Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 16 min czytania

INNI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

http://www.empik.com/inni-koczy-remigiusz,p1113877365,ksiazka-p

Dokładnie trzy dni temu Kesja stwierdziła, że jestem „ich”! ICH!!! Co miała na myśli? W pierwszej chwili nie zajarzyłem. Nieco później dotarło do mojej chorej palicy, co znaczy mieć tatuaż. Opowieści aspiranta Mareczka. Przed rokiem dziesięć tatuaży, to dziesięć trupów. Hiper masakra! I co? Teraz ja? Stałem się trupim ziomalem, kolesiem do piachu, bo ktoś wydziergał na mojej skórze tatuażyk? No, ponoć nie byle jaki tatuażyk, ale wypasiony trójwymiar. Jak się tam znalazł? Total error! Na torturach nie wycisnęliby ze mnie, jakim to sposobem. Pewnie dopadli mnie, kiedy traciłem przytomność i na szybciora, fru! Farbusię pod skórę i już ci kolejny kandydat na trupa! Poważna sprawa. Śmiertelnie poważna, trzeba dodać. Do tej pory na nic tak bardzo śmiertelnego się nie napatoczyłem, jak na to właśnie. Owszem, ludzie umierali. Umarł dziadek, umarła babcia, umarł Hektor, zgadza się. Ale to byli oni, nie JA! Kiedy Mareczek wyczaił trójwymiarowe litery na moich plecach, obdarzył mnie takim lukiem, że od razu poczułem się martwy. Zero ściemy. Często w takich chwilach, śmiertelnie chorych oszukuje się, tworząc otoczkę fałszywego „dobrobędziostwa”. Ta, zawsze jakoś będzie, ale nie zawsze dobrze. Nie, nie zawsze. W moim przypadku pieczęć przynależności do Obcych oznaczała pewny wyrok. Tak wynikało z opowieści gliniarza. Więc należałem do Obcych. Oznaczyli mnie swoim kodem i nie pozostało nic innego, jak tylko czekać na koniec. Rozpłakałem się. Rozpłakałem się ja, rozpłakała się Pola. Razem beczeliśmy jak małe dzieci, choć każde z innego powodu. Pola nie wiedziała, dlaczego ryczę. Myślała, że ze szczęścia. Miała prawo sądzić, że rozkleiłem się, bo mi ulżyło. Nie wiedziała, co to ten tatuaż. A może i wiedziała? Nie pytałem. Po prostu łzy lały się strumieniami, dopóki ich nie zabrakło. Potem podziało się to, co można nazwać mega hardcorem. Kesja, mała, chudawa blondaska zbliżyła się, a w moim wnętrzu zawrzało! Miała trzymać się z daleka! Cały świat zawęził się tylko do niej. Nie widziałem nikogo więcej, tylko ją... Dlaczego tak się jej bałem? Odpowiedź nie należała do najprostszych. Wtedy na pewno nie. Usiłowałem wydobyć ją zza grubej powały tajemnicy, ale bezskutecznie. Obecność dziewczynki wywoływała uczucie paniki i tyle. Tylko dzięki resztce zdrowego rozsądku nie dałem dyla w las. Przecież to dziecko. Nie wielki facio z giwerą, nie czarnoksiężnik Dynamit, a młodsze ode mnie o dobrych parę lat dziecko. Bywa, że źródła jakiegoś problemu wyczaić się nie da. Szukasz, pytasz, wymiatasz mózgownicę, przeszukujesz każdy zakątek i nic z tego. Dziadostwo czai się byle gdzie, wyskakuje, kiedy się tego nie spodziewasz i dziabie w najczulszy punkt. Potem znika i tyle widać. Dziadostwo dokuczliwe. Bezradność? To dobre słowo. Dotyczyło słabej blondynki, która jawiła się, niczym gigantyczne monstrum. Obawiałem się, że chuchnie i to wystarczy, by zmieść mnie z powierzchni Ziemi. Dlaczego? Może właśnie dlatego, że sięgała gdzieś dalej niż ja. Dawali dyla przed nią ci, których się bałem. Tak, to był powód. Okazała się potężniejsza, a moc, którą ukrywała, stanowczo przekraczała moją wyobraźnię. I ta moc właśnie dążyła do konfrontacji. Najpierw myślałem, że chodzi o mnie, ale gra szła o coś więcej. Dokładniej o tych, którzy przejęli moje ciało, o inną, nieludzką rasę, która zamieszkiwała najdalszy kosmos, a jednocześnie była bliżej niż komukolwiek się wydaje. Inni byli wśród nas. Inni zamieszkiwali w nas. Inni wniknęli we mnie! Kesja kazała Poli odsunąć się na bezpieczną odległość. Potem przyjrzała się malunkowi na moich plecach. Mruknęła coś pod nosem. Czy miało to znaczyć „jest okej”, albo raczej „gorzej być nie mogło” oraz „już po tobie”? Mruknęła, tyle usłyszałem. Ja cały w nerwach. Każdy mięsień drżał własnym rytmem. Począłem telepać się w sposób zupełnie nieskoordynowany, całkiem chaotyczny. Po chwili czułem żołądek, śledzionę, trzustkę, wątrobę, oddzielnie każde płuco, wszystko, czego normalnie się nie odczuwa, co w ciele tkwi od samego początku, ale bez najmniejszej świadomości istnienia tego czegoś. Przedziwnie. Zachodziłem w głowę, dlaczego jeszcze nie zwiałem. Skoro groziło mi niebezpieczeństwo, powinienem dać nogę, rzucić się do desperackiej ucieczki w las. Mogłem także napaść na blondynkę i skręcić jej kark, nie bacząc na obecność policjantów. Nie zdążyliby mrugnąć okiem... A ja nic! Siedziałem na trawie, jednocześnie czując się jak na średniowiecznych torturach. Kesja rwała moje paznokcie, łamała kołem, nabijała na zaostrzone paliki i paliła żywym ogniem. Krew wchodziła w stan wrzenia. Coś rozrywało mnie od środka. Nie mogłem tu zostać. Czułem, że największym zagrożeniem jest właśnie ONA! Szykowałem się do skoku, błędnym wzrokiem usiłując ocenić sytuację. Dwóch gliniarzy przy więźniach. Dlaczego Dynamit z kobietą siedzą tak nieruchomo? Dlaczego nie chcą pomóc?! Jeśli mogłem na kogoś liczyć, to tylko na nich. Trzeci pies w mundurze warował tuż obok z gotową do strzału bronią. Jak prysnąć, skoro na drodze do wolności jest wredna małolata? Wypełnił mnie niesamowity, balansujący na pograniczu oparzenia gorąc. — Coś za jedna? — usłyszałem wielogłos. Mógłbym przysiąc, taki sam, jak poprzednio. — To moje miejsce! — Powinieneś wiedzieć — odparła, zupełnie nie speszona. — Nie wolno ci tu być. — Nie twoja sprawa, co mi wolno. — Wkraczasz w sferę mojej władzy... — Nie masz władzy — odparła dziewczyna. — Nic nie wiesz. Moja władza jest nieograniczona — wielogłos powiedział to wyraźnie podrażniony. — Taka jest prawda! — Nie masz nic wspólnego z prawdą — nie ustępowała. Już zamierzałem zlokalizować źródło głosu, kiedy uświadomiłem sobie, że dźwięki wypływają z moich własnych ust. Mo-ich-ust! — Ja jestem prawdą! — powiedziałem ja, nie ja. — Jesteś kłamcą. — Co ty możesz wiedzieć, mały człowieczku? Jestem od prawieków. — Jesteś stworzeniem, jak ja. — Nie masz pojęcia, kim jestem. — Jest Ktoś, kto cię zna. — Ktoś?! — Rozdrażnienie. — Wiesz, o kim mówię. Bezgłośna chwila. — On także jest nikim! — A jednak się Go boisz. — Nikogo się nie boję. — Boisz się, nie ukryjesz tego. — Nikogo się nie boję! — powtórzyliśmy mocniej. — Więc wymów Jego imię. Nie odpowiedział. — Wymów Jego imię! — w tonie Kesji zabrzmiał nakaz. Nadal milczenie. — Mówiłam... strach! — Nie mam ochoty niczego wypowiadać. — To lęk, dlatego nie powiedziałeś. — Nie mam ochoty... — Jesteś Kosmokratorem, tak? — Wiesz, z kim rozmawiasz, to bardzo dobrze. — Małe ożywienie w moim głosie. — Musisz się ze mną liczyć. Musisz się mnie bać! — Bać? — zdziwiła się. — Mogę cię zniszczyć. — Gdybyś mógł to zrobić, już by mnie nie było. Nie muszę się bać ani ciebie, ani Archontów, a ty nie jesteś Archontem. — Chwila milczenia, zastanawiał się. — Proszę, jesteś zaskoczony? Ty, Kosmokrator, nie wiesz, co powiedzieć? — dokończyła. — Zawsze wiem, co powiedzieć. — Oj, tak... — lekko zakpiła. — Odpowiadam, kiedy chcę. — To bardzo sprytne. — Taki jestem. — Wiem, jaki jesteś. Poznałam Archontów. Oni są mocniejsi od ciebie, a bali się ze mną zadzierać. Wiesz o tym? Pewnie, że wiesz. Widziałeś, jak uciekają. Brak odpowiedzi. Pauza całkiem długa. Zatkało go. — Oni nie są do mnie podobni. Już w pradawnych czasach składano mi na ołtarzach takich jak ty. Zapach popiołu był moją radością. — Dlatego tu jesteś? Jesteś tam, gdzie składa się ofiary z ludzi? — Miła woń... — Dlaczego? — Wasze emocje są piękne, pełne smaku! Niepokój, lęk, strach to słodycz! — A ja się nie boję. Czujesz to, prawda? Nie wiesz, co o mnie sądzić... Chwila ciszy. — Jesteś Inna! — Tak, jestem Inna. I wiesz, dlaczego taka jestem. Milczenie. Dłuższe niż do tej pory milczenie powoli przerodziło się w coś, co zaczęło boleśnie szukać ze mnie ujścia. — Ooodeeejdź stąąąd! — wykrzyczały moje usta. Wypełniła mnie jego wściekłość. — Nie pójdę, przecież wiesz — odparła nienaturalnie spokojnie. — Więc miiiilcz, rozzzkazuję ciiii! To jaaaa jestem Ba’al!

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
INNI — czytnik · opowiadania