Fantastyka · 1 godz. 12 min czytania
Instynkt, rozdział trzeci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział trzeci
Znów śniła – i znów o mężczyźnie. Tym razem jednak sen nie wydawał się być kolejnym koszmarem. Niezwykle wysoki, niesamowicie pociągający blondyn patrzył na nią przez półprzymknięte powieki. Właściwie to nie patrzył, przynajmniej nie w zwykły sposób. Wpatrywał się tak intensywnie, jakby nie mógł odwrócić od niej wzroku. A jego oczy... Zahipnotyzowały ją do tego stopnia, że nawet gdy przymykała własne powieki, nie mogła zapomnieć ich widoku. A on patrzył, jakby nigdy nie miał przestać. Poczuła, że jej ciało zaczyna reagować na to spojrzenie. Najciekawsze było to, że Lisa wiedziała, że to sen. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Miała świadomość, że może kierować wypadkami, które rozegrają się na jej oczach, za jej przyzwoleniem. Obudził się w niej prawdziwy instynkt zdobywcy. Chciała, żeby ten drapieżny mężczyzna był jej. Chociażby tylko we śnie, przez te kilka sekund. Zastanawiające było to, że przez jej senną jaźń przepływały miliardy myśli, od teorii względności poprzez plotki, które usłyszała od Claire, aż do zagadnień z parapsychologii. Skupiła się jednak na jednym, konkretnym marzeniu – na NIM. Wyciągnęła do niego dłoń. Jego brew podjechała do góry, a na ustach pojawił się złośliwy uśmiech. No tak – nawet w jej własnym śnie postanowił się z nią drażnić. Wytężyła całą swoją senną świadomość i nakazała mu, by przestał. Mężczyzna posłusznie wstał i podszedł do niej. Ha, gdyby na jawie był tak posłuszny, jak we śnie... Jednak niektóre marzenia nie powinny się spełniać. Była tego pewna. Co gorsza – gdy zyskała pewność, że blondyn usłucha każdego jej polecenia, chęć uwiedzenia go znacznie się zmniejszyła. Cóż to za przyjemność zdobywać bezwolny wytwór spragnionej wyobraźni? Wolałaby już się obudzić. - Ethan... – Szepnęła przez sen, zupełnie bezwolnie. Mimo dziwnego braku ochoty na jakiekolwiek działanie było jej dobrze. Wyjątkowo dobrze. Pocałowała go. Wokół nich zaczęły się unosić wonne opary. Była tylko ona, blondyn i cudowna, kolorowa mgła. Kolory się zmieniały, zapach był jednak coraz bardziej pociągający. Uśmiechnęła się i zaczęła tańczyć. Była wolna. Rozejrzała się. Ethana nie było, a ona poczęła czuć się nieswojo. Przeczuwała, ze coś się stanie. Próbowała go przywołać, jednak bezskutecznie. Nie miała już kontroli nad swoim snem. Rozpaczliwie chciała się obudzić. Hipnotyzujący zapach kolorowej mgły zaczął ją dusić. Wszystko zrobiło się zgniłozielone. Pachniało śmiercią. Dobrze znała ten zapach... Nagle zobaczyła twarz, początkowo niewyraźną, lecz z każdą sekundą nabierającą zdecydowanych rysów. To był ten mężczyzna! Znowu on! Poczuła czyjąś obecność. Próbowała ustalić czyją, lecz wiedziała tylko, że nie była to dobra osoba. Wątpiła, żeby to w ogóle był człowiek. Instynkt podpowiadał jej, by się wycofała. Skupiła całą siłę woli na tym, by się obudzić. Przez chwilę wydawało jej się, że jest już wolna, gdyż poczuła znajomy zapach Ethana, lecz było to tylko złudzenie. Dalej śniła i nie mogła nic na to poradzić. Była przerażająco świadoma tego, co się z nią dzieje, równocześnie będąc całkowicie sparaliżowana przez irracjonalny strach przed złem, które ją otaczało. Twarz mężczyzny wciąż się do niej zbliżała. Lisa próbowała uciec, lecz wydawało jej się, że jest na bieżni i biegnie w miejscu. Była coraz bardziej zmęczona i przerażona, a koszmarna twarz była już przy niej. Usta zdawały się coś mówić, lecz dziewczyna nie była w stanie rozróżnić poszczególnych słów. Ich sens jednak dotarł do niej w przeciągu sekundy. To miał być jej koniec, miała tu zginąć. Sama. Bez niczyjej pomocy. Gdzie jest Ethan, gdy go tak potrzebuje? Obiecał jej pilnować! Uwierzyła mu... Lisa zaczęła krzyczeć w zgniłozielonej mgle imię mężczyzny. Czuła, że się zapada, że dłużej nie wytrzyma, że ulegnie tej dziwnej, złej sile, która chciała zawładnąć jej duszą. Nagle nadszedł ratunek. W jednej chwili wszystkie zmysły owładnęła białowłosa postać. Otuliła ją swoją osobą, jak tarczą. Dziewczyna wiedziała, że nic jej się nie stanie, że tym razem uciekła. Była wolna – do następnej konfrontacji. - Lisa! – Usłyszała cichy, ciepły szept tuż przy swoim uchu. – Lisa, obudź się! Błagam cię, obudź się! – Szept był coraz bardziej rozpaczliwy. Otworzyła oczy. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest. Była roztrzęsiona, nie wiedziała, co się stało, o czym ma myśleć, kto jest przy niej. Instynktownie odgarnęła burzę rudych loków z twarzy i zdała sobie sprawę, w jak dziwnej jest pozycji. Chwilę trwało, zanim zdobyła się na jakikolwiek ruch. Wciąż miała pod powiekami koszmarny sen, ale rzeczywistość przedstawiała się równie zagadkowo. - Już dobrze, uspokój się – usłyszała przy swoim uchu. Odchyliła się nieco i ku swej konsternacji zauważyła, że leży na Ethanie, wtulona w niego całym ciałem. Po chwili poczuła też, że jego ręce spokojnie spoczywają na jej plecach, gładząc je płynnymi ruchami. Nie miała pojęcia, jak zareagować, a nie podobał się jej fakt, że sprawia jej niemałą przyjemność leżenie w objęciach tego mężczyzny. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich lekki strach. Musiał zauważyć, że dzieje się z nią coś niedobrego. Delikatnie ześlizgnęła się z niego nie zwracając uwagi na cichy pomruk niezadowolenia, który mu się wyrwał. Nie chciała całkowicie rezygnować z jego dotyku, dawał jej poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowała, wtuliła się więc w jego bok, kładąc głowę na wyciągniętym ramieniu. Nie mogła oderwać wzroku od jego twarzy. - Co się stało? – Spytała cicho, choć doskonale znała odpowiedź. - Wołałaś mnie – odpowiedział, a widząc jej zdziwiony wzrok dodał – musiało ci się coś śnić. Coś strasznego. Błagałaś mnie o pomoc. Chcesz o tym pogadać? - Od kiedy jesteś taki miły? – Wolała zmienić temat, niż opowiadać mu o swoich słabościach. Ta sytuacja była zbyt intymna, jak na to, co się działo między nimi zaledwie kilka godzin wcześniej. Poza tym, Lisa była zażenowana faktem, że zrobiła sobie materac z blondyna. Całkiem ciepły i wygodny materac... Nie, dość! Nie mogła sobie pozwolić na zrobienie z siebie kretynki po raz kolejny. - Od kiedy muszę cię wyciągać z jakichś koszmarów. Myślisz, że to komfortowa sytuacja? – Spojrzał na nią z wyrzutem. Zarumieniła się – plan „niezachowywania się jak histeryczka” nie wypalił. Kolejny raz! – Ledwie zasnąłem, prawie dostałem zawału, bo zaczęłaś mnie całować. Nie powiem, całkiem miłe doświadczenie, dopóki nie zorientowałem się, że śpisz. Zawsze tak masz? Dobierasz się do obcych facetów? - Och, spadaj. – Rumieniec na jej policzkach osiągnął barwę jej włosów. - Kochanie, to dopiero początek atrakcji tej nocy! Gdy już cię uspokoiłem, wymruczałaś coś o nieczułych draniach, przytuliłaś się do mnie i na chwilę przestałaś oddychać. Przestraszyłaś mnie! – W jego głosie pobrzmiewała drwina, lecz dziewczynie wydawało się, że tylko po to, by nie poznała prawdziwych uczuć przemawiających przez mężczyznę. – Gdy tylko sprawdziłem ci tętno, nagle „ożyłaś” i położyłaś się NA mnie. Masz bardzo przyjemne w dotyku ciało, wiesz? – Spojrzał na nią sugestywnie. - Jak śmiesz?! - Jak ja śmiem? Zastanów się czasem, co mówisz, ok? – Wyglądał na urażonego. – Nie przywykłem, by ktoś mnie traktował jak materac. Ale nieważne. To jeszcze nie koniec. Myślałem, że śpisz spokojnie, podczas gdy ty zaczęłaś nagle drżeć, cała posiniałaś, zrobiłaś się lodowato zimna i szeptałaś moje imię, jakbym był twoim jedynym ratunkiem. Nie mogłem cię dobudzić przez kilkanaście minut! W dalszym ciągu jesteś roztrzęsiona – na potwierdzenie swych słów objął ją mocniej. - Zasługuję chyba na jakieś wyjaśnienia, prawda? Ogarnęła ją niezwykła wdzięczność dla tego mężczyzny. Co z tego, że miała dość jego gadaniny, podczas gdy uratował jej życie. Była przekonana, co do słuszności tej tezy. Gdyby nie on, nie obudziłaby się... A poza tym był tak słodko przejęty tym, co się z nią działo, że mimo ogólnego niepokoju poczuła niesamowite pożądanie. Ujęła jego twarz w swoje ręce i wycisnęła na jego ustach gorący pocałunek. Blondyn nie spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń. Był zbyt wstrząśnięty wydarzeniami, które rozegrały się dosłownie przed chwilą, by móc myśleć o fizycznej przyjemności. Zdziwiła go pieszczota Lisy. Zanim zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, dziewczyna odsunęła się. Mętnym wzrokiem spojrzała na zegarek stojący na nocnej szafce. Została jej godzina do wyjścia z domu. Musiała zbadać wczorajszego denata. „Zapewne nie wygląda już tak świeżo”, pomyślała w typowy dla lekarzy sądowych sposób. Czarny humor był na porządku dziennym. Gdy codziennie obcuje się ze śmiercią, przestaje przerażać, daje się ujarzmić. Staje się częścią życia. „Piękny oksymoron. Śmierć stała się częścią mojego życia”. Uśmiechnęła się gorzko nie patrząc nawet w stronę mężczyzny leżącego koło niej. Usiadła na skraju łóżka tyłem do niego. Czuła na sobie jego pochłaniający ją wzrok. Sprawiał jej przyjemność. Niestety – obowiązki wzywały. - Musisz już iść. – Starała się, aby jej głos nie zabrzmiał ani zbyt sentymentalnie, ani ostro. Chyba jej się udało, bo nie usłyszała słowa sprzeciwu ze strony blondyna. Odgarnęła niesforne, rude loki, które z maniackim upodobaniem opadały jej na twarz i odwróciła się w jego stronę. Obserwowała, jak pracują jego mięśnie, podczas gdy się przeciągał i wstawał z łóżka. Hipnotyzował ją ten widok. Musiała sama przed sobą przyznać, że Ethan jest niezwykle fascynującą osobowością i byłaby wielką hipokrytką, gdyby temu zaprzeczyła. Starała się jednak nie dopuścić tej myśli do siebie - nie miała ochoty na kolejny, zapewne nieudany i krótki związek zakończony bolesnym rozstaniem. Ile razy by się nie zakochała, kończyło się to tak samo – wielkim upokorzeniem. Potrząsnęła głową, jakby miało jej to pomóc w pozbyciu się idiotycznych myśli. Nagle zorientowała się, że i ona, i Ethan stoją w bieliźnie po dwóch stronach łóżka, jak dwie sieroty i lustrują wzajemnie swoje ciała. Sytuacja była tak absurdalna, że zaczęła się śmiać. Nagły wybuch jej wesołości nieco zdziwił blondyna, lecz po chwili i on uległ radosnemu nastrojowi. Z gracją wciągnął na siebie spodnie i zaczął zapinać nieskończoną ilość małych guzików koszuli. Dłonie nieco mu się trzęsły, lecz zrzucił to na karb niedawnych emocji. Przeszkadzało mu to jednak w doprowadzeniu swojego ubioru do porządku. Lisa, która mocowała się z zamkiem ciemnozielonej sukienki idealnie podkreślającej kolor jej włosów zauważyła, ze ma problem. - Ja pomogę tobie, a ty mnie, co pan na to? – Spytała zalotnie, puszczając do niego oko. - Logiczna propozycja – uśmiechnął się. Kocim krokiem podszedł do niej i z łatwością zapiął zamek błyskawiczny znajdujący się na plecach dziewczyny. - Dziękuję – powiedziała odwracając się w jego stronę. Poprawiła włosy, spojrzała mu w oczy i położyła dłonie na guzikach jego koszuli. Niechcący trąciła skórę, której nie zasłaniał materiał. Zawahała się. Blada skóra przyciągała jej dłoń, jak magnes, lecz oparła się jej działaniu. Jego działaniu. Podniosła głowę i ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały. Kolejny raz wytworzyło się pomiędzy nimi to tajemnicze napięcie. Lisa zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma czasu i że praktycznie już jest spóźniona. Pokonała swoje pragnienie, by jeszcze raz poczuć tę jasną skórę pod palcami i szybko zapięła pozostałe guziki. Spojrzała na niego wyczekująco. - Wiem, wiem, muszę iść – rzucił zniecierpliwionym głosem. – Jeśli pozwolisz, wyjdę z tobą. Chciałbym cię mieć na oku jeszcze przez te kilka minut. Nie do końca wierzę, że nic się nie stało, gdy spałaś. - Od kiedy jesteś taki opiekuńczy w stosunku do mnie? – Zmrużyła oczy nabierając podejrzeń. – Jestem ci do czegoś potrzebna? – Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Nie chciała psuć tego napięcia, które powstało między nimi tej nocy. Jakkolwiek to brzmiało. - Drugie pytanie zignoruję dla twojego dobra, wierz mi. A zależy mi na tobie tylko dlatego, że twój szef prosił, żeby mi zależało. Zabolały ją te słowa. Zupełnie nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Myślała, że Walker nie musiał go długo namawiać, że Ethan po prostu chciał się z nią zobaczyć. Teraz zrozumiała, że był to dla niego tylko niezbyt przyjemny obowiązek. - Wyjdź, proszę. - Liso, posłuchaj – zaczął. – Źle to ująłem. Zanim skończyłem mówić, wiedziałem, że strasznie to brzmiało. – Dziewczyna nie miała ochoty go słuchać. Poszła do łazienki i opłukała twarz. Rozczesała włosy i nałożyła lekki makijaż. Miała nadzieję, że poszedł, lecz przeliczyła się. Gdy wyszła z łazienki zastała go w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. – Wystraszyłaś mnie w nocy. – Poszedł za nią do szafki na buty i z zainteresowaniem obserwował, jak wkłada czarne pantofle na szpilce. Pomyślał, że nie będzie jej zbyt wygodnie w pracy. Chwilę później doszedł do wniosku, że to nie jego sprawa. Choć coraz bardziej pragnął, by ta dziewczyna wpuściła go do swojego świata - w każdym znaczeniu tego słowa. - Porozmawiamy wieczorem, jak wrócisz z pracy? – Spytał z ledwie wyczuwalną nadzieją w głosie. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Nie wiedziała, o co mu chodzi, do czego dąży, co knuje. Nie mogła uwierzyć w czystość jego intencji. Jednak wewnętrzny głos podpowiadał jej, że może mu zaufać. Postanowiła go usłuchać. Najwyżej Ethan znów powie jej coś niemiłego. Miała pięćdziesiąt procent szans. „Raz się żyje” pomyślała, a na głos powiedziała: - Dobrze. Przyjdę do ciebie, jak tylko wrócę z prosektorium. - Kroisz trupy? – Zdziwił się. - A co? Mało kobiece zajęcie? – Spojrzała na niego z wyzwaniem w oczach. - W rzeczy samej. Mogę coś zasugerować? – W jego głosie pojawiło się rozbawienie. - Słucham. - Umyj ręce, zanim do mnie przyjdziesz. - Jesteś bezczelny, wiesz? – Uśmiechnęła się do niego. Dziwiło ją, że potrafiła mu wybaczyć każdą zniewagę. Nie pamiętała nawet, dlaczego była dla niego tak niemiła zaledwie kilka minut wcześniej. Niewątpliwie działał na nią jego urok. Nie miała tylko świadomości, że te sprawy zazwyczaj działają w dwie strony. - Wiem. Za to mnie lubisz, prawda? – Mrugnął do niej. - A kto powiedział, że cię... Nie dane jej było dokończyć. W pomieszczeniu rozległ się odgłos pukania do drzwi. Lisa zaciekawiona podeszła do nich i pociągnęła za klamkę. W progu stał Johnny Walker, jej szef. W panice spojrzała na zegarek i zdziwiła się – miała jeszcze pół godziny, czyli akurat tyle, by spokojnie dojechać do pracy, a Johnny nie miał zwyczaju jej podwozić. Zwłaszcza, że wczoraj w jego samochodzie zabrakło silnika. Żeby do niej dojechać musiałby przejechać całe miasto, a później wracać się kilkanaście kilometrów w zawrotnym tempie, żeby się nie spóźnić. „Przecież on może się spóźniać ile chce. Jest szefem...” pomyślała z goryczą Lisa. Idąc jednak tym samym tokiem rozumowania doszła do wniosku, że skoro Walker jest u niej, to przecież chociażby się spóźniła, nic jej się nie stanie, bo będzie z nim. Uśmiechnęła się do gościa. - Witam, szefie. Coś się stało, że przyszedłeś? – Spytała beztrosko. - Miałem kilka powodów. Mogę wejść? – Nie czekając na odpowiedź wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi, w międzyczasie cmokając zdziwioną Lisę w policzek. Jego wzrok padł na stojącego w głębi pomieszczenia Ethana. Johnny skłonił mu się lekko, a blondyn odpowiedział tym samym gestem. Z perspektywy dziewczyny wyglądało to tak, jakby rozumieli się bez słów. Nie mieściło jej się to w głowie. Zaledwie poprzedniego wieczoru Walker przekonywał ją, że Ethan nie jest godny zaufania, że nie może przejrzeć jego charakteru. Godzinę później jej nowy sąsiad jest zaufanym człowiekiem jej szefa, który ma się nią zająć po ciężkiej akcji w pracy. Johnny kazał mu spędzić u niej noc zupełnie nie licząc się z jej zdaniem. Mimo wszystko była mu wdzięczna, bo wyjątkowo potrzebowała wtedy czyjejś obecności. Nie zmieniało to jednak faktu, że Ethan w jakiś wyjątkowy i magiczny sposób całkowicie zmienił nastawienie Walkera do jego osoby. Lisa nie miała pojęcia, jak to się mogło stać, a jej szef nigdy nie zmieniał zdania o ludziach. Dlaczego w jego wypadku zrobił wyjątek? Musiała o tym z nim porozmawiać. Koniecznie. - Powiesz mi, co się stało? – Patrzyła na niego wyczekująco. Zauważyła, jak brunet delikatnie wskazał Ethanowi wyjście. Kolejny raz tego ranka zdziwiła ją reakcja mężczyzny. Bez słowa skinął głową i opuścił mieszkanie. Jej uwadze nie umknął fakt, że Walker wcisnął blondynowi w dłoń jakąś małą kartkę bardzo starając się, by tego nie zauważyła. Uznała, ze skoro tak mu na tym zależało, uda, że faktycznie tego nie widziała. Gdy za Ethanem zamknęły się drzwi, wyraz twarzy jej szefa stał się jeszcze bardziej niepewny, niż na początku. - Dixon, mamy problem – zaczął poważnie. – Pamiętasz naszego denata? - Staram się zapomnieć. - Zupełnie niepotrzebnie. - Dlaczego? - Bo zniknął... - Jak to: zniknął? – Spytała niedowierzając temu, co słyszy. – Przecież trupy nie znikają, tak po prostu. - Temu się udało – jego powaga była przerażająca. Była pewna, że nie żartował. - No ale co, wstał i sobie poszedł? Nigdy w to nie uwierzę. - Kochanie, będziesz się musiała postarać, bo to fakt. – Mówił do niej takim tonem, jakby była małym dzieckiem, któremu trzeba wytłumaczyć, że nie wolno wsadzać palców do kontaktu. - Johnny, a może po prostu wrzucili go do nie tej lodówki, co trzeba było? – W jej głosie pobrzmiewała nadzieja. - Możesz sprawdzić, gdzie chcesz, ale moi ludzie przejrzeli wszystkie lodówki i zlokalizowali wszystkie samochody, które w tym dniu choćby przejechały koło naszego budynku. - I nic? - Nic – uciął. – Jedziemy. Patrzyła na niego dziwnym wzrokiem. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo, lecz z drugiej strony wiedziała, że nigdy by jej nie okłamał. Zastanawiała się też, czy znów zawiezie ją do pracy taksówką, bo przecież nie zarabiał aż tyle, by codziennie jeździć taryfą. Skarciła się w duchu za tę idiotyczną myśl - nie miała prawa wnikać w prywatne życie Walkera. Tak naprawdę nawet nie wiedziała, czy ma jakąkolwiek rodzinę, nigdy nie chciał z nią o tym rozmawiać. Instynktownie czuła, że w jego życiu stało się coś, co spowodowało, że wybudował wokół siebie potężny mur. Zamknęła drzwi i zjechali windą na dół. Johnny milczał, a Lisa zatopiła się w swoich myślach. Bynajmniej nie dotyczyły zaginionego denata, było o wiele przyjemniejsze. Pod powiekami miała obraz przystojnego blondyna leżącego tuż przy niej i obejmującego ją ramieniem gwarantującym bezpieczeństwo. Niemalże czuła ciepło bijące od jego rozpalonego ciała. W nocy, gdy obudziła się na chwilę obserwowała go, gdy spał. Wyglądał tak spokojnie. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytmie, który ponownie ukołysał ją do snu. Zanim odpłynęła, delikatnie odgarnęła włosy z jego twarzy i podziwiała jej harmonijne piękno. Było w nim coś niepokojącego, pociągającego, coś, czemu nie mogła się oprzeć. Co gorsza – nie chciała się temu opierać. Przypomniała sobie jego westchnienie, gdy poczuł, jak się w niego wtula. Bezwiednie się uśmiechnęła, czym zwróciła uwagę Johnny’ego na swoje rozkojarzenie. - Trup cię tak podnieca, Dixon? – Spytał, gdy maszerowali w stronę wyjścia z budynku. Lisa spojrzała na niego zdziwiona. - Nie, to Ethan – za późno ugryzła się w język. Spuściła wzrok z zażenowania. Właśnie przyznała się swojemu szefowi, że fantazjuje o chłopaku, którego zna jeden dzień. Dobrze, że Walker znał ją na tyle dobrze, by nie wyciągnąć jakichś daleko posuniętych wniosków. - Zostaw Ethana w spokoju, dobrze ci radzę dziecino – ton jego głosu znów stał się bardziej ojcowski, niż przyjacielski. – To naprawdę dobry... facet, ale wasz związek byłby niezwykle... trudny. – Zdziwiło ją, jak ostrożnie dobierał słowa. Zdecydowanie wiedział coś, do czego nie chciał się przyznać. Jeszcze jej to powie, spokojnie, nic na siłę. - Nie skomentuję tego. - I dobrze zrobisz – uśmiechnął się do niej. - Czym pojedziemy? - Tym – w jego głosie pobrzmiewała duma. Podążyła za jego spojrzeniem i zatrzymała wzrok na przepięknym, zgrabnym, wymuskanym Maserati. Nie wiedziała, że Walker ma taki samochód. Prawdę mówiąc bardzo zdziwił ją widok sportowego wozu. Błysk w oczach bruneta nie pozostawiał wątpliwości – czarne cacko było jego ukochaną zabawką. Podeszli do pojazdu w milczeniu. Mężczyzna kurtuazyjnie otworzył Lisie drzwi, gestem zaprosił ją, by usiadła, po czym zamknął je najdelikatniej, jak umiał, by przypadkiem nie uszkodzić lakieru. Mankietem marynarki starł mikroskopijny pyłek znajdujący się na karoserii. Gdy stwierdził, że drzwi są w idealnym stanie obszedł samochód dookoła, zdejmując przy okazji maleńki liść znajdujący się na masce. W końcu, po przetarciu klamki od strony kierowcy, wsiadł do środka. Dziewczynie ta przesadna dbałość o idealny stan auta wydawała się komiczna, jednak z szacunku dla mężczyzny nie odezwała się ani słowem. Widać było, że chciał zrobić na niej wrażenie. Włożył kluczyki do stacyjki i delikatnie przekręcił. Cichy dźwięk silnika wydawał się być balsamem dla jego duszy i najpiękniejszą muzyką we wszechświecie. Wydawało jej się, że wczorajsza dziwna sytuacja z jego „zwykłym” samochodem sprawiła mu niemałą przyjemność. W końcu mógł pochwalić się światu swoim „maleństwem”. Nie wątpiła, że Walker traktuje ten samochód jak dziecko. Małe, wymagające nieustannej opieki i kosztownych zabiegów kosmetycznych, dziecko. Rozbawił ją fakt, że zaraz po uruchomieniu silnika mężczyzna zamiast ruszyć, włączył radio grające stary, klimatyczny jazz. Podobał jej się ten kontrast – facet na co dzień biegający z bronią w sportowym samochodzie, słuchający jazzu i być może... - John, wyrywasz na ten samochód panienki? – Wyrwało jej się. Rumieniec, który wykwitł na jego twarzy wystarczył za tysiąc słów. Teraz byli kwita- on wiedział o jej zauroczeniu nowym sąsiadem, a ona o jego nietypowym sposobie spędzania wolnego czasu. Nawet się nie obejrzała, jak dojechali pod gmach Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego. Kochała ten budynek, za jego majestatyczność, za wspaniałe chwile, które w nim przeżyła, za to, ze praca w środku była spełnieniem jej najskrytszych marzeń. Mimo, że często była na pograniczu załamania nerwowego kochała to, co robiła. I właśnie za to Walker darzył ją takim szacunkiem. Mało kto potrafił tak spełniać się w pracy. Czasem martwił się o dziewczynę i o to, że pracą zastępuję pustkę emocjonalną w swoim życiu. Zresztą, nie miał prawa jej tego wypominać, gdyż robił dokładnie to samo. Dlatego tak idealnie potrafili zrozumieć swoje intencje. Ledwie weszli do wnętrza budynku, podbiegł do nich rozhisteryzowany mężczyzna w białym kitlu oznajmiając im, że wszystkie lodówki są puste i że wszystkie ciała z kostnicy zniknęły bez śladu. Lisa wpatrywała się w niego, jak w idiotę, a Walker zrobił klasycznego karpia – otwierał i zamykał na przemian usta. Oboje nie mogli uwierzyć w to, co słyszą. - Stark, czy ktoś opuszczał ten budynek? – Spytał retorycznie. – Przeglądaliście kasety z monitoringu? Sprawdziliście dokładnie, czy wszyscy powtarzacie jakąś irracjonalną plotkę rozpuszczoną przez niedouczonego idiotę? – Im dłużej mówił, tym bardziej podnosił głos. Kończąc prawie krzyczał. Stark spurpurowiał na twarzy. - Wszystko sprawdziłem osobiście, sir – tłumaczył się, jąkając ze zdenerwowania. – Ciał po prostu nie ma. Nikt ich nie wyniósł, a same się raczej nie pochowały. - A skąd wiesz? – Lisa nie wierzyła, ze zadała to pytanie. Jej racjonalny sposób myślenia najwyraźniej zaczynał poważnie szwankować. - No jak to, proszę pani – patrzył na nią zdziwiony. – Przecież martwi nie chodzą... - Jesteś tak tępy, że mam ochotę cię... – Dziewczynie puściły emocje. Walker uspokajająco ścisnął jej ramię i szepnął do ucha, by dała sobie na wstrzymanie. Rudowłosa jednak nie usłuchała. Drobnymi krokami, gdyż tylko na to pozwalały jej wysokie szpilki zbiegła na dół, prosto do kostnicy. Przeklinała się w duchu za głupi dobór obuwia. Chciała zaimponować Ethanowi, że nawet w pracy potrafi być elegancka – stąd ta sukienka i wieczorowe buty, w których nie przeszła nigdy więcej niż kilkanaście metrów. Teraz, jak pomylona przeskakiwała po dwa stopnie, by jak najszybciej znaleźć się na dole. Wbiegła do prosektorium i jak w transie otwierała wszystkie drzwiczki do chłodni, w których trzymano zwłoki. - Pusto, pusto, pusto – powtarzała histerycznie – pusto pusto, pusto... Co jest, kurwa? - Dixon, nie klnij – tuż za sobą usłyszała cichy głos Walkera. – Postaraj się uspokoić. - Powiedz mi, do cholery, jak mam się uspokoić, skoro wszyscy denaci zniknęli? Powiesz mi, gdzie są? Poszli na kawę? Co to, kurwa, „Śniadanie u Tiffany’ego 2: Atak Zombie”? - Mówiłem, uspokój się – spiorunowała go wzrokiem. – Jeśli nie posłuchasz, będę musiał cię odsunąć. - I kim mnie zastąpisz, tym małolatem, Starkiem? – Wiedziała, że ma rację. Johnny’emu brakowało dobrych, zaufanych ludzi, którym można było powierzyć każdą, nawet najbardziej irracjonalną misję. - Kochanie, Stark jest sześć lat starszy od ciebie, nie zapominaj o nim. – Uśmiechnął się podle. To nieco pomogło jej się opanować. Zauważył to. – No, mała, tak o niebo lepiej. Usiądź sobie i spokojnie się zastanówmy, co się mogło stać, dobrze? Lisa bez zastanowienia wskoczyła na stół, na którym z reguły przeprowadzała sekcje. Brunet popatrzył na nią z politowaniem, lecz ona tylko pomachała nogami, jak mała dziewczynka. Uwielbiał jej bezpretensjonalność. A dziewczyna próbowała się skupić na znalezieniu rozwiązania, które nie trąciłoby filmami grozy. Nie mogła jednak wymyślić niczego, co by się nadawało do przedstawienia w ewentualnym raporcie. I wtedy beznadziejność ich położenia dotarła do niej ze zdwojoną siłą. Co z nich za służby specjalne, skoro nawet zwłok nie potrafią upilnować? Co na to powiedzą ich zwierzchnicy? Staną się pośmiewiskiem... - Walker, musimy szybko rozwiązać tę sprawę... – Rzuciła zdenerwowana. - A masz jakiś pomysł? – Brew mężczyzny sugestywnie podjechała do góry. – Przecież nie mamy dowodów. Nie ma śladów krwi, po ewentualnym przenoszeniu świeżych trupów, chociażby tego wczorajszego, nikt się tu nie włamał, wszystko było tak, jak zawsze... Jesteśmy w martwym punkcie. - W dupie jesteśmy – skwitowała dziewczyna. - Jeśli wolisz tak ordynarne określenie – popatrzyła na niego z politowaniem. – Dobra, już nic nie mówię. Złaź ze stołu, obejrzymy te kasety. Może Stark coś przeoczył. Lisa zeskoczyła ze stołu i z gracją przyjęła groteskowo, w tej sytuacji, podane jej ramię mężczyzny. Wyszli z kostnicy, starannie zamykając za sobą drzwi. Oboje w ten samej chwili pomyśleli, że co miało stamtąd wyjść, to już wyszło. Spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się konspiracyjnie. Jakby denaci postanowili jednak wrócić, napotkają tylko jedne drzwi zamknięte tylko na małą zasuwkę. Nie będą mieli problemu z powrotem do swych „sypialni”. - Absurd... – Westchnęła dziewczyna. - Tak, kochanie, masz całkowitą rację. – Przytaknął jej Walker. Szybkim krokiem skierowali się w stronę windy. Mężczyzna ze zniecierpliwieniem naciskał guzik, lecz przeklęty elewator nie miał zamiaru przyjechać. Sekundy wlokły się w nieskończoność zarówno Johnny’emu, jak i Lisie, a oboje wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na choćby minutę zwłoki. Zależało im na tym, żeby „góra” dowiedziała się jak najpóźniej o ich nieudolnych działaniach. Mieli niemal stuprocentową pewność, że zwierzchnicy dowiedzą się o zaistniałej sytuacji - zawsze ktoś im donosił, wszędzie mieli opłaconych szpiegów! Niby dla bezpieczeństwa, a tak naprawdę tylko po to, by kontrolować, czy ktoś przypadkiem nie wie za dużo i nie robi czegoś, co nie należy do jego obowiązków. Dixon modliła się tylko o to, żeby „kret” zakapował później, niż wcześniej, a broń Boże, nie teraz. Rozpętaliby piekło na ziemi. I zapewne nie tylko na ziemi. Z nieprzyjemnych rozmyślań wyrwał ich dźwięk windy zatrzymującej się na parterze. - No nareszcie! – Syknął brunet. – Wsiadaj. Kurtuazyjnie przepuścił ją w drzwiach. Jechali w milczeniu. Na szczęście byli sami i nikt nie rozpraszał ich myśli. Zadziwiająco szybko znaleźli się w pomieszczeniu ochrony. Ledwie wyszli z windy, ogarnęła ich ciemność, rozświetlana jedynie bladymi refleksami padającymi z setek monitorów porozmieszczanych na wszystkich ścianach. Nie było okien, a dopływ świeżego powietrza zapewniały jedynie przewody wentylacyjne. Mimo to, nie było za bardzo czym oddychać, a dodatkowo atmosfera w pokoju, o ile można nazwać pokojem tak ogromną przestrzeń, była tak gęsta, że można było ją ciąć nożem. Kilkunastu techników z uporem maniaka wpatrywało się w jeden mały monitor. Zapewne przeglądali kasety z tej nocy. Lisa wątpiła, by cokolwiek znaleźli. Tak naprawdę, nie mieli pojęcia, czego na nich szukać. Z resztą, ona też tego nie wiedziała, lecz liczyła, że pomoże jej instynkt. Przynajmniej tego jednego mogła być pewna. Walker zapewne liczył na to samo, ale dziewczyna była pewna, że nawet na torturach by się do tego nie przyznał. - No dobra, panowie – zaczęła swym najbardziej kobiecym tonem – możecie iść na przerwę. – Zatrzymali kasetę i spojrzeli na nią tak, jakby od dawna nie widzieli przedstawicielki płci pięknej. Cieszyła się, że przyszła tu z Johnny’m. - Słyszeliście, wracajcie do swoich zwykłych obowiązków, a oglądanie tej taśmy zostawcie nam – dodał brunet zdecydowanie. Nie mogli nie posłuchać i choć nie mieli najmniejszej ochoty wracać do pracy, to on tu rządził i musieli go słuchać. Z pomrukami niezadowolenia porozchodzili się do swoich stanowisk robiąc miejsce nowoprzybyłej dwójce. Walker odsunął dziewczynie krzesło, jednocześnie przewijając taśmę do samego początku, mniej więcej do godziny, w której znaleźli zwłoki. Przez chwilę nic się nie działo, widok z kilku kamer był zupełnie czysty, nikt nieznajomy nie kręcił się po budynku. - Czyli tezę mówiącą o tajemniczym złodzieju ciał ukrywającym się gdzieś w piwnicach możemy uznać za niewiarygodną – podsumował Johnny. Oglądali dalej. Widzieli, z kamery znajdującej się przed budynkiem, szereg radiowozów i karetkę podjeżdżające pod schody prowadzące do głównego wejścia. Pracownicy w kitlach przenieśli denata do środka, a następnie do kostnicy, co zostało zarejestrowane, na co najmniej czterech kamerach. Wszystkie twarze wydawały im się znajome, więc teza, że złodziej wszedł do Laboratorium równocześnie ze zwłokami poddała się równie szybko, co poprzednia. Dalej byli w martwym punkcie i nic nie wskazywało na to, że ich sytuacja kiedykolwiek się poprawi. Walker przewinął taśmę na podglądzie, lecz przez kilka godzin na żadnej z kamer nie zarejestrowano jakiegokolwiek ruchu. Chemicy siedzieli w laboratoriach, kilku z nich spało na kanapach w czasie, gdy powinni badać próbki z innego śledztwa, lecz brunet nie zamierzał wyciągać z tego konsekwencji. Byle wszystko było na czas i takiej jakości, jakiej oczekiwał – reszta się nie liczyła. Ponownie skupił się na kasecie i obserwowaniu wciąż pustych korytarzy. Około piątej rano na dolnym poziomie wybuchła panika. Naukowcy w kitlach biegali, jak opętani po korytarzach, wpadając jeden na drugiego i wyglądając naprawdę komicznie w swojej bezradności. Najciekawsza rzecz miała jednak miejsce o kwadrans później. W hallu głównym zebrała się spora grupa osób, które najwyraźniej obradowały nad tym, co się stało. Lisa domyśliła się, że zauważono brak zwłok, jednak to, co ujrzała na kasecie przyprawiło ją o szybsze bicie serca. Kurczowo ścisnęła ramię Walkera. W przeciągu kilku sekund wszyscy chemicy leżeli nieruchomo na podłodze, jakby ktoś krzyknął „Padnij!” lub rozpuszczono jakiś paraliżujący gaz. Wyglądali na martwych. - Jakim cudem Stark to przegapił? – Spytała retorycznie. - Nie pytaj mnie o takie głupoty, Dixon, proszę cię. – Głos mężczyzny był tak samo przejęty, jak jej. Oboje nie wiedzieli, co myśleć o sytuacji, która rozgrywała się przed ich oczami. Naukowcy na ekranie powoli zaczęli się podnosić, jakby zorientowali się, że nic im nie grozi lub gaz przestawał działać. Lisa dokładnie widziała ich zdziwione miny, gdy obserwowali swoich kolegów leżących na posadzce. Niektórzy z nich próbowali pomóc pozostałym. Kilka minut później wszyscy zachowywali się, jakby nic się nie stało i wrócili do swoich zajęć. - Dziwne... – Westchnęła Lisa. Przez jej umysł przepływały tysiące myśli jednocześnie, nie mogła się skupić na rzeczowej analizie, a tego niestety oczekiwał od niej jej szef. Wysilając resztki woli ponownie wpatrzyła się w ekran. Szukała czegoś, co nie pasowałoby do reszty. Nagle, na obrazie jednej z kamer zauważyła krótki błysk. Spojrzała na godzinę nagrania. Było to dokładnie w chwili, gdy naukowcy podnosili się z ziemi. Błysk trwał tyle, co mrugnięcie i wydawało jej się, że to tylko wyobraźnia. Miała jednak dziwne przeczucia, że się nie myli. - John, mógłbyś powiększyć obraz z kamery siedemnastej, cofnąć go o jakąś minutę i mocno zwolnić? – Spytała. - Jasne – rzucił i zaczął majstrować przy nagraniu. W chwilę później na ekranie zostało tylko jedno okienko, które wypełniło go w całości. Lisa wpatrywała się w widoczny na nim korytarz w nadziei, że błysk się powtórzy. Może ktoś sfałszował nagranie, nakładając jakiś szablon na kamery lub wpuszczając pluskwę do ich systemu? Wszystko było możliwe, musieli rozpatrzyć wszystkie kombinacje, nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienie. W dodatku mieli świadomość, że czas działa na ich niekorzyść. W każdej chwili do Laboratorium mogli wpaść ich zwierzchnicy... A tego woleliby uniknąć. Nagle na ekranie pojawiła się biała smuga o ludzkim kształcie, która była widoczna zaledwie przez sekundę. - Widziałeś to? – Spytała podekscytowana Lisa. Coś znaleźli! Mieli punkt zaczepienia! Teraz wystarczyło tylko znaleźć tego człowieka – Dasz radę jeszcze bardziej zwolnić? Albo najlepiej zatrzymywać klatka po klatce... – John dziwił się jej nagłemu zapałowi. Nie wierzył, że ten cień mógł im cokolwiek powiedzieć, lecz dla satysfakcji dziewczyny postanowił jej usłuchać. Lisa ponownie wpatrzyła się w kasetę. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że nie powinni poznać tożsamości człowieka z nagrania. Coś było nie tak – nagranie na pewno nie było zniszczone, chyba że faktycznie mieli w systemie blokującego szpiega, lecz to nie było możliwe, gdyż technicy do tej pory by go wykryli. Zapis jednak był nieczytelny tylko w tym jednym miejscu. A w połączeniu z tym nagłym atakiem na chemików zaledwie kilka sekund wcześniej dawało to niezwykłą kombinację. Co ten człowiek robił samotnie na korytarzu, podczas gdy w hallu głównym trwała narada dotycząca zaginionych zwłok? To musiał być złodziej! Tylko skoro przyszedł po denata, to gdzie jest ciało? Dziewczyna starała się pozbierać chaotyczne myśli, lecz żaden z elementów układanki nie pasował do siebie. Tak naprawdę mieli tylko jeden trop – człowieka z kasety. Za wszelką cenę postanowiła dowiedzieć się, kim on jest, mimo iż musiała całkowicie zignorować swoje przeczucia. Żołądek bolał ją tak, jakby zaraz miało stać się coś złego. Zrzuciła to jednak na karb zbyt wielu emocji, których doświadczyła tego poranka. Nie wiedziała jednak, że to dopiero początek zagadek, które miał przynieść ze sobą ten dzień. Walker odpowiednio spreparował nagranie. Mieli przed oczami pojedyncze kadry zapisu, przez co mogli je analizować fragment po fragmencie. W odpowiedniej sekundzie na końcu korytarza pojawił się człowiek ubrany w jakąś białą szmatę. Nie przypominał nikogo z pracowników, musiał przyjść z zewnątrz, a fakt, że przechodził korytarzem prowadzącym z prosektorium nie działał na jego korzyść. Lisa nacisnęła przycisk powodujący zmianę kadru na następny. Mężczyzna był już w połowie korytarza. To niemożliwe! Nikt nie miał prawa tak szybko się przemieszczać. Pomiędzy jednym, a drugim ujęciem minęły zaledwie niewielkie ułamki sekund, a on pokonał co najmniej kilkanaście metrów. Dziewczynie wydało się to niezwykle dziwne. Wzięła pod uwagę fakt, że nagranie mogło być uszkodzone tylko w tym…