Fantasy · 41 min czytania
Instynkt (Smocze dziedzictwo III)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trzecia część cyklu, tę trudno już będzie zrozumieć bez przeczytania poprzednich... tutaj jest też chyba najwięcej akcji :) zapraszam
Silne skrzydła dawno już się nie poruszyły. Sokół szybował bez wysiłku, z rzadka tylko uderzał powietrze, by nie stracić zbytnio wysokości. Wiatr pieścił lekko pióra podniebnego myśliwego, podczas gdy jego oczy badały przestrzeń w dole. Aldera ubierała się właśnie w najpiękniejsze szaty. Polujące zwierzęta nie dostrzegają jednak uroku szmaragdowozielonych trawiastych równin, skrzącego się srebrem błękitu strumieni, czy żółtych kwadratów pól, którym wiatr nadawał wygląd falujących złociście oceanów. Gdzieś w oddali usłyszał krzyk orła. Nie musiał się już jednak obawiać konkurencji w polowaniu - pod nim rozpościerał się teraz obfitujący w zwierzynę las Whiswood. Rozległa puszcza oferowała mięso tłustych myszy, zwinnych wiewiórek i młodych zajęcy wielu takim jak on. Wystarczyło uważnie patrzeć i w odpowiednim momencie spaść na ofiarę morderczym nurem. Czujne, paciorkowate oczy drapieżnika prześliznęły się właśnie po ciemnozielonych liściach olbrzymiego dębu, wyrosłego na skraju niewielkiej polanki. Nie dostrzegły jednak żadnego potencjalnego posiłku w gałęziach kolosa, toteż sokół z krzykiem poleciał dalej. Wówczas dopiero spomiędzy gęstwiny wysunął się wąsaty pyszczek rudej wiewiórki. Zwierzątko powęszyło chwilę w powietrzu, po czym opadło na powrót na cztery łapki i szybkim biegiem przemierzyło odległość na drugą stronę korony dębu, strącając po drodze jeden z zaczepionych o gałąź liści. Liść, obracając się w powietrzu, sfrunął w dół, by u podstawy drzewa osiąść na policzku śpiącej na trawie postaci. Dziewczyna mruknęła z niezadowoleniem i szybkim ruchem ręki przetarła twarz, jakby chcąc odgonić natrętnego owada. Zielony listek opadł na ziemię, śpiąca tymczasem ziewnęła szeroko i przewróciła się na bok, wsuwając ramię pod głowę. Jednak raz zaniepokojona, niedługo już cieszyła się spokojnym snem. W chwilę później raz jeszcze nabrała wielki haust powietrza i otworzyła brązowe oczy. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami, przetarła powieki i półprzytomnym wzrokiem rozejrzała się po okolicy. Porankowi nie sposób było odmówić uroku. Słońce, zawieszone nie tak już nisko nad horyzontem, prześwietlało poszycie lasu, pstrząc murawę świetlistymi plamkami. Białe, pierzaste chmurki sunęły beztrosko, niespiesznie, po błękitnym niebie. Wąski, ukryty w wysokiej trawie strumyczek szemrał na kamieniach, jakby odległy szept niósł ze sobą tajemniczą historię. Raika wchłonęła z rozkoszą wszystkie te zachwycające wrażenia, odgarnęła z czoła jasną grzywkę i wstała ze swego prymitywnego legowiska. Przeciągnęła się leniwie, wyciągając ramiona do koron drzew, aż chrupnęło w stawach. Zdążyła się już przyzwyczaić do sypiania na łonie natury, choć podczas pierwszych nocy odczuwała jeszcze lekką tęsknotę za ciepłym, suchym domem Savny i pierzyną, miękką jak puch młodego ptaka. Teraz już nie wstawała z jękiem, powodowanym obolałym biodrem czy zesztywniałym karkiem. Przeciwnie, życie w Whiswood i ciągła wędrówka zdawały się być coraz bardziej naturalne i pożądane. Przypomniała sobie wiele z doświadczeń z dzieciństwa. Wędrowni handlarze potrafili współżyć z otaczającą ich przyrodą tak samo dobrze jak z miejscową ludnością. Umysł i dłonie Raiki nie zapomniały całkowicie sztuki wyprawiania skór, wyplatania z giętkich gałązek sieci na ryby, zakładania wnyków na drobną zwierzynę czy rozpalania ogniska. Jak dobrze byłoby samej sobie być panią, gdyby nie samotność przy wieczornym posiłku! W blasku ogniska, z braku kogoś, do kogo mogłaby otworzyć usta, nuciła pieśni, najpierw kołysanki śpiewane jej w dzieciństwie i piosenki z ulic Nardeny, potem melodie schowane gdzieś w najdalszych zakamarkach pamięci. W ten sposób, dzień po dniu zbliżała się do celu wędrówki, Ylitorn, miejsca pobytu brata. Otrząsnęła się już całkowicie ze snu, w czym znacznie pomogło opłukanie twarzy wodą z pobliskiego strumienia. Zjadła kawałek zajęczego mięsa, pozostałego z wczorajszej kolacji przy ognisku, przegryzając garścią dorodnych jagód. Pozostawała w okolicy polanki już dość długo, jako że miejsce było dobre do polowania, przygotowania zapasów jedzenia i kawałków skór na dalszą podróż. Wiedziała jednak, że najwyższa pora ruszyć w drogę. Wydarzenia ostatniej nocy tylko pomogły jej podjąć decyzję - musiała prędzej zgasić ognisko, zaniepokojona odgłosami niedalekiego obozowiska. W wieczornej ciszy dochodziły ją strzępy głośnej rozmowy, czasem pijacke śpiewy. Whiswood było schronieniem również dla wyjętych spod prawa, a takiego towarzystwa wcale nie szukała. Nie traciła czasu. Zebrała kilka rozłożonych na kamieniach skór i pasy mięsa, suszone na tyczkach wokół paleniska. Rozgarnęła stopą liście i trawę, rozłożoną na jej posłaniu dla ochrony przed chłodem ziemi. Słońce nie zdążyło przejść po niebie zbyt długiej drogi, kiedy z przerzuconym przez ramię skórzanym workiem stanęła, gotowa do dalszej wędrówki. Raz jeszcze omiotła spojrzeniem gościnną polankę i ruszyła, nie oglądając się w tył. Dość szybko wróciła do przyzwyczajeń z dzieciństwa - wędrowiec nie czuje tęsknoty, przywiązanie i przynależności tylko utrudniają mu życie. Nie mogła jednak porzucić strumyczka, dlatego ucieszyła się widząc, że wartka woda zmierza w wygodnym dla niej kierunku, a także zbliża się do traktu wiodącego pomiędzy drzewami. Na drodze nie mogła się wprawdzie czuć tak bezpiecznie, jak w leśnej głuszy, miała jednak szansę spotkania ludzi, a ostatnimi czasy samotność zaczynała jej już doskwierać. Maszerowała dziarsko, aż wczesnym popołudniem ścieżka zaprowadziła ją na otwartą przestrzeń kolejnej polany. Przysiadła pod jednym z rozłożystych drzew, chcąc w cieniu odpocząć od palących promieni słońca. Westchnęła, wyciągając nogi i przymykając swe złoto-brązowe oczy. Ptaki ćwierkały, a lekki wietrzyk miło chłodził rozgrzane marszem policzki. Musiała zdrzemnąć się na chwilkę, gdyż w pewnym momencie drgnęła na dźwięk całkiem niedalekiej rozmowy. Właściwie pełne złości głosy brzmiały raczej jak kłótnia. Podniosła się, nasłuchując. - Bierz go, psiego syna! - mężczyzna wciąż pozostawał niewidoczny, nie ulegało jednak wątpliwości, że kipi wściekłością. - Nie gorączkuj się tak, Jondu - uspokajał inny głos, kończąc wypowiedź nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem. - Jest już nasz, wkrótce wypatroszysz go jak królika. - Nie byłbyś taki rozbawiony, gdyby to na tobie próbował wczoraj swoich parszywych sztuczek. Już myślałem, że tracę rozum! Teraz Raika mogła już dostrzec mężczyzn. Przeklęła bezgłośnie, zdając sobie sprawę, że nie da rady wycofać się z otwartej przestrzeni niezauważona. Tylko chwila dzieliła ją od konfrontacji. Dwoje zwalistych mężczyzn o wyglądzie oprychów weszło na polankę, popychając przed sobą drobną, ciemnowłosą postać. Szli właściwie wprost na nią i tylko silne emocje sprawiły, że dotychczas jej nie dostrzegli. Uniosła się lekko z ziemi, pozostając w przyklęku, gotowa w razie potrzeby odskoczyć. Idący z przodu, brzuchaty rzezimieszek o czarnych włosach, zwisających w przydługich, tłustych strąkach na pryszczate czoło, wydawał się rzeczywiście rozeźlony. Na przemian pięścią i otwartą dłonią wymierzał razy słaniającej się na nogach niewysokiej postaci, cofającej się niepewnymi krokami z każdym uderzeniem. Pozostający w pewnej odległości, niechlujnie ubrany rudzielec z krótką brodą, zanosił się przez cały czas głośnym, gulgoczącym śmiechem. Raika zmarszczyła brwi - obecność tych dwojga na spokojnej polanie rozświetlonej popołudniowym słońcem wydawała jej się dysonansem, nieprzyjemnym zgrzytem w harmonii natury. Okładanemu nie zdążyła się jeszcze przyjrzeć, zajęta ocenianiem własnych szans w razie ewentualnego starcia. Zauważyła tylko ciemną fryzurę i skórzane ubranie wędrowca, opinające drobną sylwetkę. Zabłąkany wyrostek? Uciekinier, podobnie jak ona? Cała trójka zbliżała się. Dziewczyna po raz kolejny sprawdziła, czy przy pasie zwisa jej zakryty przed oczami obserwujących sztylet, szybkim badającym ruchem dotknęła też cholewy buta. Mało prawdopodobne, by udało jej się nie użyć broni w konfrontacji z dwoma opryszkami. Pryszczaty, nazwany wcześniej Jondu, poczerwieniał z wściekłości. Choć od Raiki dzieliło go nie więcej niż dziesięć kroków, nadal jej nie widział. Raz jeszcze z krzykiem wymierzył cios, po czym chwycił swoją ofiarę za kołnierz skórzanej bluzy i uniósł w powietrze niczym szmacianą lalkę. - Nauczę cię pokory, wszawy kuglarzu! - wrzasnął, po czym całą siłą tłustego ramienia cisnął biedakiem przed siebie. Ciało upadło ciężko w odległości dwóch kroków od dziewczyny. Teraz musiała już zostać spostrzeżona. Na polanie na chwilę zapanowała cisza. Dwoje rzezimieszków w osłupieniu wpatrywało się w przyczajoną Raikę, leżący milczał, zapewne straciwszy przytomność, nastolatka zaś oceniała wzrokiem odległości i planowała działanie. - A to nam się trafiło, Jondu! - rudzielec z tyłu pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia i aż klasnął w dłonie z uciechy. - Młódka! Dzierlatka w tej przeklętej głuszy! Pluń na tego psa. Klnę się na co chcesz, że niczego mi bardziej nie brakowało niż gorącej baby! - Z nim jeszcze nie skończyłem ... - mruknął tamten, wycierając dłonie w spodnie z samodziału, podczas gdy Raika wzdrygnęła się z obrzydzeniem. - Ale masz rację, poczeka. Po jego pryszczatej twarzy przebiegł obleśny uśmieszek. Obaj zaczęli zbliżać się do dziewczyny, która ledwie powstrzymała się od otwartego ataku. W głowie zabrzmiały słowa Tereka: "Gdy przeciwników jest więcej, rzadko spodziewają się oporu. Dlatego twoją bronią jest zaskoczenie, twoją siłą - przygotowanie". Nogi rozstawiła w lekkim rozkroku, ale dłonie uniosła na wysokość piersi w udawanym geście naiwnej bezradności, a na twarz przywołała głupiutki uśmiech. Im mniej groźna wyda im się w tej chwili, im bardziej ją zlekceważą, tym łatwiej będzie ich powalić. - Ależ, szanowni panowie... - zapiszczała, uśmiechając się nadal. - Nie skrzywdzicie chyba kobiety w podróży? Oprychy, nazwane "szanownymi panami", na moment osłupiały. Po chwili polanka wypełniła się ich brzydkim rechotem. - Skrzywdzimy? - śmiali się. - Nie, wręcz przeciwnie! Może ci być całkiem miło, jeśli umiesz być dobrą dziewczynką... Chodź, zabawimy się! Zbliżali się obaj. Raika dobrze wiedziała, jak napastnicy zachowują się w takiej sytuacji. Była przygotowana, gdy idący na przedzie Jondu rzucił się ku niej. Dłonie, udające bezradność, w jednej chwili stały się bronią. Odsuwając się krok w bok, schwyciła nadgarstki nacierającego i, wykorzystując jego własną siłę i rozpęd, odrzuciła go za siebie. Runął, straciwszy równowagę, a dziewczyna sięgnęła do ukrytych sztyletów. Dwa ostrza zabłysły teraz w jej dłoniach, rozpoczynając dziki taniec wokół drugiego przeciwnika. Brodacz nie pozostawał jednak długo w bezruchu. Mimo braku uzbrojenia, przedstawiał sobą niebezpieczeństwo, gdy zamachiwał się potężnymi ramionami. Dziewczyna wiedziała, że może polegać na swojej szybkości, uniki i odskoki były właśnie tym, co predestynowało ją do używania dwóch noży. Już w szkole Tereka zauważyła, że nikt nie dorówna jej prędkością. Rudzielec okazał się jednak całkiem wytrzymały. Wielokrotnie draśnięty, wydawał się nic sobie nie robić z ran. Wciąż próbował dosięgnąć jej wściekłymi zamachami potężnych rąk. Tymczasem podniósł się i Jondu, zmuszając Raikę do prawdziwych akrobacji. Pryszczaty jednak nie okazał się zbyt sprawny. Mogło też być tak, że złość przytłumiła jego refleks, gdyż jeden z tnących ciosów sztyletu szybko dosięgnął jego boku. Zraniony, brocząc krwią, wycofał się z pola walki, upadając na trawę. Ten widok rozwścieczył nadal walczącego brodacza. Począł wykrzykiwać, nadając każdemu ciosowi morderczą siłę. Wyczerpana ciągłym uciekaniem Raika musiała trzymać się z dala od niego. Dysząc ciężko, spływając potem w upale letniego popołudnia, klęła w myślach, nie mogąc zaatakować. Powoli zaczynała rozumieć, że przegra ten, kto pierwszy straci siły. Przeciwnik był zdecydowanie potężniej zbudowany, nie został też wcześniej zmuszony do odpierania ataków z dwóch stron. Kalkulując chłodno, doszła do wniosku, że stoi na gorszej pozycji. Słyszała własny świszczący oddech, czuła omdlewanie zmęczonych mięśni. Tę walkę musiała zakończyć teraz! Raz jeszcze zaufała swojej szybkości i, zawierzając jej życie, rzuciła się w przód z ostrzem skierowanym ku szyi mężczyzny. Uderzenie w bark odrzuciło ją w tył, promieniując tępym bólem na całe ciało, było jednak ostatnim, które zadał jej przeciwnik. Nie musiała nawet patrzeć w jego stronę - w chwili zadania ciosu poczuła, jak na uzbrojoną dłoń chlusta jej ciepła ciecz. Poderżnęła obrośnięte rudym zarostem gardło! Po upadku wstała szybko, oceniła wzrokiem pole walki i widząc, że nie ma już zagrożenia, pochyliła kark, opierając dłonie na udach. Oddychała ciężko, łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami. Jej serce powoli wracało do swego zwykłego rytmu, kiedy niedaleki śmiech omal go nie zatrzymał. Uniosła twarz, spoglądając w kierunku ściany lasu. Pod drzewami stał jeszcze jeden mężczyzna, nie tak tłusty i zaniedbany jak pokonani przez nią wcześniej. W jego ręku dostrzegła też oręż - krótki żelazny miecz, używany czasem przez początkujących wojaków lub wędrownych rabusiów. Obcy oparł klingę na ramieniu, przyglądając się jej z lekceważeniem - Dobrze się bijesz... jak na kobietę - roześmiał się głośno, widząc jej zaczerwienione z wysiłku policzki, zlepione potem włosy i liczne świeże zadrapania i otarcia, znaczące skórę ramion i twarzy. - Ciekaw jestem, czy starczy ci jeszcze sił, by zmierzyć się ze mną? Za uprzątnięcie mi z drogi tej dwójki mogę ci podziękować, nie przesadzajmy jednak z wdzięcznością. Stawaj! Swoje wyzwanie poparł wyciągnięciem miecza przed siebie, zrobił też kilka kroków w jej kierunku. Raika świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że oto walczyć ma z uzbrojonym, wypoczętym przeciwnikiem, sama wyczerpana i poobijana. Najchętniej padłaby na kolana w miękką, pachnącą trawę i długo odpoczywała. Może zasnęłaby na chwilkę? Może tylko przyglądałaby się płynącym ponad głową obłokom...? Dwa kolejne, szybkie oddechy zabrzmiały niebezpiecznie podobnie do szlochu. Czy to był zatem kres jej wędrówki? Czy po to przeżyła na ulicach Nardeny, po to dorosła w domu opiekunki, po to w końcu uciekła poza krąg żółtego żwiru? Naprawdę ma tu zakończyć życie?! Przed oczami przemknęły jej obrazy z przeszłości, ciepła twarz Savny w blasku ognia z paleniska, oczy Tereka, nadzorujące jej trening, przygotowujące ją do roli wojowniczki... Potem nadpłynęły wspomnienia z dzieciństwa - sznury wozów, porykiwania humali, czujna twarz Severa, jej ojca... i to najważniejsze oblicze, trójkątne, ostre rysy pod strzechą włosów koloru lnu, brązowe oczy... Twarz będąca lustrzanym odbiciem jej własnej. Reino, kochany bracie! Nie odnajdę cię już, nie osiągnę celu wędrówki! Nabrała duży haust powietrza, pozwoliła obrazom odpłynąć. Jeśli ma tu umrzeć, niech tak będzie. Nie zginie jednak odarta z godności, niech do ostatniego oddechu ma swoją dumę! Zacisnęła palce na rękojeściach sztyletów i skrzyżowała je przed sobą, unosząc wzrok ku nowemu przeciwnikowi. Widok, który napotkała, wprawił ją w zaskoczenie. Mężczyzna, rosły brunet o kwadratowej szczęce, stał nie dalej jak cztery kroki od niej z mieczem opuszczonym ku stopom. Ręka trzymająca oręż zdawała się wręcz bezwładna, przeciwnik zaś nieobecny duchem. Rozszerzone strachem niebieskie oczy obserwowały coś ponad jej ramieniem. Co mogło go tak przerazić? Spojrzała szybko za plecy. Nie znalazła tam nic strasznego, choć rzeczywiście nie spodziewała się tego, co ujrzała. Powalony ciosem Jondu osobnik, którego z daleka i nie przyjrzawszy się, uznała za młodego chłopca, odzyskał przytomność. Półleżał na trawie, wsparty na ramieniu, wpatrując się z napięciem w ostatniego z napastników. Wolną dłoń ułożył w dziwnym geście, z dwoma palcami wyprostowanymi ku górze, na wysokości ust. Jego wyrażająca skupienie twarz wydała się Raice nieludzka - podłużne, lekko skośne oczy błyszczały ciemno na tle oliwkowej skóry, a długie, czarne włosy, spięte w kucyk na czubku głowy nie zakrywały drobnych uszu, zakończonych ostrym szpicem. Gdzieś w zakamarkach pamięci odnalazła coś podobnego... Ciepły głos Savny... "...niższe od nas wzrostem, o małych, szpiczasto zakończonych uszach, ciemnych włosach i skórze oraz skośnych oczach...". Avregowie, rasa czarodziejów! - Atakuj! - nakazał słabym głosem, nie odrywając wzroku od napastnika. - Uderz teraz, póki go trzymam! Raika ocknęła się z zaskoczenia. Nie zastanawiała się, dlaczego nieoczekiwany sprzymierzeniec sam nie zakończy walki, po prostu skupiła się na powrót na przeciwniku. Ostatni z rzezimieszków wciąż zdawał się jej nie zauważać. Zebrała w sobie resztki sił, uniosła sztylety. Ten mężczyzna chciał jej krzywdy i doprowadzi swój zamiar do końca, jeśli mu nie przeszkodzi. Z rozpaczliwym krzykiem rzuciła się w przód, tnąc oboma ostrzami w poprzek jego klatki piersiowej i kończąc atak morderczymi sztychami pod obojczyki. Przeciwnik, jakby wybudzony ze snu, spojrzał na nią zaskoczonymi oczami i z głuchym jękiem osunął się pod jej stopy, wypuszczając miecz z bezwładnej dłoni. Walka dobiegła końca. Wyczerpana wojowniczka opadła na kolana. Milczeli długo, zajęci wypoczywaniem, żadne z nich nie miało siły rozmawiać. Dziewczyna czuła się zmęczona nie tylko fizycznie, choć wyczerpanie mięśni zamazywało trochę jej myśli. A jednak do świadomości docierał fakt, że zabiła. W Nardenie ćwiczyła walkę jako sztukę, ciekawe hobby. Teraz użyła umiejętności i odebrała trzy ludzkie życia - dopiero fakt, że inaczej sama by zginęła, uciszył sumienie. Gdy spojrzała w niebo, słońce nadal ogrzewało jej twarz, a chmury płynęły po błękitnym sklepieniu. Odetchnęła, odzyskując w końcu spokój. Dopiero wówczas odwróciła się do towarzysza na polanie. Siedziała na soczyście zielonej trawie, przyglądając mu się z nieskrywaną ciekawością. Po walce legł na ziemi, teraz z wolna uniósł się na łokciu i z grymasem bólu dotknął skroni. - Shime! - syknął w obcym języku, ale nie trzeba było lingwisty, bo zorientować się, że to przekleństwo. - Antał najpodlejszego wina w życiu nie sprawił mi takiego bólu głowy! - Właściwie wątpiłam, czy wyjdziesz z tego cało - Raika teraz dostrzegła, jak bardzo myliła się w pierwszej ocenie obcego. Proporcje ciała nie mogły wskazywać na młodzieńca, oliwkowa twarz również nie należała do wyrostka, choć nie była też obliczem starca. Obcy był chyba trochę młodszy od Tereka. Podciągnęła nogi i objęła kolana ramionami, przeczesała palcami splątaną jasną grzywkę. - Co zrobiłeś, by zasłużyć na taki łomot? - Ech! - machnął w powietrzu ręką, uśmiechając się łobuzersko i w tej chwili wydał się wręcz chłopcem. - Kręciłem się wokół ich obozowiska wczorajszej nocy i cóż... nie mogłem sobie odmówić odrobiny zabawy. Zsyłałem na pryszczatego grubasa różne ciekawe wizje. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, zupełnie już zapominając o zmęczeniu. Jakie to fascynujące! Ot, zsyłał wizje! - Jesteś Avregiem? - spytała z nabożeństwem, z przejęcia pochylając się mocno w kierunku rozmówcy. - W połowie - odparł z uśmiechem. Krzywiąc się lekko, usiadł na trawie, krzyżując nogi. - Coraz więcej takich jak my, kundli, pałęta się po Alderze. - Sam siebie nazywasz kundlem? - obcy zaskakiwał ją coraz bardziej. - Nie - padła szybka odpowiedź, poparta wybuchem śmiechu. - Ja twierdzę, że jestem mieszanką najlepszych cech dwóch ras, hybrydą perfekcyjną. Czy jednak inni nie zwykli uznawać nas za kundle? Raika zmarszczyła z namysłem czoło. Coś uderzyło ją w mowie obcego, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. - Nas? - powtórzyła w końcu, zanim jeszcze dobrze się zastanowiła. Teraz to on spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Przecież ty też nie jesteś czystej krwi - odparł z przekonaniem, jakby stwierdzając rzecz oczywistą. - Twoja sylwetka, ostre rysy twarzy... Masz ciemną skórę, i to nie wiatr czy słońce ją taką uczyniły... niemal czarne oczy, a przy tym włosy jak kłos pszeniczny, niewiele im brakuje do bieli. Poza tym widziałem cię w walce - człowiek nie może być taki szybki. Może