Inne · 7 min czytania
Instytut Szaleństwa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„(…) Potworny huk i oślepiający błysk. Odgłos ciężko upadającego mięsa na podłogę. Kolejny raz przez salę przetoczyła się burza oklasków. Każdy z nielicznie zgromadzonych z niedowierzaniem oglądał ten łamiący wszelkie tabu spektakl, swoisty festiwal perwersyjnych popisów, prowokujących gestów i gorszących czynności. Pokaz, mimo bulwersującej formy, powodował zachwyt, a na twarzach publiczności dało się odczytać niekłamane zafascynowanie. CZY SZTUKA POWINNA SZOKOWAĆ? – widniał na niecodziennym afiszu napis skonstruowany z jaskrawych, kolorowych liter. Przechodniów szczególnie intrygowało na nim nieumiejętnie wkomponowane zdjęcie roznegliżowanej, starszej kobiety, która pocierała swoimi genitaliami o ostrą, metalową tarkę. ZAPRASZAMY NA JEDYNY WYSTĘP ARTYSTY LOKALNEJ SŁAWY, KTÓREGO TWÓRCZOŚĆ KAŻE NA NOWO DEFINIOWAĆ ZNANE WAM POJĘCIA. – krzykliwa czcionka tylko pogłębiała odczucie niskiej wartości estetycznej plakatu. PRZYGOTUJCIE SIĘ NA INTELEKTUALNĄ PODRÓŻ ŻYCIA! ZOBACZCIE JAK ZMIENIA SIĘ ŚWIAT NA WASZYCH OCZACH! DRUGIEJ OKAZJI JUŻ NIE BĘDZIE…”
Sięgnął po kolejną czystą kartkę ze stosiku, który jeszcze kilka godzin temu śmiało mógłby nosić dumnie brzmiącą nazwę „Wielkiego Stosu Czystych Kartek”. Wysłużony długopis zostawiał na papierze kreski, kropki i inne geometryczne figury błyskawicznie łączące się w litery, słowa i zdania. „WSCK” zmieniał się w „Trochę Mniejszy od Większego Stos Zapisanych Kartek”. W słabym świetle trzech świec, których ułożenie zupełnie przypadkowo tworzyło równoboczny trójkąt o niewidzialnych bokach, dostrzegł pływającą w przezroczystej szklance prawie martwą muchę. {i}Biedactwo{/i} – pomyślał. {i}Mizernie wygląda. Najwidoczniej wsypałem za dużo cukru.{/i} Faktem jest, że smaku zdecydowanie zbyt często parzonej z tych samych fusów herbaty nie poprawiłby nawet cukier z najlepszych buraków, a życie istoty o sześciu odnóżach byłoby zagrożone nie mniej niż obecnie. Rozterki dotyczące stosunku węglowodanów do ilości cieczy nie trwały długo, gdyż po zaledwie kilku sekundach podrapał się po niedbale hodowanej brodzie palcem wskazującym lewej dłoni, pociągnął dwukrotnie nosem, jednak nie za głośno, żeby nie wyjść na człowieka o grubiańskich manierach, a po krótkiej chwili jego wyeksploatowane narzędzie do pisania znowu zaczęło wypełniać tuszem kolejną stronę.
{b}„Grobową ciszę przerywał tylko…”{/b}
Nagle rozległ się odgłos pukania. Cztery krótkie, acz intensywne uderzenia, przerwy równomierne, prawie sekundowe. Spojrzał na od dawna niedziałający budzik, który imitował rannego żołnierza Czerwonych Khmerów. Wskazówki pokrywały się ze sobą i wskazywały przedostatnią liczbę na tarczy wymyślnego czasomierza. {i}Kogo niesie o takiej porze?{/i} – zapytał w myślach. {i}Pracuję, proszę przyjść innym razem, najlepiej wcale!{/i} – krzyknął w kierunku nędznie wykonanych drzwi. Puk, puk, puk, puk. Cztery krótkie, acz intensywniejsze od wcześniejszych uderzenia, przerwy mniej równomierne, półsekundowe. {i}Proszę odejść, bo w ogóle nie otworzę!{/i} – zawołał zdenerwowany autor opowiadań. Jedno krótkie uderzenie, najintensywniejsze ze wszystkich, spowodowało sporej wielkości dziurę w drzwiach. Ręka w skórzanej, niebieskiej rękawiczce bez najmniejszego problemu przeszła przez otwór, sięgnęła ku klamce i