrobili by to wczoraj, dwa dni temu… niepotrzebnie zawracasz sobie głowę… co ci dał Victor? Narkotyk? Zanim usnęłaś, byłaś taka… niewrażliwa na czynniki zewnętrzne. Nie czułabyś bólu, nawet gdyby kroili cię nożem… –już raz byłam krojona, to mi wystarczy…– chciałam go odepchnąć od siebie, bo poczułam, że pozwoliłam sobie na zbyt wiele. –dziękuję za pocieszenie… –uciekasz? Wolisz chyba jednak nienawiść niż miłość?– stwierdził. –za bardzo brakuje ci kobiet, Casanovo. A ja– nie chcę z twojego powodu cierpieć.– spojrzałam w głąb jego oczu. Żeby wiedział… czy tylko mi się zdawało… czy go zraniłam? Odniosłam takie wrażenie. Bynajmniej po tych słowach siedzieliśmy naprzeciwko siebie, po turecku, i tylko. Chciał coś powiedzieć, widziałam to po nim. Oczy mu błyszczały, jakby był w gorączce. Zastanawiał się nad czymś. –chyba cię nie zraniłam? Naprawdę… nie warto…– zaczęłam, lecz szybko mi przerwał: –masz rację. Nie warto. Ale wiedz, że lepiej jest cierpieć od zadanych ran na ciele, niż z powodu samotności. Wspomnisz moje słowa.– odwrócił się do mnie tyłem i wyszedł. Zraniłam go? Naprawdę? –poczekaj!…– wyciągnęłam dłoń. Jednak nie ruszyłam się z miejsca. Do licha. On był zawsze przyzwyczajony, że dziewczyny padają mu do stóp. I nagle staję się jedyną kobietą w męskim świecie… nie wiem, czy naprawdę warto kochać. Najgorsze jest właśnie cierpienie. A ja powinnam go przeprosić! W życiu bym nie powiedziała, że mogę poczuć się jak w głupich telewizyjnych telenowelach…
Minął miesiąc. Coraz częściej myślami wracałam do przeszłości, tęskniłam za dniami wypełnionymi obowiązkami szkolnymi, polemizowania z przyjaciółmi. Nie czułam się w tym miejscu bezpieczna, byłam intruzem. Pragnęłam powietrza. Pragnęłam kwiatów. Pragnęłam normalnego życia… Któregoś dnia przyszłam z laboratorium doktorka, aby położyć się na łóżku. Byłam, jak to określił dobrze Marc, nieczuła na zewnętrzne czynniki. Może po prostu naćpana? –znowu to samo…– burknął jakiś głos z oddali, jakby z zimnego tunelu, albo studni. Właścicielem tego głosu był sam Marc. Podszedł do mnie, i pogładził mnie po twarzy. –jesteś potwornie głupiutka.– stwierdził– w tym świecie dla mnie nigdy nie będziesz intruzem… zaczęłam zdawać sobie sprawy, mimo mojego osłabienia, co mu chodzi o głowie. Wstałam, nie do końca pewna, czy chodzę na własnych nogach. –chcesz uciec?– jego głos przestał być taki ciepły i miły. Stał się zimny, krnąbrny, pełen żądzy. Może nie należy mu się dziwić. Zawsze otoczony był dziewczynami. Zawsze spełniały jego zachcianki. Ale nie ja! –nie próbuj. Zachowujesz się jak ten wredny… funkcjonariusz…– byłam bliska omdlenia, próbowałam uciec do laboratorium. –przecież nie chcę cię zabić. Nie zabija się osoby, od której jest się zależnym… – odparł. Co raz mniej do mnie dochodziło. –zostaw mnie. Jeśli ci na mnie zależy… proszę… –ależ, głuptasie, nie będzie to bolało… –zapewniał mnie. Coś do mnie mówił, ale nie mogłam zrozumieć. Chciałam uciekać, ale stałam. Marc do mnie podszedł, i wbił mi coś w szyję. Syknęłam, a zaraz zaczęłam dochodzić do siebie. Otworzyłam oczy i zaskoczona stwierdziłam, że mój dawny stan minął. –ale… –to było konieczne. Od paru dni zachowywałaś się jak żywy trup. Nic do ciebie nie docierało… i co z tego, że doktor nie pozwolił. Masz być… normalna. Nie dość, że jesteś jedyną kobietą…– przerwał, bo przytuliłam się mocno do niego i ucałowałam w czoło. –jesteś dla mnie największym przyjacielem…– szepnęłam mu w ucho. Nie był speszony. Ani trochę. Tylko jego akcja serca przyśpieszyła. Wyczuwałam to. –jasne, że jedynym…– odpowiedział grzecznie. Przez chwilę tak siedzieliśmy wtuleni do siebie. To było dziwne. Może dlatego, że wcale a wcale się nie wstydziłam? Do licha, może tego potrzebowałam?? –co ten doktorek robi ci w tym całym laboratorium?– spytał mnie– możesz mi powiedzieć? –praktycznie nic. Tylko do rąk przyczepia jakieś plastry, a potem do szyi wbija rurkę. Chyba ta ciecz wydobywająca się z tej rurki jest narkotykiem…– przyznałam. –ale nie wiesz, po co ci to robi? Cele naukowe? Wykorzystuje cię jako królika doświadczalnego?– troszczył się o mnie –ciekawe. Nigdy nie byłbyś taki dla mnie 60 lat wstecz, prawda?– zadałam pytanie retoryczne. Nie odpowiedział mi. Wolał milczeć. Nagle rozległ się potężny huk. Skoczyliśmy jak oparzeni. Lewa ściana rozsypała się w mak. Z pyłu kurzu zaczęły wyłaniać się sylwetki… –noo, moi drodzy! Zaczęliście się czuć zbyt dobrze, co???– zagadał bezczelnie młody funkcjonariusz Narodowej Policji. Do rozwalonego pokoju wparował zdyszany Victor. W jego osobę, podobnie jak ze mną i Marciem, wycelowały lufy. –wybaczcie, że tak to długo trwało. Niestety, nasze urządzenia padły ofiarą jakiegoś wirusa. I dlatego nie można było was zlokalizować… nasza kobietka!– zauważył mnie funkcjonariusz– jaka jesteś śliczna, słodka! Idealna do poszukiwania środka na wieczną młodość… –zostaw ją!