Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 30 min czytania

Inscenizacja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sprawa zaczyna się na stacji paliw Orlen, gdzie ja z Idiotą siedzimy w samochodzie, ( BMW kombi-czerwone) i omawiamy plan ogólny naszej dzisiejszej wycieczki. Trochę na wariata się skrzyknęliśmy, no ale inscenizacja Bitwy pod Grunwaldem nie zdarza się codziennie, ani nawet raz w miesiącu, a nawet ani raz na pół roku, więc sami rozumiecie, trzeba było jechać i już. Jako że jego kombi ma pojemne dupsko, załadowaliśmy nań lub doń, nie interesuje mnie poprawna pisownia bo z góry uprzedzam że sprawa będzie brudna, więc do tego bagażnika wrzuciliśmy jedenaście browarów, a w kieszenie, których pojemność nie przeliczało się na litry tylko na gramy, upchaliśmy pozostałe niespodzianki i obaj przybiciem piątki zadeklarowaliśmy obupólną naszą gotowość by wreszcie wykurwić z tego aż nazbyt znanego nam miasta i ruszyć w drogę. Idiota przekręcił kluczykiem w stacyjce, niewidzialny mechanizm domino spowodował ożywienie silnika i po paru manewrach jeszcze w mieście wreszcie wyjechaliśmy na krajową siódemkę, gdzie po rowach zamiast kwiatów polnych rosły polne krzyże i ogólnie nie patrzyło się na te dekoracje jakoś specjalnie przyjemnie. Jednak ta posępna wizytówka tej drogi szybko uleciała mi z głowy gdy samochodowym już cwałem lecieliśmy pośród brzemiennych mazurskich pól, lasków, wzgórków i pagórków, a kiedy jeszcze otworzyłem piwko by grzdyl swój uszlachetnić jego smakiem to nic, ale to nic teraz nie było mi w stanie zabrać tak ciężko dziś zdobytego poczucia, że wreszcie coś w te jebane wakacje się dzieje. Pogoda była malina, puszyste okręty miały wyjebane na cały świat i nie chciało im się psuć deszczem sobotniego popołudnia stutysięcznemu tłumowi na grunwaldzkich błoniach, po prostu aż chciało by się jakoś zapisać na twardym dysku mózgu ten teraźniejszy nasz feeling. Będzie mityczne wspomnienie na listopadowe wieczory. Nawet ja, stary samochodowy paranoik, w każdym mijanym samochodzie widzący zbliżającą się śmierć nie nagabywałem Idioty aż tak często by zwolnił albo nie zapomniał skręcić przypadkiem, ten zaledwie cztery razy chyba powiedział żebym zamknął pizdę i dał mu prowadzić, więc zamykałem i odtąd jechał niczym nie niepokojony. Po dwudziestu minutach zobaczyliśmy pana w odblaskowym wdzianku z lizakiem, który niczym robot nieprzerwanie to w jedną a to w drugą mańkę machał nim i uprzejmie skierował nas w boczną drogę, już prosto do samego naszego celu. Minęliśmy wielki kamień z dwoma mieczami informujący że to o czym uczyli nas na historii rozegrało się właśnie trzynaście kilometrów dalej i jeszcze za niespotykaną policyjną obywatelskość obdarzyłem pana robota uśmiechem wielkim jak tamten kamień, ale niekoniecznie tak ciężkim. Teraz to już eldorado myślę, poszły konie po betonie, zaczynamy imprezę. No niestety w życiu to najwyżej można dupą po nieheblowanej desce się przejechać, tak łatwo to nie ma. Do samego Grunwaldu jechało się wypas, prawie cały pas dla nas, bo nie byliśmy takimi idiotami by pchać się jak łosie na bitwę, użyliśmy fortelu i pojechaliśmy już po niej, gdy turyści z Krakowa, Warszawy i innych miast łaskawie będą się przez parę godzin wydostawać na krajówkę. Jednak te grube tysiące gawiedzi i tak zrobiły swoje bo by zaparkować niedaleko pomnika musieliśmy i my trochę powarować w korku, ale że korek pikuś to trzask plask i Idiota w glorii już wjeżdzał elegancko tak że na miejsce plenerowej imprezy od fury mieliśmy ze trzydzieści kroków. Albo Idiota jest tak głupi że ma zawsze farta, bo dosłownie w momencie gdy już się zatrzymywaliśmy jakieś kłęby jakieś dymy wybiły spod maski i aż ludzie w promieniu kilkudziesięciu metrów w głowę zachodzili co to za gad kopalny wjechał na trawę i się na niej dusi. - Ale mieliśmy szczęście, olej się skończył - Idiota fachowo mi próbował wytłumaczyć ten techniczny niuans. - No ale co to znaczy? - No przegrzał się, olej chłodzi samochód. - Aha. Obchodziło mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg, teraz tylko było ważne jak spędzimy najbliższe kilka aktywnych godzin, czy opłacało się tu przyjeżdzać. Poszliśmy na pola. Atmosferę jaka tam panowała można było porównać do powietrza z przebitego balona, który narasta, pęcznieje, fajnie się na to patrzy a kiedy pęka, wzrusza się ramionami i idzie gdzie indziej. Było po bitwie, więc było dość niemrawo. Jakieś persony w średniowiecznych kalesonach i z kolorowymi workami na głowie strzelały z łuku, tu i tam łaziły jakieś grupki ludzi, słońce chociaż obecne, skryło się za wartswą jakiegoś ozonu kóry oblekł całe niebo i już nie było tak kolorowo jak wcześniej. Niemniej też nie było źle, usiedliśmy na trawie, zapalniczką otworzyliśmy browarki i zajęliśmy się rozmową. Idiota to ciekawy przypadek. Kiedyś był metalem, Slipknot, Vader, te klimaty, potem przyczepił się do mnie i do mojej ekipy, mówił że imponujemy mu, zaczął się zadawać z nami. Szybko domyślił się że oczekujemy po nim rzeczy wielkich, czyli kosmicznych polewów, więc takie nam zapewniał. Szybko stał sie legendą, robił takie rzeczy na które nikt za pieniądze by się nie zgodził. Ze śmierdzącego, pospolitego metalowca zamienił się w świra, którego bali się ludzie, ale który na tyle ich ciekawił że każdy starał się koło nas i niego kręcić by móc oglądać te numery o których mówiło całe miasto. Jednak szybko przyszło, szybko poszło. Zmiana szkoły, otoczenia, zaczęły się balety, wódeczka, białko. Zamiast wykręconych gitarowych kapel zaczął słuchać zwykłej techniawki, zamiast jointów coraz więcej kresek z lustra zlizywał. Strój też zamienił na typowy uniform pokroju technozjeba a dresa. Było nawet tak że kontakt urwał się nam na rok a nawet dłużej, jednak ostatnie miesiące przywróciły jakoby nam Idiote do łask, ale już na amen zmienionego na te gorsze. Siedzieliśmy sobie teraz aktualnie na tej grunwaldzkiej górce gdzie sześćset lat temu ciężka jazda krzyżacka przerabiała Litwinów na sajgonki i wspominaliśmy sobie te ostatnie cztery lata. Aż dziw bierze że w ciągu tak krótkiego czasu zaszły zmiany tak totalne, że pozmieniały sie nasze interpersonalne ustroje, i nasza polityka koleżeńska również tyle wyewoluowała. Mimo wszystko przybiliśmy sobie już dziś po raz drugi piątkę bo co by sie nie działo, byliśmy jednak kumplami. Dopiliśmy piwo do końca i udaliśmy sie na wycieczkę krajoznawczą. Pierwszym moim zdziwieniem było to, że jest tu tak mało ludzi. Z poprzednich moich wypadów w to miejsce zawsze pamiętałem pospolite ruszenie na te pola, zalane w trupa mordy i usłane nimi połacie ziem, tak jakby bitwa skończyła się tu zupełnie niedawno. Teraz było cicho, spokojnie i nienaturalnie kameralnie. Wpadliśmy do samochodu po następną partię browaru, pokręciliśmy się trochę przy maszcie i pomniku, w międzyczasie zrobiło się ciemno i właściwa sprawa na jaką tu przyjechaliśmy zaczęła przybierać konkretnych kształtów, chociaż my już te kształty widzieliśmy ciut zdeformowane. Puściliśmy się głównym deptakiem po którego obu stronach nastawianych było wszelakiej maści kramów, budek i innych chatek które oferowały szeroki wachlarz od pseudo-średniowiecznego asortymentu do chały w postaci kiet, łańcuchów i innych współczesnych dupereli. W powietrzu wirowały desenie aromatów począwszy od zwykłej pieczonej kiełbasy, którą opychali się przyjezdni, aż do wykwintnych dań z wieków średnich których nazwy nawet nie potrafiłbym wymówić. Podczas gdy Idiota chyba w zachwycie nad tym zastanym przepychem rozglądał się dookoła, mnie zajmowała utopijna wręcz stoickość tego spędu, bo spodziewałem się raczej wzorem lat poprzednich burd, bijatyk i błyskających noży w które obfitowały poprzednie edycje tej imprezy. Nagle coś wyrwało mnie z tej zadumy. - Siemano! Zrobiłem parę piruetów głową za przebrzmiałym tym słowem i na jego końcu zobaczyłem znajomą facjatę. Był to dobry znajomek ze szkoły, od której zakończenia nie widziałem go chyba ze trzy miesiące. - O kurwa, siemanko! - powitałem go ciepło w swoim stylu, oczywiście z serdecznym uściśnięciem dłoni. Był ze swoją ekipą, z której też znałem jedną czy dwie osoby. - Czym jesteście? - zapytałem. - Samochodem! A wy? - No my też! A jakże inaczej. - Dawajcie z nami! - zaprosił nas drugi znany przeze mnie człowiek. Wmieszaliśmy się w ich sforę i w liczbie sześciu chłopa już razem udaliśmy się w ramiona wakacyjnej przygody. Nie będę wnikliwie opisywał wszystkich arkanów naszego wspólnego włóczenia się z nimi bo tak naprawdę nie było żadnych szczególnych letnich wrażeń, poza wypiciem drugiego już chyba morza piwa, parokrotnym rozpadzie naszej drużyny wskutek zatopienia się w tym morzu i zakończeniu posiedzenia w ich aucie, paleniu jointów i słuchaniu Firmy, która dzielnie w każdym utworze jechała psom od jebanych, skurwiałych, zajebanych i tym podobnych epitetów. Raz tylko wskutek mojej prośby zmieniono nutę na Ostrego, ale w połowie jego "Kochanej Polski" znów włączyli Firmę i wszystko zaczęło się od nowa. Nie przeszkadzałem chłopakom w skandowaniu na cały głos refrenów tego składu, w końcu sam należałem do "drugiej strony barykady", ale preferowałem trochę inną wrażliwość nawet na tym wojennym gruncie. Nasza całonocna zażyłość skończyła się w momecie gdy większość zebranych nie była już w stanie patrzeć na własne oczy więc pożegnaliśmy się paroma chybionymi ruchami rąk, obiecaliśmy że spotkamy się tu za rok tylko z większą artylerią, taką na trzy dni, i to by było na tyle. Wyciągnąłem Idiotę za fraki bo by chłopaczyna usnął im w samochodzie i nic nie widząc i marnie słysząc jak najbardziej po omacku próbowaliśmy znaleźć naszą bazę - furę. Parę razy jakieś pokojowe patrole harcerzy widząc nasz stan oferowały pomoc, ale jako że nigdy jednego procenta z podatku nie przeznaczyłem na ZHP, więc za każdym razem twardo odmawiałem. W końcu po wielu pokonanych żerdziach, pradolinach i bagnach, na rozległym polu zamajaczyło coś czerwonego i bardzo odosobnionego. Otworzyliśmy drzwi i wpadliśmy do środka. Nagle Idiota wstał i ruszył na powrót w ciemność coś tam mamrocząc pod nosem, a ja wirując dookoła własnej osi z przyczyn naturalnych straciłem kontakt ze światem. Codzień chciałbym tak zasypiać. Obudziły mnie dwie rzeczy. Pierw usłyszałem odgłos bębniącej mżawki o dach samochodu, a potem bladość dnia wkradła mi się pod powieki i zabrała grunt podatny snom. Parę minut jeszcze leżałem z bluzą zarzuconą na twarz, ale ile można. Wstałem i zobaczyłem co następuje: butelek pałętało sie bez liku, a Idiota spał w bagażniku, pozycja umarło-embrionalna. Upłynęło następne kilka pełnych obrotów sekundnika po owalu zegarków w tej strefie czasowej, zanim jakakolwiek myśl przyszła mi do głowy. Miałem ogromną chęć na coś zimnego, marzył mi się jakiś lód, chociaż normalnie za nimi nie przepadam. Otworzyłem drzwi żeby jakaś poranna bryza przemuskała mi policzki, a w międzyczasie wstał trup. - Ty, gdzie ja wczoraj poszedłem w nocy? - zapytał mnie ze strasznym grymasem niewyspania na twarzy. - Sam chciałem Cię o to zapytać - odpowiedziałem mu ze strasznym grymasem wkurwienia na twarzy. - Która godzina? Wyciągnął telefon i powiedział, że jest jedenasta. Przeszukałem cały samochód w poszukiwaniu jakichś drobnych, ale znalazłem tylko coś koło złotówki. Wszystko poszło na browary, a wczoraj jeszcze byłem taki bogaty. - Dawaj do jakiegoś sklepu pójdziemy, coś zjemy - zaproponawałem alternatywę do naszej bieżącej sytuacji. - Nie chce mi się, wszystko mnie boli - bardzo mnie pocieszył. Atmosfera w niczym nie przypominała tej sprzed paru godzin jeszcze, gdy wszyscy w pełni sił, weseli, pijani, łaziliśmy nie przejmując się jutrem. Dzień był na maksa szary i beznadziejny, typowa polska niedziela, syndrom dnia poprzedniego, ale niedługo mieliśmy wracać do domu więc nam to rybka w sumie. - Jedziemy - zaproponował. Spojrzałem na jego przygniłe trochę oczy, mętny wzrok i spytałem czy jest tego pewien. - No kurwa - odpowiedział i nie miałem więcej pytań. Odpalił silnik i jakoś doczłapaliśmy się po tym błocie do asfaltówki. Całkiem dobrze sobie radził za kierownicą, ale niepokoiło mnie czerwone światełko które paliło się przy wskaźniku poziomu paliwa. Nie chciałem wyrażać tej obawy na głos, ale to było silniejsze ode mnie: - Jak stoimy z wachą? Myślałem że jako kierowca, który bezpiecznie i bez lipy dowiózł nas na bitwę, tak samo z niej nas odwiezie prosto do domku, ale on tylko powiedział: - Lipa. Jedziemy na oparach. Ale dopóki jechaliśmy nie było dramatu. Przyjemnie było bez użycia własnych kończyn przemieszczać się, i tak dojechaliśmy do wsi Grunwald. Kazałem mu stanąć żeby kupić coś w sklepie. Wysiedliśmy i z powodu naszego wyglądu po wczorajszym trochę pokłócilismy się o to kto ma iść kupić. Postanowiliśmy że pójdziemy obaj. Sklep był zwykłym, wiejskim sklepem, w sumie całkiem sporym. Na podłodze stały dziesiątki krat z piwem przygotowanym z myślą o wczorajszej inscenizacji, prawdziwe goryczne mury. Za ladą stała taka dość prowincjonalna, prostoduszna z wyglądu blondi, a przed nią korzyła się populacja tejże miejscowości w liczbie sztuk kilkunastu. Onieśmieliło to nas dostatecznie tak, że wyszliśmy stąd i umówiliśmy się że zjemy już w domach, byle doń czym prędzej. Na powrót wsiedliśmy do BMW, zamknęliśmy drzwi, wszystko pięknie, Idiota przekręca kluczyk ale mechanizm domino znany nam spod Orlenu coś zawodzi. Obaj dokladnie patrzyliśmy się na stacyjkę oczekując pospolitego zapłonu i nara, ale mimo coraz to nowych starań kierowcy samochód tylko coś chrząkał i tyle. Wtedy Idiota wypowiedział te w sumie oczekiwane przeze mnie słowa: - Wacha się skończyła. Zawsze mam tak, że szok dochodzi do mnie z opóźnionym zapłonem ( co za ironia ), nie uderza od razu prosto w oczy, tylko powoli topię się w nim, spadam w coraz to nowe odmęty i na ich dnie tam dopiero konam. Tak samo było teraz. Nie doszło do mnie to od razu, więcej! w ogóle się tym nie przejąłem, nie obchodziło mnie to bo to on był kierowcą i niech z samej dupy weźmie te paliwo bo jak chcę jechać do domu i chuj mnie to wszystko obchodzi. - Jak to nie ma? - w końcu coś powiedziałem. - No skończyła się, mówiłem Ci że na samych oparach jedziemy. - No i co my teraz zrobimy? - A skąd mam wiedzieć? Wysiadłem z samochodu. Dopiero teraz uważniej rozejrzałem się po miejscu naszego przeznaczenia. Byliśmy na małym parkingu koło gminnego sklepu, dookoła otaczały nas typowo wiejskie zabudowania, jak przystało na wieś było sennie i zaczynał padać większy deszcz. Horyzont wyznaczały dalekie pola i lasy. Przy wejściu do gieesu ustawiono parasol i kilka plastikowych krzeseł na których siedzieli tubylcy i pili piwo. Idiota wyszedł za mną. Kiedy zbliżyliśmy się do nich jeden z nich odezwał się: - Jakieś problemy panowie? - No małe, paliwo się skończyło. - Uuu, to niedobrze. Z daleka jesteście? - Gdzie tam, trzydzieści kilometrów stąd. - Stachu, co sie stało? - spod parasola dobiegł jakiś podpity głos. Typ odwrócił się do nich i powiedział o naszej

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%