Akcja · 15 min czytania
Inna przyszłość- część VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
minął dzień. Marc bez mojej pomocy wytłukł wszystkie androidy, które czaiły się w lesie. Zamach stanu miał nastąpić lada dzień. trwały przygotowania. Tymczasem dostałam nową broń- z owym procesorem. Kiedy ją przetestowałam, okazało się, że jest o niebo lepsza. Promienie mogły dopaść ofiarę nawet z 70 metrów. A oprócz tego- nie musiałam nic naciskać- broń została podłączona do mojego umysłu- rozkaz zamieniał się w impuls, który uruchamiał broń. I oto cała sztuka. Wada? Broń była podatna na moje emocje. Jeżeli się zgniewam, biada żywym cyborgom, androidom. Podobna sprawa ma się z Marciem i z innymi ludźmi… Kiedy siedziałam na łóżku, rozmyślając, mój komunikator oznajmił, ze boss nas wzywa. Wyruszyłam z pokoju, wmieszałam się między ludzi. Ogrom mężczyzn ruszyło do wspólnego celu: pokój spotkań. Jak nigdy ludzie nie mogli się pomieścić w jednym pomieszczeniu; połowa stała w korytarzu. Ale boss o nich też zadbał. –nadszedł upragniony dzień zamachu!– wrzasnął boss. Jego głos na chwilę został stłumiony przez okrzyki mężczyzn. –jutro o piątej nad ranem dopełni się przeznaczenie!– mówił spokojnie, ale słychać go było wszędzie. Najwyraźniej do strun głosowych miał podłączony megafon, albo coś w tym rodzaju. –wszyscy jesteście wyspecjalizowani w zabijaniu! Każdy przeszedł swój trening! A jutro przyjdzie czas, aby sprawdzić, jak bardzo jesteście silni! Jutro budynek sejmu i senatu będzie nasz!!! I znów wybuchł potężny okrzyk, niczym dynamit. Jeszcze gorzej było, niż kiedy ten tłusty minister przemawiał do wyborców. Bębenki ledwo mi nie popękały. –plan „krew i chwała” jutro zostanie spełniony! Winda jest gotowa na przewiezienie was wszystkich… i to właściwie jest nasze ostatnie spotkanie. Spożytkujcie dobrze ten czas!…– pożegnał nas tymi słowami boss. Tysiące mężczyzn krzyczało w niesamowite, oszałamiający sposób. Czy ten krzyk był energią, która drzemała w nich? Kto wie… Już miałam wrócić do pokoju, kiedy przywołał mnie Marc: –Marta… chodź do laboratorium, musimy pogadać… w drodze do laboratorium nie odzywaliśmy się do siebie. Kiedy doszliśmy tam, ku mojemu zdumieniu nie zastałam doktorka. –a… a gdzie Victor?– spytałam. –zaraz przyjdzie– odparł mi tak, jakby to było oczywistością. Usiadłam na lewitującym fotelu. Starałam się na niego nie patrzyć, bo wiedziałam że zaraz rumieniec spali moją twarz. Chyba też tego napięcia nie mógł wytrzymać. Przybliżył się do mnie, dłonie oparł o poręcze fotela. Nie miałam gdzie uciekać. –masz mi to za złe, że… pocałowałem cię w dosyć niedelikatny sposób?– spytał wprost. –raczej to, że odważyłeś się to zrobić… można ten temat zamknąć?– zmieszałam się. On też nie czuł się do końca komfortowo. –pytanie brzmi: dlaczego? Zobacz, ten świat został pozbawiony kobiet. To tak, jakby pozbyli się wszelkiej roślinności na tym świecie. I jaki efekt? Cyborgi żywiące się ludzkim mięsem, morderstwa… ta Policja Narodowa nie pilnuje porządku, tylko nas! I ludzi, którzy w desperacji szukają przejścia do kobiet! Po za tym… – tu na chwilę przerwał. Westchnął, pozwolił by jego czarne włosy łaskotały moją twarz. –po za tym, myślę że to nasza ostatnia rozmowa…– rzekł dosyć poważnie. Niemal natychmiast zareagowałam: –co ty bredzisz! Nie możesz… –mogę zginąć. Policja Narodowa dysponuje wszelaką bronią, nie oszukujmy się! Może zniszczymy mur… ale kosztem naszego życia. Po za tym nikt nie gwarantuje, że w ogóle uda nam się mur zniszczyć. I czy kobiety będą chciały wrócić… –zaraz, ale boss mówi… o zamachu stanu?!– zdumiałam się. –podzielił nas na dwie grupy: jedna ma dokonać zamachu, druga ma zniszczyć mur. Jestem w tej drugiej… –ale najpierw możecie dokonać zamachu, a potem zniszczyć mur!… –nie za bardzo… trzeba zaskoczyć Policje z obydwóch stron. Przypuszczają, że najpierw dokonamy zamachu… spojrzał na mnie nieco smutno. –… a ja? Co ja będę robić? –na pewno nie będziesz w żadnej grupie. Bo nie pozwolę ci na to!… –dlaczego?!– wybuchłam– mogę ci pomóc!! –nie!– jego głos zabrzmiał tak stanowczo, że aż mnie zabolało to– na pewno nie ty! –ale… ale… posmutniałam, ale nie do tego stopnia, by rozładować tę emocję w postaci łez. Nie chce? Nie pomogę, jeśli naprawdę chce zginąć… –to tyle… na dzisiaj…– odwrócił się do mnie tyłem. Na co liczył? Że rzucę się mu na szyję? Mowy nie ma!… wyszłam bez słowa z laboratorium. Pod drodze minęłam się z doktorkiem. –Marta? –hm, do zobaczenia– burknęłam. Zawędrowałam do lasu. Był zapełniony po brzegi ćwiczący ludźmi. Ale ja postanowiłam iść dalej, mimo prawdopodobieństwa, że się zgubię. Szłam tak daleko, aż ustały wrzaski facetów. Jedyne, co słyszałam, to szum rzeki, i liści. Po godzinie wędrówki, wyłożyłam się na trawie. Bardzo chciałam płakać, ale duma mi na to nie pozwalała. W końcu zasnęłam… Obudziłam się i od razu wyczułam, że ktoś jest za mną. Wstałam, chwyciłam w dłoń broń najnowszej generacji. Już miałam wydać rozkaz, kiedy… –hej! To ja! Taka jesteś na mnie zła, że od razu musisz chwytać broń? Spoko, jeżeli chcesz mnie zabić, poczekaj do jutra! Inna osoba mnie wykończy!– przywitał mnie niezbyt miłym tekstem. –myślałam, że jesteś androidem.– przyznałam. Marc nie miał koszuli. Popołudnie było wyjątkowo ciepłe. –hm, zgubiłeś koszulę?…– spytałam go. –na twój widok powinienem zgubić dolną partię ubrania– zażartował. Tym razem wybuchłam śmiechem. Schowałam głowę w trawę, nie mogłam pohamować śmiechu. –mam rozumieć, że nerwy ci przeszły?– powrócił do tamtej sprawy. Spojrzałam na niego poważnie, a potem usiadłam tuż obok niego. –…Marc… chcę iść na tę bitwę. Mam dobrą broń… a jeżeli będą walczyć z nami androidy, to kropniemy je!… nie chcę… nie chcę cię stracić…– przyznałam, choć było mi głupio. –ty też się zmieniłaś. Dawniej na pewno tak byś mi nie powiedziała– stwierdził. Marc zerwał dwie stokrotki, i wplótł mi je w włosy. –dzisiaj możemy sobie dać spokój z eksterminacją cyborgów, co? Spędzimy czas razem, dobra?– zasugerował, gładząc czule moje włosy. –…jak chcesz…ale byłoby dobrze, gdybyśmy się do siebie tak nie przyzwyczajali. Jeżeli jedno z nas zginie… nie mogłam dokończyć. Spuściłam wzrok. Stokrotka spadła z moich włosów na trawę. Chyba dokładnie czuł to samo, co ja. Rozterkę. Strach, że możemy zginąć w tej potyczce… że nie się nie uda!… Zatrzymał usta na moim policzku. Potem przytulił mnie do siebie… Jakie to dziwne. Dawniej tylko marzyłam, żeby chociaż ten flirciarz przytulił mnie do siebie… Nagle Marc podskoczył. Usiadłam na trawie. –przykro mi, muszę iść. Coś chyba się stało…– słuchał komunikatora. Zamilkł. I dodał:– zamach ma teraz się odbyć. W tej chwili! Wszystkie jednostki są wzywane! –co?– wiadomość mnie oszołomiła. Marc zaczął biec. A ja za nim. Dobiegliśmy, i dostrzegliśmy tysiące żołnierzy stojących na środku, krzyczących coś niezrozumiale. –to koniec szowinistycznych rządów! Dokonamy zamachu stanu!– krzyczał boss. Odpowiedziało mu tysiące głosów. –ale…– –nie czas na ale!– Marc chwycił mnie za rękę, zaczęliśmy biec. Nagle podłoga się ruszyła! Sufit… sufit przepołowił się? Nagle podłoga ruszyła w górę, zaczęła pędzić z niesamowitą prędkością. Ściany kruszyły się. Dobiegliśmy do miejsca, w którym był skuter Marca. Uruchomił go. –siadaj za mną!– nakazał mi. Jaki nigdy podłoga podziemi ujrzała światło powierzchni… –jeżeli wyjdziemy z tego cało, obiecaj mi… obiecaj mi że powrócimy do naszych czasów, i zostaniesz… moją dziewczyną! –ale… możemy dobrze tu żyć, no i czy znajdziemy przejście…? Znów nie dokończyłam pytania. –prosty sposób na zamykanie kobiecych ust!– skwitował ten niezbyt grzeczny pocałunek, którym…