Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 36 min czytania

Interes

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbliżała się północ. Gwiazda miał tej nocy odebrać życie kolejnej osobie. Dokładnie zaplanował każdy szczegół akcji. Był doświadczonym zabójcą. Pracę otrzymał dwa dni wcześniej od pewnej kobiety. Niemal połowa zleceń miała w tle wątek rodzinnej kłótni. A większość z tej „niemal połowy” związana była z pieniędzmi. Tym razem obydwa problemy wchodziły w grę. Chociaż chyba nie można nazwać takiej sytuacji kłótnią. Piękna młódka związała się ze starym, tłustym, obrzydliwie bogatym kupcem. Nakazano mu usunięcie grubasa. Po jego śmierci cały majątek miał przejść w ręce jego żony. Podła rzeczywistość. Obfita w tego typu przypadki. Wracając wstecz do dnia rozmowy ze zleceniodawczynią...

Przyszła do tawerny „Pod dzikim koniem”, w której Gwiazda zatrzymał się na kilkanaście dni. Był z nią jej faktyczny mężczyzna, jej kochanek. Widać było, że nie posiadał żadnego majątku. Zwykły szary przedstawiciel klasy plebejskiej. Jednak pomimo tej szarości Gwiazda miał wrażenie, że coś w nim jest nie tak. Jakby skądś go znał. A może to właśnie ta przeciętność? Niestety, nie mógł się nad tym zastanawiać długo. Czekała go rozmowa w sprawie interesów. Kochankowie nigdy wcześniej nie widzieli czarnowłosego, wysokiego mężczyzny, ale on był uprzedzony o ich przyjściu. Miał wielu znajomych i dzięki nim często wiedział o zleceniu zanim je rzeczywiście dostał. -To ciebie szukamy? - odezwała się kobieta zbliżając się do ławy, przy której siedział. To była prawdziwa piękność. Bujne blond loki opadały beztrosko na jasne błękitne oczy, między którymi znajdował się drobny zgrabny, nieco zadarty nos. Czerwone usta, wydawałoby się, stworzone wyłącznie do całowania. Twarz z niewielkimi dołkami w policzkach w całości wyglądała na szlachetną. Jej figura była równie doskonała. Od ramion, poprzez duże piersi, wąską talię, zgrabne biodra, aż po proste i szczupłe nogi. Wszystkie głowy w tawernie zwróciły się w jej stronę, choć było ich niewiele. -To zależy na co pani liczy. Choć w tym przypadku, to pani powinna wiedzieć lepiej niż ja – mrugnął do niej, lecz nie uśmiechnął się. Jej towarzysz obnażył lekko zęby. Brakowało mu jednego, lub dwóch. Miał krzaczaste, zrośnięte brwi wyglądające niczym drapieżny ptak szykujący się do ataku. Niechlujny zarost na policzkach i brodzie sprawiał wrażenie, jakby miał brudną twarz. Mimo tego był nawet przystojny. Szeroki w barach, z silnymi ramionami wskazywały na to, że jest on silnym mężczyzną. Ubrany był w nieco już zdarty kubrak, na którym miał parciany pasek, a pod nim spodnie wypchnięte w kolanach. Jedynie buty wyglądały na drogie i dobre. Powiedział: -Jeśli to na ciebie mówią Gwiazda, to przejdźmy od razu do konkretów. Jeśli nie – won mi stąd, bo czekam na kogoś. Mężczyzna siedział niewzruszony. Często zdarzało się, że ten, czy inny klient chciał go sprawdzić. Za grosz zaufania. Poza tym – chamstwo. Tym właśnie częstowali go ludzie, którzy niedługo mieli mu zawdzięczać wolność, bo przecież gdyby władze poznały personalia zleceniodawcy, nie wyszedłby on pewnie z lochu. Ale Gwiazda nigdy nie rozmawiał z nikim o swojej pracy. Zresztą, kto by chciał słuchać o zabijaniu za pieniądze? -Jeśli nie jesteś pewien do kogo przychodzisz, po co w ogóle to robisz? - odezwał się po chwili – Z resztą, gdybyś był nieco bardziej inteligentny skojarzyłbyś mnie z opisem, jaki ci podano, albo chociaż zauważyłbyś siedmioramienną gwiazdę na moim naszyjniku, z którą zwykle jestem identyfikowany. Mówisz, że chcesz przejść od razu do konkretów. Po co więc tracisz mój i swój czas na głupie pytania? Zrugany zaczerwienił się i usiadł naprzeciwko, gestem to samo nakazując kobiecie. Gwiazda potrafił rozmawiać i kłócić się jak mało kto. Jako osoba o nieprzeciętnej bystrości umysłu poniekąd miał prawo wytykać innym brak inteligencji. -Nie przedłużając – powiedziała kobieta – mamy dla ciebie zlecenie. Zabij mojego męża. Wypowiedziała te słowa zimno, bez najmniejszych emocji, tak jakby kazała mu nazbierać jagód na kolację. -Czy mógłbym dowiedzieć się jak brzmi pani imię? - zawsze był miły dla kobiet – I kim jest mąż? -Nazywam się Kasandra. Mój mąż mieszka w największym domu w okolicy. To bogaty kupiec. -Więc zapewne dom jest chroniony? -Chyba tak. Wiem, że po domu szwenda się trzech strażników. Ale to niedorajdy. -Jeżeli dobrze kojarzę, to największy dom w okolicy znajduje się przy rynku tego miasteczka. Cena jest uzależniona od stopnia trudności i podmiotu zlecenia. -Nic nie szkodzi, że nie będzie tanio. Staruch przepisał na mnie cały swój majątek. Wystarczy, żeby zdechł, a będę bogata. Kochanek spojrzał na nią surowo i cmoknął ustami. Kasandra nieco się tym spłoszyła i zaczerwieniła się. Gwiazda widząc to uśmiechnął się ironicznie, kontynuując rozmowę. -Zaliczkę musi pani dać teraz. Resztę po wszystkim. Co do miejsca i czasu też musimy się umówić. -Ile? - wtrącił się towarzysz Kasandry. -Nie tak prędko – osadził go znowu – Już mówiłem, że cena nie zawsze jest taka sama. Koło domu zwykle kręci się dużo osób – naprzeciwko jest karczma. To też utrudnienie. I ci strażnicy. Teraz dwieście pięćdziesiąt denarów. Obejrzę teren i ustalę ile będzie trzeba dopłacić później. Kobieta natychmiast wyjęła mieszek brzdąkający złotą zawartością. Otworzyła go i zaczęła odliczać dziesięciodenarowe monety. -Kiedy i gdzie reszta? -Starzec umrze jutro, albo pojutrze w nocy. Pieniądze chcę otrzymać dwa dni po tym, o świcie. Niedaleko na południe jest młody brzozowy lasek, w którym się spotkamy – odpowiedział Gwiazda odbierając zaliczkę i licząc ją dodał – Oczywiście dla pani też będzie to wygodniejsze niż płacenie przy ludziach i rzucanie na siebie podejrzeń. -Masz rację. Czy to wszystko? – spytała Kasandra. -Chyba, że macie jeszcze jakąś sprawę – odpowiedział zabójca. Para wstała i opuściła tawernę. Mężczyzna z długimi, czarnymi włosami siedział jeszcze przez chwilę zasępiony ze zmarszczonymi brwiami. Próbował skojarzyć twarz człowieka, który właśnie wyszedł. Coś świtało mu w głowie. Jakiś rysunek. Ale nie mógł sobie dokładnie przypomnieć co to mogło być.

-Ładne – powiedział do siebie oparty o ścianę jakiegoś domu Gwiazda patrząc na budynek, do którego za chwilę miał się włamać i zamordować jego właściciela. Gmach był w rzeczy samej imponujący. Kamienny kompleks górował nad sąsiedztwem. W czterech rogach obszernego podwórza, połączone z główną budowlą wąskimi odaszonymi korytarzami, wznosiły się cztery wieżyczki. Na środku wybudowano kilkopiętrowy pałacyk z pomalowanymi na czerwono ścianami, ozdobiony girlandami kwiatów. W większości okien widniały kolorowe witraże. Resztę terenu ogrodzonego niskim, zaledwie pięciostopowym murkiem zajmował przepiękny ogród kwiatowy i niewielki staw rybny. Gwiazda miał o tyle pecha, że nie widział tego przy pełnym świetle dnia. Podczas podziwiania takiego widoku nasuwała się myśl, iż osoba tu mieszkająca nie jest tylko bogata. Raczej jest wręcz bajecznie bogata. I rzeczywiście trzeba było dysponować bajońskimi sumami, żeby móc pozwolić sobie na tak pyszne domostwo. Czarnowłosy mężczyzna rozejrzał się wokoło i wszedł w ciemny zaułek. Rozpiął skórzaną kurtkę i wyciągnął z zanadrza kilka gadżetów. Miał dwie chustki. Jedną z nich zawiązał sobie na twarzy poniżej oczu, drugiej użył jako kaptura zakładając ją na głowę. Zapiął też na ukos na klatce piersiowej ćwiekowany pas, do którego przymocowane były cztery noże. Drugim pasem był przepasany w talii. Na nim wisiał krótki, zagięty w połowie długości miecz schowany do pochwy i kilkucalowy hak. Cały ubiór miał koloru czarnego. Gdyby nie latarnie, można by go było nie zauważyć przechodząc kilka kroków od niego, a nawet gdy świeciły, to widać było tylko niewielki fragment twarzy i odblask srebrnej gwiazdy kołyszącej się koło szyi zamachowca. Gwiazda bezszelestnie przeszedł kilka kroków w stronę muru otaczającego rezydencję kupca i bez chwili wahania wybił się i przeskoczył go. Opadł z cichym tąpnięciem zaraz za nim i przykucnął. Nasłuchując zastygł w tej pozycji na kilka chwil. Głośne granie ogrodowych cykad zlało się z pluskaniem wody wywoływanym przez intensywniejsze ruchy ryb. Czasami jeszcze słychać było przytłumione wybuchy śmiechu dochodzące z karczmy usytuowanej o strzał z procy od pałacyku, czy szelest przemykającej między kwiatami jaszczurki. Pomimo tego cichego „hałasu” zabójca dosłyszał jeszcze cichszy odgłos kroków dochodzący z wnętrza domostwa. Jedna... dwie...trzy osoby. Wstał i podszedł do frontowych drzwi. Nagle usłyszał głośniejszy szmer. Ktoś właśnie wychodził na zewnątrz. Gwiazda momentalnie odskoczył, przywarł plecami do ściany i czekał w pogotowiu. Pojawił się mężczyzna z oliwną lampą w ręku. Za pas miał zatknięty miecz, na którego rękojeści oparł wolną dłoń. -Spać mi się chce – powiedział strażnik sam do siebie, i ziewnął przeciągle. Błyskawiczny ruch i szarpnięcie. Rozległo się głuche chrupnięcie. Gwiazda skręcił mu kark, po czym jeszcze szybszym ruchem złapał rękę, w której trzymał lampę. Zabrał ją, zdmuchnął i postawił na ziemi. Martwe ciało przeciągnął odrobinę dalej, tak żeby w żadnym przypadku nie przeszkadzało mu w ucieczce. Wszedł do środka, drzwi pozostawiając uchylone. Kilka kroków od samego wejścia były schody. Metalowa poręcz odbijała srebrzyście światło księżyca wpadające przez oszklone okno na ścianie po lewej stronie. Rozejrzał się i wytężył słuch. Nie dojrzał nic co wzbudziłoby w nim niepokój. Ale usłyszał. Ciche odgłosy kroków wprost ponad nim. I głośne ziewnięcie kogoś w pomieszczeniu znajdującym się po jego prawej ręce nieco dalej w głąb korytarza. Stuknięcie – jakieś naczynie zostało odłożone na stół. Trzeba będzie zabić jeszcze co najmniej dwie osoby. Gwiazda postanowił zrobić wszystko cicho i niepostrzeżenie. Zaczął od tego na parterze. Bezdźwięcznie wyjął miecz z pochwy i zdjął chustę z ust. Odetchnął parę razy głębiej, po czym przekradł się pod schodami przy samej ścianie, na drugi koniec korytarza. Powoli, ostrożnie zajrzał do sali, z której co chwilę dochodziły ziewnięcia i odgłosy spożywania posiłku. Szczęśliwie mężczyzna siedział odwrócony tyłem do niego i faktycznie był zajęty jedzeniem. ,,Niedobrze, pomyślał zabójca, miało być cicho, a ta świnia się obżera. Przecież nie zatkam mu ust.” Prawda była taka, że Gwiazda brzydził się to zrobić. Za nic w świecie nie dotknąłby tłustego, bądź brudnego człowieka. A nawet gdyby przytrafiło mu się to zrobić, to musiałby kilka razy umyć dłoń. Przez chwilę stracił pewność siebie. Nie wiedział co z tym zrobić. W rzeczywistości czasami jawił się on jako osoba dość groteskowa. Ale nie mniej skuteczna w tym co robił. Po krótkiej chwili zawahania zdenerwował się na samego siebie i przemógł się. Będzie musiał wyrzucić chustkę, którą zasłaniał twarz. Fatalnie. Ale czego się nie robi, aby zleceniodawcy byli zadowoleni. Mimo to musiał jeszcze chwilę zaczekać. Nie mógł zaatakować tego człowieka. Ze względów praktycznych oczywiście. Siedział on za daleko, bo, na oko, aż sześć kroków od progu. Szybkie przebiegnięcie tego dystansu zamordowanie mężczyzny przy jednoczesnym zatkaniu jego ust nie mogło odbyć się w tych warunkach bezgłośnie. W najgorszym wypadku ofiara mogła się odwrócić i zobaczyć napastnika, po czym zaalarmować strażnika czuwającego na górze przed pokojem należącym do celu zlecenia. Nagle stało się coś, co mogło poważnie zaszkodzić całej pracy. -Meder? – krzyknął z kuchni mężczyzna – Nie śpisz tam? -Ja nie, ale pan tak, więc się nie drzyj – odpowiedział mu głos strażnika siedzącego na piętrze. -Czekaj. Kończę jeść. Zaraz u ciebie będę. Pech? Nie. Gwiazda nic takiego nie znał. I nie zamierzał poznawać. Dla niego nie było pecha. Zdarzenia, które w jakikolwiek sposób go dotykały były tylko szczęśliwe i fartowne. Nie miały prawa być inne. Teraz też. A więc uśmiech losu? Jeszcze raz zajrzał do kuchni i bezszelestnie, cały czas obserwując jedzącego, przemknął się i ustał po drugiej stronie wejścia do pomieszczenia kryjąc się w cieniu. Stuknięcie kufla o stół. Chrapliwe westchnięcie. Mężczyzna odsunął krzesło i wstał. Gwiazda przycisnął się do ściany. Mocniej chwycił miecz i zaczekał aż mężczyzna wyjdzie. Za chwilę pokazał się i zwrócił się plecami do mordercy. Chciał krzyknąć, ale uniemożliwiła mu to tkanina włożona do jego ust. Poczuł jak zimne ostrze wbija mu się poniżej łopatek i wychodzi przez brzuch. W ostatniej chwili życia jego wzrok padł na czarny od krwi sztych oświetlony światłem świec stojących na kuchennym stole. Sztych wychodzący z jego ciała. Zabójca wyjął miecz gdy tamten nic już nie czuł. „Fuj” pomyślał. Powoli położył bezwładne ciało na podłodze. Obok rzucił utłuszczoną czarną chustę. Na koniec wytarł ostrze o spodnie ofiary. Koszula była już cała czerwona. Wyprostował się i powolnym krokiem ruszył po schodach w górę. Przełożył oręż do lewej ręki i wyjął jeden z noży przymocowanych do pasa na piersi. Gdy był już na górze strażnik odezwał się. -Ty to jednak szybko jesz, Deno. Pospiesz się. Zamilkł. Coś mu się nie podobało. Było ciemno więc mógł zobaczyć tylko zarys sylwetki nadchodzącego człowieka. Zarys nieco za chudy jak na jego kompana. Meder nie był głupi. Szybko złapał za krótką włócznię, opartą o ścianę i zrobił krok do przodu. Nóż tylko śmignął. Za chwilę krew trysnęła kaskadą z przedziurawionej tętnicy szyjnej. Stróż zatoczył się do tyłu i upadł na plecy. Charkotał jeszcze przez kilka chwil drgając na zbroczonej podłodze. Za każdą gwałtowniejszą konwulsją posoka ciekła obficiej. „Ja to mam szczęście, pomyślał Gwiazda, żeby tak łatwo poszło…” Podszedł do zabitego, wyjął mu z szyi nóż, wytarł go z krwi i schował powrotem do pochwy na pasku. Obok stał stolik, a na nim świeca. Wziął ją ze sobą. Przesunął drzwi przy których stał jeszcze przed chwilą strażnik. Wszedł do środka i zamknął za sobą. W półmroku słychać było jak jakiś mężczyzna cicho sapał przez sen. Wnętrze pomieszczenia było urządzone równie gustownie, co cały dom wraz z podwórzem. Od ścian i podłogi pokrytych futrem biło ciepło. Gwiazda zapalił oliwną lampę i trzy inne świece rozstawione na półkach i biurku. Łoże, w którym drzemała sobie przyszła ofiara miało w rogach kolumny i rozwieszony między nimi aksamitny baldachim. Wszystkie meble zrobione zostały z młodego, pachnącego jeszcze dębowego drzewa. Z każdego zakątka pokoju wyglądało bogactwo. -Ładne – powiedział do siebie po raz drugi czarnowłosy. Właściciel obudził się i z lekkim zdziwieniem spojrzał na niego. Zdziwienie zmieniło się po chwili w przerażenie. -Co tu robisz? Kim jesteś? – krzyknął – Straż! Straż! -Nie krzycz – uciszył go Gwiazda – Twoje straże nie przyjdą – mówiąc to zerknął na drzwi. Wzrok leżącego podążył za jego wzrokiem, a później skierował się nieco niżej. Szparą pomiędzy drzwiami, a podłogą wlewał się coraz szybciej czerwony strumyk. -Czego tu szukasz? Kim jesteś? -Właściwie to przyszedłem cię zabić. Ale osobiście jestem tylko wykonawcą. Nic mi nie zawiniłeś. -Co? Ty morderco! Kto ci kazał? Kto chce mnie zabić? -Czy to coś zmieni, gdy ci powiem? – rzeczywiście wątpił w to – Ale jeśli chcesz… To twoja żona Kasandra. Przyszła do mnie dwa dni temu ze swoim kochankiem i zapłaciła mi za usunięcie twojej osoby. Mężczyzna ucichł i pobladł. Po chwili usiadł i pochyliwszy się, złapał za głowę. Był naprawdę gruby. I bogaty. Nawet szata, w której spał miała barwę purpury i wyglądała na uszytą z drogiej tkaniny. -Czemu? – powiedział półgłosem. Gwiazda nie odpowiedział. Usiadł tylko na fotelu również podszytym futrem. Stary – bo rzeczywiście młody nie był – mówił do siebie. -Przecież dałem jej wszystko. Kochałem ją, a ona… ona… -To ciekawe – wyrwał go jakby z letargu zabójca – Czy nie mógłbyś trochę opowiedzieć mi o sobie? Dziwne to było pytanie. Człowiek, który za chwilę miał zabić drugiego, zaczyna z nim rozmawiać. Różne pomysły przychodziły mu czasami do głowy. Rozmowa z ofiarą nie była najgorszym. -Co? – spytał zdziwiony mężczyzna. -Porozmawiajmy – tamten siedział zdziwiony z szeroko otwartymi ustami i milczał – Dobrze. Chyba ci nie idzie. W takim razie ja zacznę. Jak ci na imię? -Adren. Ale o co chodzi? Kim ty w ogóle jesteś? -Możesz nazywać mnie Gwiazdą. Imię jest w tym momencie nieistotne. Trudnisz się handlem, prawda? -Tak. Handluję tkaninami i kamieniami szlachetnymi – odpowiedział. Były to chyba dwa najbardziej rentowne środki. I pewnie potrzebujące największych nakładów pieniężnych. Prawdopodobnie żeby rozpocząć skup tych towarów należało dysponować już wcześniej dość pokaźną sumką. -Jesteś bogaty, sądząc po domostwie, w którym się znajdujemy. Czemu nie zatrudniłeś więcej, no i przede wszystkim lepszych strażników? -Ja nie miałem żadnych wrogów. Dlatego nie potrzebuję ochrony. Większość ludzi mnie lubi. Poza tym król Rogemii to mój dłużnik i przyjaciel. -Jak już mówiłem jesteś bogaty, więc choćby z tego mogłoby się znaleźć kilku wrogo nastawionych. A król Rogemii siedzi teraz zapewne w swoim pałacu kilkaset mil stąd. I wątpię, czy cię teraz uratuje. -Przez całe życie sumiennie i uczciwie pracowałem. Nikt nie zarzuci mi oszustwa ani tego, że nie jestem uczciwy. Jestem lubianym i szanowanym człowiekiem – powiedział nieco głośniej wypowiadając ostatnie zdanie, po czym dodał już ciszej – I naiwnym. Zapadła cisza. Na chwilę. -Jak poznałeś żonę? – spytał Gwiazda. -Dwa lata temu na targu. Kupowała jedwab na stoisku należącym do mnie. Akurat przyszedłem sprawdzić jak idzie interes i zobaczyłem ją. Najpiękniejszą kobietę na świecie. Najpiękniejszą zdrajczynię… -Nie ma co się załamywać – powiedział Gwiazda i uśmiechnął się widząc jak wygląda to niezbyt udane pocieszenie w tej sytuacji. Znowu cisza. Chwilowa. -A więc – przerwał ją znów czarnowłosy – jesteś dobrym i poczciwym człowiekiem. I do tego zawołanym kupcem z doświadczeniem. Rzadkość w tych czasach. Chociaż, z drugiej strony… też goniłeś za pieniędzmi przez całe życie. -Co? -Nic. Tak

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%