Akcja · 20 min czytania
Inny świat - a jednak nasz rozdział 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
III Lena około 20.00 była już w swoim domu. To dość wcześnie, jak na nią. Usiadła na łóżku, nie rozbierając się ze zbroi. Oparła się o ścianę. Chciała przemyśleć wydarzenia poranka, ponieważ w ciągu dnia nie miała na to czasu. Musiała zaprowadzić Daniela do ludzi, którzy wyrobili mu odpowiedni miecz. Do obozu przybyło dwoje nowych. Musiała im wyjaśnić, co i jak, oraz zmierzyć się z nimi, żeby sprawdzić ich poziom. Bo tak naprawdę po to walczyła ze wszystkimi w obozie. Liza, dziewczyna, która miała pięcioletnią siostrę, zachorowała i Lena musiała dostarczyć jej leki i jedzenie. Głównie mięso. Teraz wróciła do siebie, gdzie musiała wymienić pochodnie w całej jaskini i dopiero po zrobieniu tego mogła odpocząć. Do spotkania z Javierem zostały cztery godziny. On twierdził, że była niezdyscyplinowana i nie szanowała go. Gdyby wiedział… gdyby wiedział, zrozumiał, że Lena ma więcej obowiązków niż dowolne trzy osoby z obozu razem wzięte może nie miałby pretensji o to, że jest zdenerwowana i nie zawsze nad sobą panuje. Że nie zawsze wytrzymuje jeszcze kazania, wrzaski, kłótnie i pretensje. „Ale nie. On jest ślepy i tego nie widzi – pomyślała Lena. – Nie jest w stanie tego zobaczyć.” Zobaczyła książkę leżącą na jej stole. Lubiła czytać, ale nie miała na to czasu. Wzięła tomik do ręki i oczyściła z kurzu, który na niej zaległ. „Niezwykła tajemnica” – głosił tytuł. Lena wzięła książkę i zaczęła czytać. # # # Gdy nadeszła 24.00 dziewczyna z trudem oderwała się od lektury. Wstała i skierowała się do przejścia. Na placu, obok palącego się ogniska, czekał Javier. Kiedy podeszła bliżej i znalazła się w kręgu światła, rzucanego przez ogień, ruszył w stronę wyjścia, dając jej znak, by szła za nim. Weszli do lasu, tak daleko, aby nie było ich widać ani słychać. Chłopak zapalił pochodnie, które wcześniej przygotował. Okazało się, że znajdują się na polance. Pochodnie nadawały jej niezwykłego wyglądu, zupełnie niespotykanego. - Stań naprzeciwko mnie – powiedział Javier. – Dopóki ci nie pozwolę masz się nie odzywać. Poczekał chwilę, patrząc na Lenę w skupieniu. Później zaczął wydawać polecenia. - Baczność – odczekał chwilę. – Spocznij. Baczność. Spocznij. Padnij. Baczność. Zbliżył się do Leny. Dziewczyna nie zareagowała, gdy odpiął jej miecz, naramienniki i pas od zbroi. Odłożył je na bok i ponownie stanął naprzeciwko. - Spocznij. Padnij. Javier patrzył jak Lena kładzie się na ziemi. Przyszło jej to z taką łatwością. Czuł się dziwnie. Bez wątpienia była od niego silniejsza, bardziej spostrzegawcza i sprytniejsza. A on jej rozkazywał. - Wstań. Dziewczyna zerknęła na niego. Czuła się dziwnie. Nie było jej z tym dobrze. Wiedziała, że jest od niego lepsza i może go pokonać. Dlaczego więc robiła, co kazał? Stali naprzeciwko siebie, a chłopak pomyślał sobie, że jest mu głupio. Nie chciał rozkazywać Lenie. Wiedział jednak, że musi. - Baczność – powiedział. – Teraz będziesz miała zadanie. Musisz zabrać mi swój miecz. Żadnej broni, elementów zbroi twardej. Mogę cię atakować. Liczysz do dziesięciu i zaczynasz. Spocznij. Licz. Javier podniósł jej ostrze i zaczął biec. Lena, gdy skończyła liczyć, nie rzuciła się za nim. Podeszła do drzewa, podniosła swoje naramienniki i pas, zgasiła pochodnie. Zdjęła je z drzewa i odniosła kilkanaście metrów dalej. Umieściła je w norze, razem ze zbroją. W lesie panowała ciemność, rozświetlana tylko gwiazdami. Nie było nawet księżyca. „Okej, gdzie on mógł pójść? – zastanawiała się dziewczyna. Była całkiem spokojna. - Przecież nie będę go gonić – pewnie biega szybciej ode mnie. Trzeba to wziąć na logikę.” Lena schyliła się, znalazła kamień i objęła go dłonią. Był zimny. Wręcz lodowaty. Wzięła zamach i cisnęła nim przed siebie. Całkowicie zdała się na słuch. Czekała na jakiś odgłos. Usłyszała szelest. Krótki i delikatny. Powoli zaczęła iść w tym kierunku. Kroki stawiała lekko, ostrożnie. Nie chciała narobić hałasu. Po chwili jej oczom ukazał się cień przylegający do drzewa. Miał przechyloną głowę tak, że Lena wiedziała, że patrzył w lewo. Szybko i bezszelestnie zbliżyła się do tego cienia. Już miała złapać go za ramię, kiedy postać gwałtownie się odwróciła i prawie ugodziła dziewczynę mieczem. Lena odskoczyła dosłownie w ostatniej chwili. Postać zaczęła znowu atakować dziewczynę, która dzięki temu, że rozpoznała sposób uderzania i usłyszała ciężki oddech Javiera, upewniła się, że to on. Uśmiechnęła się. Chciała wypróbować na nim nowy chwyt, który zastosował na niej jeden z nowych, całkowicie ją zaskakując. Co prawda i tak z nim wygrała, ale nie zmieniało to faktu, że nie spodziewała się tego. Zamknęła oczy i liczyła w myślach ilość uderzeń. Javier atakował bowiem w pewnym cyklu. Od góry, od dołu, z prawej, z lewej, na prawe ramię, na lewe, na szyję, pchnięcie, w głowę w nogi. „Będę musiała mu zwrócić uwagę – pomyślała. – Jak już skończymy.” Znowu skupiła się na walce, a kiedy Javier wycelował w jej głowę kucnęła. Później uderzył w jej nogi, a Lena wyskoczyła w górę, odepchnęła się od jego ramion, kopnęła w dłoń i chwytając go za szyję nakierowała się na jego plecy. Nie wyszło jej to tak płynnie jak nowemu, z którym walczyła, ale efekt był zamierzony. Javier się zdziwił. Dziewczyna sięgnęła po swój miecz, który zwisał mu w pasie. Szarpnęła ręką. Niestety w tej chwili zaskoczenie minęło, chłopak odwrócił się i wycelował ostrze w jej ramię. Lena puściła miecz i odskoczyła. Na prawym ramieniu czuła rozdzierający ból. Była zdziwiona prędkością jego ruchu, bo otrząsnął się, odwrócił i zranił ją w ciągu trzech sekund. Nie dał jej też czasu na zastanowienie i znowu zaczął nacierać. Tym razem jednak nie atakował w cyklu, dlatego Lena miała większe trudności z unikaniem uderzeń. Uchylała się przed jego ciosami, obmyślając nowy plan. Nagle nastąpiła na kamień, a jej noga wykręciła się. Skrzywiła się z bólu, ale w walce nie wolno dopuścić do siebie słabości. Wiedziała o tym. Nie zważając więc na nic wymyśliła coś nowego. Było to ryzykowne i zrobiła to dopiero raz, ale miała nadzieję, że się uda, tym bardziej, że skręcona kostka coraz mocniej ją bolała. Przygotowała się, a kiedy Javier znów wyprowadził uderzenie od góry złapała obiema dłońmi jego miecz, wykonała półobrót, kopnęła go w brzuch, co sprawiło, że lekko się zgiął, i sięgnęła po swój miecz. Zdecydowanym ruchem wyszarpnęła go z pochwy i stanęła naprzeciwko Javiera, gotowa do dalszej walki. Czuła pieczenie na dłoniach. Było to gorsze niż skręcona noga i rana na ramieniu. Chłopak wyprostował się, schował swoje ostrze i odpiął od pasa jej pochwę. - Daj miecz – powiedział, a dla Leny było jasne, że to rozkaz. Podała mu więc ostrze, a on schował je. Gdy chwycił za rękojeść spostrzegł, że jest cała zakrwawiona. Dopiero teraz przyjrzał się Lenie, która obserwowała wyraz jego twarzy, ciągle zastanawiając się, dlaczego się na to wszystko zgadza. Po jej prawej ręce spływała krew. Wyraźnie opierała się tylko na lewej nodze, jej dłonie były umazane czerwoną mazią i chociaż stała dumnie wyprostowana widział, że ukrywa ból i zmęczenie. Znał ją. Przypomniał sobie, że miał być dla niej bezwzględny. Udało się. Najsilniejsza osoba w obozie buntowników stała przed nim poraniona. Wrócili na polanę, a Lena przyniosła i zamontowała pochodnie. Swoją zbroję rzuciła z powrotem na ziemię. - Baczność – wydał komendę Javier i z zadowoleniem spostrzegł, że dziewczyna wykonała ją natychmiast. Wiedział, że musi jej to sprawiać ból, z powodu skręconej kostki. – Spocznij. Padnij 5 – obserwował, z małą nutką ponurej satysfakcji, jak ledwie zauważalnie krzywi się, robiąc pompki, ale nie reagował. – Baczność – podszedł do drzewa, podniósł części jej zbroi i nałożył jej je. Naramiennik dotykał jej rany i, chociaż nie dała tego po sobie poznać, na pewno sprawiało jej to ból. Na koniec zapiął jej pas i miecz. – Spocznij. Za mną. Javier zgasił obie pochodnie i ruszył do obozu. Lena starała się nie kuleć. Dobrze jej to wychodziło. Przy wejściu do jaskini stali strażnicy. Widząc poważne miny Leny i Javiera o nic nie pytali. Pozwolili im przejść. Chłopak doprowadził dziewczynę do ogniska. - Możesz mówić. Jak chcesz, to idź – powiedział do niej. Myślał, że coś odpowie, ale się przeliczył. Rzuciła mu ostatnie spojrzenie, w którym krył się cień pogardy, odwróciła się na pięcie i skierowała do swojego domu. Tam mogła dać sobie odetchnąć. Jęknęła i szybko usiadła. Odpięła naramienniki i zdjęła buty. Na stole stała miska z wodą, do której włożyła trzy bandaże i chusteczkę. Wytarła sobie dłonie i opatrzyła je. Tak samo postąpiła z ramieniem, a później ze stopą. Kiedy zdjęła pozostałe części swojej zbroi poczuła ulgę. Wytarła swój miecz z krwi i wylała wodę do dziury w ścianie, w której płynął strumyczek. Położyła się. „Fatalnie się czuję – pomyślała. – Czemu ja to zrobiłam? Przecież mogłam go pokonać i skończyć tą błazenadę. Dlaczego nic nie zrobiłam?” Zamknęła oczy i po chwili spała. # # # Lena pierwszy raz od dawna obudziła się dopiero na dźwięk pobudki. Wstała i poczuła ból w głowie. Obejrzała swoją stopę, która dzisiaj doskwierała jej trochę mniej. Wymieniła na niej opatrunek, a później jeszcze raz obmyła ramię i dłonie. Je także obwinęła nowymi bandażami. Nie chciała, żeby ktoś widział jej opatrunki. Nie chciała też, żeby ktoś wiedział o wydarzeniach tej nocy. Buty dokładnie zakryły bandaż na stopie, a naramienniki na ramieniu. Największy problem sprawiały dłonie. Był początek jesieni, więc wzbudziłoby podejrzenia, gdyby ubrała rękawiczki. „Może nikt nie zwróci na to uwagi” – pomyślała z nadzieją. Przypięła sobie miecz i wyszła do jaskini głównej. Ludzie powoli wychodzili z domów. Nikomu się nie…