Akcja · 28 min czytania
Inna przyszłość- część IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc minęła. Nie mogłam usnąć. Bałam się okropnie. Przypomniałam sobie słowa Marca, o samotności. Miał rację! Pozostał mi tylko ból…i pustka… –idziemy, mała– Axel szybko zbudził mnie z natłoku myśli. Wstałam, nie spojrzałam nawet na niego. Miałam ochotę przywalić mu w pysk… –gdzie idziemy?– spytałam. –coś zjeść– odparł sucho. W milczeniu opuściliśmy moją sypialnię. Nagle Axel zatrzymał się, jeszcze chwila i zderzyłabym się nosem z jego szyją. –o co chodzi? Axel nie odpowiedział. Zaklaskał w ręce. Przyszedł staruszek, z czarną chustą w ręku. –zawiąż jej oczy, by nie widziała– szepnął na tyle głośno, bym słyszała. O sprzeciwie mowy nie było. Przez dobre dwie minuty szłam, otoczona ciemnością. Kiedy Axel znów się zatrzymał, tym razem rozpłaszczyłam nosek na jego szyi. Ciemność znikła. Ujrzałam przed sobą piękny ogród. Wyjątkowo piękny. W tym świecie istnieje pojęcie piękna, prócz urody facetów?… –to twój nowy… dom– powiedział nagle do mnie –ale dlaczego?– zapytałam go, będąc w duchu wdzięczna za ten dar losu. –bo rarytas jest godny piękna, nie uważasz?– odparł dziwnie. Bo w nie jego stylu. co on knuje? –aha. Jeszcze jedno. póki co nie staniesz się tabletką na nieśmiertelność… –ale… hm… dziękuję.– podziękowałam. Axel odszedł. Ja natomiast weszłam do „nowego domu”. Piękny. Naprzeciw mnie okno pokazywało wielkie gwiazdy. Pod oknem było łóżko. Kwiaty, tak egzotyczne, że trudno było je opisać, były przylepione do ściany, a może od niej wyrastały? Efekt był super. Usiadłam na łóżku, zastanawiając się, co się dzieje z doktorkiem i Marciem. Miałam cichą nadzieję, że żyją… Minął wieczór. Po dobrej kąpieli poszłam do łóżka, znów rozważając opcje nad ucieczką. W końcu, nawet gdy ucieknę, Axel mnie dorwie… oho. A propos. Idzie. Jego kroki mogę rozpoznać na kilometr. Wszedł do mojego pokoju. Udawać, że śpię? –Śpisz?– spytał żołnierskim tonem. –nie– odparłam, nie omijając westchnięcia– o co chodzi? –właściwie o nic. –no więc po co przyszedłeś? –… milczał. Wolał się na mnie patrzyć. Nie do końca wiedziałam, o co mu biega. Właściwie często przyłapywał go, kiedy się na mnie patrzył. Czegoś chciał, ale nie umiał tego wydukać. –pierwsza sprawa… chcesz zostać tabletką? –nie chcę– odparłam. –a więc zostań moją niewolnicą… –już nią jestem– moja mimika ukazywała poirytowanie: oczy powędrowały na sufit, i znów westchnęłam. –jesteś zakładniczką. A to co innego. Mogę cię bić, a raczej niewolniczkę-rarytas się nie bije. A gdybyś tak została tą niewolnicą… mogłabyś robić wiele rzeczy! Na przykład wychodzić na dwór. –heh... a reszta twoich niewolników? –im też pozwalam, ale ty miałabyś więcej praw. –ale dlaczego??!– zniecierpliwiłam się. –bo jesteś INNA– odparł z podniesionym głosem. –weź mnie nie denerwuj, daj mi spać.– wkurzyłam się. –OK. akceptujesz bycie tabletką. –do jasnej cholery… dobra, jestem tą niewolniczką! Coś jeszcze!?– podniosłam głos, nieco się zmarszczyłam. –tak!– odparł tonem zdenerwowanego kapitana, kiedy żołnierz mu się buntuje.– masz mi opowiedzieć kilka spraw… –jakich spraw?…– już nie miałam siły. To było wkurzające. –Na to pozwolę sobie później. Teraz pora, by zerwać z ciebie tą obrożę.– zmienił szybko zdanie, jak błyskawica przecinająca niebo. Ogłupiałam. Co on chce zrobić? –chodź no tu– zawołał mnie do siebie– no chodź! Podeszłam. Czyżby były to ostatnie rozkazy? Axel chwycił mnie za obrożę, i ją zdjął. Nawet nie poczułam, że ją zdejmuje. Jednak późniejszy jego ruch poczułam, i to bardzo dobrze. Wbił mi coś w szyję. Może mnie ugryzł? Nie, nie… to było straszne uczucie, ale krótkotrwałe. Potem czułam się silniejsza i pewniejsza siebie. –lepiej? –lepiej– odparłam, ale nie tym samym głosem, co pięć minut wcześniej. Mój nowy głos brzmiał jak u policjantki. To tak, jakby wszczepił we mnie nową osobowość, charakter. –to, co ci wbiłem jest bardzo kosztowne. Nie jeden mięczak z podziemi chciałby mieć coś takiego…– pogładził mnie po szyi. W moim środku zadudniło coś, co trudno mi określić. Byłam gotowa na wszelkie rozkazy. Podporządkowana, spokojna, pełna pewności siebie i… i… –co jest? Nadal boli? Masz gęsią skórkę. Chciałam powiedzieć: „wyjdź już z tego pokoju” ale nowa osobowość była tak nieugięta, że ten impuls znikł, jak zabita dzika kaczka w wodzie. Przez chwile staliśmy tak idiotycznie. Nie dziwię się wcale, że zdjął mi tą obrożę. To, co mi wbił perfekcyjnie ją zastępowało, no i było 100 razy lepsze. Axel zachichotał. Paskudnie zachichotał. Poklepał mnie po ramieniu(choć miałam wrażenie, że chciał klepnąć gdzie indziej) i rzekł: –dobra. Jutro wyjdziemy na dwór. I znikł. Wczesnym rankiem obudziła się moja nowa osobowość. Domagała się świeżego powietrza. Całkowita wariacja. Niby to mój umysł panuje nad moją osobowością, a tu nagle coś we mnie wtargnęło. Nie liczyło się z moimi dawnymi uczuciami. O nich wiem, ale już chyba do nich nie wrócę… –gotowa?– usłyszałam Axela. Zareagowałam niemal natychmiastowo. Podeszłam do niego, chwyciliśmy linkę, która „wyszła” z sufitu. I już byliśmy na dworze! –hm, i tak wygląda to nasze twarde, męskie życie. Jest wspaniałe, czyż nie? Normalnie odpowiedziałabym, że jest to życie nędzne i pozbawione dawnych uroków. Ale nowa osobowość- ha!- przyznała rację!… Chwilę tak chodziłam, oddalałam się nieco od Axela. Spoglądałam na sklepy. Miały normalne drzwi. Tylko nie wiem, z jakiej racji. –Axel… a tu nie ma złodziei, albo takich gości?– spytałam go, kiedy dumnie spacerował z bronią zawieszoną na plecach. –och, spokojnie. Wszyscy wiedzą, co to znaczy respekt co do mojej osoby!– uspokoił mnie. Jednak mnie wcale to nie uspokoiło. Dziwnie się czułam. Jakby coś nagle miało się stać. Wielkie wejście, bum. Serce waliło mi tak jak nigdy dotąd. Nieziemskie uczucie. I nagle nastąpił wybuch! Jeden ze sklepów… eksplodował? Axel ruszył w kierunku źródła hałasu. Wybuchły zamieszki. Krzyki, jakaś bitwa. Faceci na latających skuterach. Koło 40. Może nawet starsi… Spośród kurzu falującego w powietrzu wyjawiła się męska sylwetka. Miał na sobie czarną maskę. Och… –Axel!– wrzasnęłam. Miałam niezbyt przyjemną wizję. Jeszcze do tego nowa osobowość zaczęła wariować… Axel ranny! Ale… Nie mogłam nawet do niego podejść, bowiem młodzieniec porwał mnie! Powinnam dostać w łeb, bym się nie szamotała. Młodzieniec rzucił mnie na tył skutera i skutecznie mnie unieruchomił. Leciałam wraz z nim w nieznane rejony. Stykaliśmy się z chmurami. Kimże on jest, do licha?!… –hej!– chciałam zwrócić na siebie uwagę. –hejj!– powtórzyłam okrzyk. I nic. Nadal milczał. Mur beton… w końcu zatrzymał się. Przyjrzałam mu się lepiej. cała jego twarz była zasłonięta chustą. Czarną chustą. Jednak były widoczne jego oczy. Niebieskie, znane… kiedy wreszcie mnie wyjął z tego tyłu skutera, pierwsze co zrobiłam– zerwałam z jego twarzy tę cholerną chustę! –Marc!– wrzasnęłam– ty… żyjesz? Jednak! Patrzył się na mnie poważnie. –odwróć się. niestety, nowa osobowość nie zgodziła się na te słowa. Tył szyi zaczął mnie boleć. –mowy nie ma– zamiast mnie odpowiedziała cząstka tej drogocennej rzeczy, która była przylepiona w moją szyję. Posłużyła się moimi ustami i moją mimiką, by wyrazić niezadowolenie. –nic mnie to nie obchodzi!– wykręcił mi rękę, wyłożył na masce skutera. Brutalnie zerwał ze mnie… –…zaczątek androidu. Jeden dzień i stałabyś się androidem… cyborgiem… –iii… to boli…!– skarżyłam się na potworny ból mojej szyi. –idziemy!– Marc przywołał mnie kiwnięciem palca wskazującego.– zaraz przestanie boleć, jednak najpierw musimy zejść w dół. Z wielkim bólem weszłam do starej windy. Bałam się, że jeszcze chwila i się rozleci, albo gorzej!… –hej, ta winda…– chciałam się podzielić moimi obawami, jednak kiedy ruszyła, po prostu zaniemówiłam. Nawet gdyby spadała w dół, tak szybko by nie pruła. Poczułam się jak w samochodzie wyścigowym. Ba! Ta winda skręcała! Kiedy skręciła z zawrotną prędkością w prawo, wylądowałam na Marcu. Nie zdołał utrzymać równowagi… –ojej… przepraszam…– wydukałam speszona. Pachniał taką ładną wodą kolońską, nie wspominając o jego gołej klatce… –nie masz za co, początki są trudne… musisz się przyzwyczaić– pomógł mi wstać, zaś winda się zatrzymała. Ciemność nie królowała w tej norze tylko dlatego, że z boków ściany ulatniało się czerwone światło. Ładnie to wyglądało. Moja szyja mocno krwawiła, nie mówiąc o bólu. Chyba zdarł wraz z cackiem moją skórę… –zdarłeś z mojej szyi skórę?– spytałam nieco zdławionym głosem. Delikatnie przejrzał moją szyję, i stwierdził, że się to zagoi. –mała sugestia… nigdy tam nie chodź– rzekł do mnie, i pokazał niezbyt grzecznie palcem prawy korytarz. Chciałam się zapytać, dlaczego, jednak Marc wepchał mnie do lewego przedsionka. –doktorek!– zawołałam Victora.– znaczy się… eee… Victorze! Jak miło cię widzieć!– poprawiłam się, widząc dziwne miny obcych mi ludzi. –kobieta!– jednego olśniło, patrzył się na mnie jak mężczyzna z okresu kamienia łupanego na Nowy York. –tak, to jest kobieta.– Marc był dumny, poklepał mnie po plecach– macie opatrunki?– zwrócił się do nich, i puścił wiązankę o jakiejś osobie. Nie do powtórzenia. Wybałuszyłam oczy, ale zaraz potem się domyśliłam, że te przekleństwa dotyczyły Axela. Mocne przekleństwa. Chwilę potem Marc zajął się opatrywaniem mojej szyi. Co chwila pojękiwałam, bo strasznie mnie ta rana piekła. Jakby ktoś przyłożył mi rozżarzony węgiel do rany. –zaraz przestanie cię boleć. To smarowidło szybko leczy rany, dezynfekuje je, no i szybciej się goją. –dawniej piłam to paskudztwo…– przyznałam. –ale doktorek tego paskudztwa nie może już produkować, bo nie ma odpowiednich składników. Wszystkie mu się skończyły. To smarowidło jest podobne do tamtego paskudztwa, tylko jeszcze gorzej śmierdzi. Fu… –he, mogłeś zatkać sobie nos spinaczem albo czymś takim…– pozwoliłam sobie na żart. –a żebyś wiedziała– odparł ze śmiechem.– no dobra, zjesz coś i pójdziesz spać… do pokoju wszedł jakiś facet, odziany w strój kucharza. –dla ciebie, Marc. Ta zupa należy się tylko bohaterom!– odrzekł, zadowolony. Zdziwiłam się. Marc bohaterem? W gruncie rzeczy… czemu nie? –nie tym razem, Spox. Masz, Marta, zjedz.– podał mi miskę z łyżką. –a niech mnie kule biją! Kobieta!!– zareagował na mnie podobnie jak wcześniejszy facet, z tą różnicą, że Spox robił wielkie, zabawne oczy. Prawie jak u wariata. –och… zupełnie jak porcelanowa laleczka u mnie!!– dodał po chwili zastanowienia. „laleczka?!– nie odezwałam się, ale teraz ja zrobiłam wielkie oczy. –do porcelanowej laleczki jeszcze mi brakuje– przyznałam. –hm, ale skąd ona tu się wzięła? Jak ma na imię? Ile ma lat…– Spox zasypał Marc gradem pytań. Marc spojrzał na mnie z zabawnym wyrazem twarzy. –jesteśmy zmęczeni. Pozwolisz, że jutro wszystko ci opowiem? –oczywiście, z jej udziałem. Kobieta…– Spox zgodził się, i kilka razy się oglądnął, zanim opuścił pokój. –niestety, musisz się przyzwyczaić do wielu niedogodności– zaczął Marc– brakuje wody, która jest niezbędna, pokoi z łóżkami, tylko jakimś cudem światło jest pod dostatkiem… będziesz spać w jednym pokoju razem ze mną. No chyba że ci nie odpowiada… –nie, nie… przyzwyczaję się… hm…– zerknęłam na zupę. Wyglądała naprawdę apetycznie(no i pachniała cudnie) ale pomyślałam, że Marc zasługuje na nią. –wiesz co? Nie jestem głodna. Zjedz…– przysunęłam od niego miskę z zupą. –nie jestem głodny.– odparł, ale wyczułam, że to jest czyste kłamstwo. Zrezygnował z zupy dla mnie… –nie, nie, zjedz!– rzekłam do niego. –ech, pójdę na kompromis i wyleję tę zupę!– zniecierpliwił się. –a ja proponuję co innego. Obydwaj jesteśmy głodni, możemy tą zupą się podzielić. Gdybyś tę zupę wylał, byłoby przykro Spoxowi… myślał przez chwilę, i przyznał mi rację. Jakoś podzieliliśmy się tą zupą. Jednak drugim problemem okazało się jedna łoże. Właściwie nie łóżko, tylko pościel i materac, plus poduszka. –hm… jak my będziemy spać?– zdziwiłam się. Marc znów poszedł mi na ustępstwo, co strasznie mnie peszyło: –chodź, i wyśpij się normalnie tutaj.– poklepał materac, co miało znaczyć, bym tu spała. –a ty? –będę spać na ziemi… –mowy nie ma!– nie zgodziłam się. –nie pozwolę ci spać na ziemi…– Marc był nieubłagany.– no bo przecież… razem będziemy spać?… mocno się zaczerwieniłam. To będzie trochę dziwne… –w gruncie rzeczy…– zaczęłam, ale nie miałam odwagi kończyć. Było mi wstyd. A Marc?… na jego twarzy dostrzegłam uśmiech. –no to chodź tu… usiadłam na materacu, ale nie wiedziałam, co dalej robić. Marc przygarnął mnie do siebie. –he, he… ale będzie się spało… pytanie, czy potrafię usnąć, będąc do kogoś przylepiona. On być może wkroczył w świat marzeń sennych, ale ja…? Okazało się, że i ja nie potrafię spać tak przylepiona. Było już późno, kiedy wyczułam, że nie śpi. Że być może, tak jak ja potrzebuje wygadania… –śpisz?– zaczął dosyć zabawnie, jak w niektórych filmach. –nie. Nie potrafię. Chyba jest mi zbyt dobrze…– stwierdziłam. – martwiłem się… co się z tobą dzieje…– przyznał się. –wzajemnie. Te trzy dni… były niekończącymi się dniami grozy…– rzekłam, zgodnie z moimi odczuciami. –trzy tygodnie, na powierzchni czas inaczej płynie. Tobie się wydawało, że przeleciały dwa, trzy dni a u nas były to dwa, trzy tygodnie. Jestem strasznie ciekaw, co chciał z tobą ten drań zrobić… –tabletki na nieśmiertelność. Ale zmienił zdanie, bym stała się niewolnicą. A wiesz, wcześniej mnie pytał, co to jest miłość. –aha. I… co odpowiedziałaś?– zaciekawił się nagle. –najpierw musiałabym to przeżyć, by móc poetycko o tym mówić. –a… chciałabyś to przeżyć?– drążył dalej ten temat. Do czego chciał dojść? –w tym świecie byłoby najciekawsze uczucie pod słońcem.– odparłam cicho. pogładził mnie po twarzy. Nie do końca wiedziałam, co robić. Uciekać nie wypada,…