Fantastyka · 10 min czytania
Inne mury
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W zasadzie to nie ma za wiele do opowiadania. Bo co kogoś obchodzi historia o kocie, który nie chce, żeby ktoś znał jego historię. Bo i po co? Niech się zajmuje swoimi sprawami, niech troszczy się o siebie i swój kawałek świata. Kot jest, jest Dziewczynka i jest to tylko i wyłącznie Kota i Dziewczynki sprawą. Nie da się ukryć, że cała masa wścibskich istot z dziką rozkoszą rzuciłaby się na każdy skrawek najmniejszej nawet Opowieści z życia Kota albo Dziewczynki- czy ich wspólnych losów. Bo trzeba wiedzieć, że od pewnego czasu ścieżki Kota skrzyżowane były z drogami, którymi zwykle chadzała Dziewczynka. Nie ulega wątpliwości, że stało się to przypadkiem i tylko najbardziej doświadczony łowca, biegły w czytaniu śladów i tropów, znalazłby na tym przypadku delikatne ślady kocich łapek. Co nie zmienia faktu, że przypadek, nawet jeśl nie jest do końca przypadkiem, pozostaje przypadkiem. Przecież Kot mógłby w ogóle nie usiąść na drzewie, pod którym zawsze przechodziła Dziewczynka, tak? W każdym razie, żeby nie odbiegać zbynio od tematu, rzec należy, że wszystkie wróżki, leśnie duchy, puki, driady, nimfy i cała reszta tałatajstwa fae oddałaby zaproszenie na podwieczorek u samej Tytanii, żeby dostać chociaż skrawek Opowieści. Bo to, co zwykle działo się tej dwójce, najmniejsze i najzwyklejsze ich rzeczy, sprawy powszedniego dnia, szara codzienność- oto co było wielkim światem! Kwadrans z życia tej dwójki wystarczyłby zwykłemu skrzatowi na, żeby nie przesadzić, dwa porządne żywoty. Ale nic z tego. Niezwykle ciężko było wyśledzić gdzie jest Dziewczynka. Czasami można było zobaczyć na drzewie Kota, leżał smętnie na uginającej się gałęzi, ogon zawieszony w powietrzu. Pewnie sam nie wiedział, co Dziewczynka teraz robi i czym zaprząta sobie myśli. Czasami znikał Kot. Gałąź starej morwy była nienaturalnie pusta bez rudoburego kocura. Siedział tam, siedział całymi dniami, spoglądał w przestrzeń, jakby na coś czekając. Abstrahując od tego, że się doczekał i potem już nie spoglądał- był to stały element świata. Coś jak niebo, skały i morze. Albo słońce. Albo inna stała rzecz, jaką można sobie w dowolnej chwili wymyślić. Podobno Kot wymyślił siebie, to miejsce i cały śiat. Nie da się ukryć, ze to może być prawda, czemu nie? Jeśli tylko puścić wodze wyobraźni i powstrzymać się od rzucania głupich uwag w stylu: "koty nie potrafią wymyślać rzeczy" albo: "To Głupota, żeby jakiś Kot miał wymyślić Mnie!". To nie tak, że nie można ich pomyśleć. Można. Albo powiedzieć. Ale pewnemu grubemu, wrednemu kocurowi może nie spodobać się, co ktoś o nim myśli. Tak? I tak już się jakoś przyjęło w Podmurzu, że wszyscy ignorowali Kota, prosząc w najszczerszych i najbardziej żarliwych wieczornych modlitwach, żeby Kot ignorował ich. Ktoś wysłuchiwał tych modlitw i wszystko grało. Kot leżał na gałęzi starej morwy, która uginała się lekko pod jego ciężarem. Wpatrywał się w dal i czasem tylko złaził z drzewa, żeby poszukać jedzenia. Prawdę rzekłszy, robił to średnio co dwie godziny. Podłaził do kubłów ze śmieciami, które stały pod Murem. A, kubły? Nikt nie wiedział, skąd pod samym Murem wzięły się kubły na śmieci, ale wyglądały zupełnie jak prawdziwe, z Tamtej Strony Muru. A jeśli otworzyło się ich pokrywy można było znaleźć najprawdziwsze odpadki ludzi z Tamtej Strony. Ale kiedy zaglądał do nich Kot działo się coś dziwnego. Jeśli w Podmurzu może się dziać coś dziwnego, rzecz jasna. To dość dziwaczna dzielnica, jeśli wiecie, co mam na myśli. Azatoth-Nuklearny-Chaos nie jest może najczęstszym gościem w tych okolicach, ale rogate demony z Wewnętrznej Ottchłani wpadają tu czasem na piwo i partyjkę kanasty. Jak mawiają, to miejsce stanie się niezwykle popularne w ciągu dwóch, góra trzech lat. Agenci nieruchomości już inwestują w malutkie, urocze domeczki na skraju lasu- tylko po to, żeby zamienić je w dojne krowy, hoteliki, przynoszące fortunę. Ale nie o tym mowa. W każdym razie, kiedy Kot sięga swoją łapą do wnętrza kubła na śmieci zawsze, ale to absolutnie zawsze wyciąga z niego wielką porcję pene rigate z sosem szynkowo- śmietanowym. Nie, nie lasagne. Złaził, szedł po przeklęty makaron z sosem, zjadał go pod drzewem, przy małym stoliku, nozem i widelcem, zupełnie nie po kociemu. A potem gramolił się na to swoje drzewo, uwalał się na gałęzi i leżał, aż do następnego zejścia. I taki był cały ten Kot, który podobno wymyślił świat i siebie samego. Czasami znikał, a wtedy rzeczy działy się inaczej, zupełnie bez smaku, jakby przysłonięte welonem z gazy, jałowm i aseptycznym. Czas i przestrzeń przestawały mieć istotność, stawały się puste i niedokonane. Kota nie było, czas biegł i biegł. Nie mógłbyś powiedzieć nigdy, jak długo Kot pozostawał z dala od swojej gałęzi i od kubłów ze śmieciami. Ale ilekroć zajrzałbyś do kubła, nie znalazłbyś tam nic prócz starych skórek od bananów, strzępów przegniłych gazet, przepalonych…