Przygoda · 6 min czytania
Instruktor pilotażu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
[b]Instruktor pilotażu[/b]
Mój przyjaciel Instruktor Pilotażu uwielbiał wielośmigłowe samoloty. Z dumą pokazywał palcem hałaśliwe Antonowy, latające za czasów wojującego komunizmu z Gdańska do Warszawy, a czasami nawet z powrotem. „Taki to wyląduje na byle kartoflisku” zwykł był mawiać, gdy z duszą na ramieniu wstępowałem na metalowe schody prowadzące do ciasnego wnętrza. Załoga lśniącego wypolerowanym aluminium metalowego ptaka układała pasażerów wzdłuż, jak szparagi w konserwie. „Daj kapitanowi parę złotych”, radził Instruktor Pilotażu, „to położy cię obok urodziwej panienki albo w środku wycieczki licealistek”. Będąc z natury sknerą, lądowałem jednak zawsze obok śmierdzącego szczynami grubasa albo pomiędzy dwiema matronami ze Stowarzyszenia Obrony Cnoty. Instruktor Pilotażu, zawsze w czynie społecznym, pomagał układać pasażerów, po czym odpoczywał wśród stewardess w ogonie samolotu i w parnej atmosferze żarcików, przekomarzań, krotochwil i chichotów spędzał przyjemnie cały lot. Latał w gdańskim Aeroklubie na kukuruźnikach, takich dwupłatowych samolocikach, niewielkich, lecz silnych, ciągnących za sobą wielkie hasła „Lenin ojcem wszystkich dzieci”, „Chłopi, nie bijcie koni”, albo opryskujących trucizną kartofliska, gdy obsiadła je stonka ziemniaczana, zrzucana podstępnie na spadochronach przez amerykańskich dywersantów. Pewnego dnia, sącząc piwo w barze „Liliput”, dowiedzieliśmy się że Instruktor Pilotażu leży w śpiączce w Szpitalu Miejskim na ulicy Wrzosowej i wiadomość ta poraziła nas niczym kopnięcie prądu podczas kradzieży kabli wysokiego napięcia. „On w komie?”, pytaliśmy niepewnymi głosami, "on w śpiączce w Szpitalu Miejskim na ulicy Wrzosowej?" Nie wierzyliśmy, gdyż z nas wszystkich Instruktor Pilotażu był najbardziej witalny; to on wypijał najwięcej fikołków na imprezach, on opowiadał najśmieszniejsze i najbardziej sprośne kawały z niespodziewanymi pointami, on przerzucał najwięcej panienek i to każdą przerzucał wiele razy, on zjadał najwięcej pączków w Tłusty Czwartek i najwięcej rurek z kremem w Środę Popielcową. To on umiał wszystko załatwić i zawsze dobrze się ustawić, a raz gdy krzycząc „Motylem jestem!” rzucił się ze stromych schodów, trzepocząc dziarsko rozłożonymi ramionami, podniósł się na dole bez szwanku, otrzepał garnitur z białego pyłu, beknął, strzelił pienistego pawia i pomaszerował żwawo w kierunku kolejnego baru. Tak, Instruktor Pilotażu był niezniszczalny, niezatapialny, niezmordowany i zawsze obecny, a teraz leżał w komie w Szpitalu Miejskim przy ulicy Wrzosowej. Poszliśmy wszyscy do Aeroklubu, by usłyszeć co się wydarzyło, jaki straszny kataklizm złamał mu kręgosłup, rozbił czaszkę i zredukował Instruktora Pilotażu do odżywianej kroplówkami rośliny. Smutna historia, jaką opowiedział nam, łkając rozpaczliwie, Kierownik Aeroklubu, przedstawiała nieustraszonego…