Fantastyka · 51 min czytania
Inwazja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
1
Ogłoszono żółty alarm. Kapitan Robert Janski szedł szybkim krokiem dolnym poziomem wojskowej stacji kosmicznej klasy Delta. Był pilotem myśliwca, ale także członkiem sztabu obrony. Wjechał windą na trzeci poziom. Stacja była ogromnym, obracającym się pierścieniem. Kolejne piętra charakteryzowały się nieco niższym ciążeniem, co powodowało dziwne odczucia. Wszedł do wypełnionej ludźmi sali konferencyjnej. Rozpoznał wśród nich zarówno wojskowych dowódców jak i naukowców. - O, jest pan kapitan, możemy zaczynać. - Co się właściwie dzieje? - zapytał dowódca floty kosmicznej. - Tego do końca nie wiemy - odpowiedział niski, ubrany po cywilnemu mężczyzna, najwyraźniej naukowiec - proszę o pokaz. Zgasło światło i na ekranie pojawił się czarny obraz wypełniony białymi punkcikami. - To zdjęcie nieba w kierunku B5 sprzed czterdziestu ośmu godzin. A ten drugi - pojawił się kolejny slajd - z przed dwudziestu czterech. Wyraźnie widać na nim ogromne pojaśnienie gwiazdy gammy T55. Do tej pory ledwo widoczna w chwili obecnej można ją obserwować gołym okiem. - Gwiazda nowa? - odezwał się ktoś z sali. - Nie do końca. Oczywiście w pierwszej chwili nasi astronomowie nie bardzo przejęli się tym fenomenem. Wiele jest gwiazd, które eksplodują lub w jakiś sposób zmieniają swój blask, ale to dość nieprawdopodobne w tym przypadku. Po pierwsze gwiazda była całkowicie stabilną gwiazdą ciągu głównego. Do tego stopnia, że założono tam kolonię. - Kolonię? - na sali podniósł się szmer. - Tak. Kolonia {i}Elbrus{/i}, założona w roku trzy tysiące sześćdziesiątym. Jeśli w istocie jest to jakaś eksplozja gwiazdy, to niestety nikt na planecie nie mógł przeżyć. - Mój Boże - krzyknął dowódca - A kontakt radiowy? Nie mieliśmy od nich żadnych sygnałów? - Urwał się. Ostatnią transmisję otrzymaliśmy rok temu. - Kontynuował naukowiec. - Drugim powodem jest fakt, że widmo tej eksplozji nie przypomina absolutnie niczego, co do tej pory zaobserwowano. Jest ono termiczne. Co prawda są tam linie wodoru, helu i jakichś metali ciężkich, ale drastycznie przesunięte ku fioletowi. - Przepraszam Stefan, ale nie zanudzaj nas tutaj waszą techniczną mową - odezwał się generał - prosimy o konkrety. - Więc z analizy widma wnioskujemy, że obserwowane pojaśnienie to rozgrzany do ogromnej temperatury gaz, który porusza się w naszą stronę z niebywałą prędkością, praktycznie bliską prędkości światła. - Czy to w ogóle możliwe? - Szybkie wyrzuty materii spotyka się w układach z akrecją na czarną dziurę, ale... tutaj wszystkie linie widmowe z czasem ulegają rozmyciu ku czerwieni. - Co to oznacza? - zapytał generał - Że gaz zwalnia? To logiczne, hamuje w przestrzeni międzygwiazdowej - odpowiedział mu Robert. - Jest pan bystrym pilotem kapitanie. - Kontynuował naukowiec. - Ale z fizyki ma pan braki. Gdyby tak było mielibyśmy przesunięcie linii widmowych, a to jest rozmycie. Może oznaczać tylko jedno. Część gazu porusza się z pierwotną prędkością, a kolejne partie coraz wolniej. - Jakie wnioski? - Jedyne co przychodzi nam do głowy to nie żadna eksplozja gwiazdy, lecz wyrzut z dyszy hamującego pojazdu kosmicznego. - Po sali rozeszły się szepty. - Niebywałe. Twierdzi pan, że to nie widmo gwiazdy, ale statku kosmicznego? - Tak, co więcej statek ten może być bardzo blisko. Jego blask nałożył się na blask gwiazdy, gdyż z jej okolic wystartował w naszą stronę. - I teraz hamuje? A czy można oszacować jego odległość? - Nie bardzo. Ale jeśli zachowa to tempo, to powinien całkowicie wyhamować w przeciągu 48 godzin. - No dobrze. Czy to jeden statek, czy jest ich więcej? - drążył generał. - Ciężko powiedzieć. - Zamyślił się naukowiec. - Ale może pan oszacować masę tego hamującego obiektu? - Możemy próbować policzyć moc. Znając moc i jego opóźnienie dało by się oszacować masę. Ale nie możemy policzyć mocy nie znając odległości. - Niech więc pan założy, że obiekty wyhamują do zera dokładnie w naszym układzie i wymodeluje tą moc. - W porządku. - Naukowiec wprowadził dane w komputer, po chwili miał już odpowiedź. - Dziewięćset tysięcy kiloton. - W takim razie dziękuję panom naukowcom. Przejdziemy teraz do narady wojskowej - zapowiedział generał. Zapaliły się światła, naukowcy zaczęli opuszczać salę, a ekran zastąpił symbol federacji. Po chwili zrobiło się całkiem pusto, zostało tylko sześć osób w mundurach z gwiazdkami na ramionach. Rozpoczął generał: - Panowie. Zebraliśmy się tutaj na naradzie, gdyż sytuacja tego wymaga. Prawdopodobnie w naszym kierunku zbliża się jakaś flota. I to ogromna flota. Mamy dwie możliwości. Mogą być nastawieni pokojowo, mogą też być nastawieni wrogo. Brak jakiejkolwiek zapowiedzi z ich strony sugeruje ten drugi wariant. - Obca rasa? - zapytał Robert. - Panowie - kontynuował generał - Od setek lat nasi przodkowie rozważali tę ewentualność. Mimo ogólnego kryzysu jesteśmy jako tako przygotowani do obrony. Posiadamy dużą flotę myśliwską i bombową. Instalacje naziemne wyposażone są w schrony oraz broń nuklearną. Posiadamy technologię tarcz elektromagnetycznych chroniących nasze miasta. Jeśli zdecydujemy tu i teraz, że sytuacja tego wymaga, jesteśmy gotowi postawić wszystkie systemy w pełną gotowość w przeciągu dwunastu godzin. Czy ktoś chce coś powiedzieć? - Chwileczkę, a czy wiemy coś o tej kolonii z której nadlatuje owa flota? - zapytał dowódca obrony stacji. - Niewiele. Żółta gwiazda typu G4. Sześć planet, jedna skolonizowana czterysta lat temu. Ostatnie sygnały donoszą o dwóch miliardach populacji. Oddalona o siedem lat świetlnych, taką też należy więc wziąć poprawkę czasową na otrzymane sygnały. - Czyli ostatni sygnał wysłano osiem lat temu? - Dokładnie tak. - Kiedy więc wysłano tą flotę? - Skoro porusza się z prędkością bliską prędkości światła to musiało to być siedem lat temu. - Czy nie powinniśmy mieć siedmiu lat czasu pomiędzy wysłaniem ostatniego sygnału, równoznacznego z zagładą kolonii, a przylotem tutaj wrogiej floty? - Nie, gdyż flota goni sygnał. Jeśli wystartowali w rok po wysłaniu ostatniego sygnału, to dolecą tutaj w rok po otrzymaniu go przez nas. - Fakt. - Panowie - wtrącił się inny generał - nie sądzę aby było nad czym myśleć. Zostało nam czterdzieści osiem godzin na przygotowanie obrony. Mamy wypracowane strategie postępowania. Konkretne rozkazy zostaną wydane gdy będziemy znać naszego wroga. W tej chwili czas najwyższy, aby każdy z nas przejął pełne dowództwo nad swoimi oddziałami. - W takim razie ja lada moment odlatuję na powierzchnię. Kapitanie, dowodzi pan szwadronem myśliwców przechwytujących. Będzie pan na pierwszej linii. - Tak jest. - zasalutował Robert.
2
Po kilkunastu godzinach wszystkie systemy obronne były już postawione w stan najwyższej gotowości. I w momencie, gdy większość łudziła się, że nic jednak nie nastąpi, ogłoszony został czerwony alarm bojowy. Z głośników wył sygnał gdy Robert wraz z pilotami innych myśliwców wsiadał do windy. Tam należało przebrać się w skafandry, usiąść w fotelach i przypiąć pasami. Winda ruszyła do góry. Zmierzała ku centrum wirującej stacji. Z każdą sekundą ciążenie malało i u celu odczuli już zupełna nieważkość. Drzwi otworzyły się i fotele ruszyły, każdy w kierunku innego myśliwca. Przesuwały się po zatopionych w podłodze szynach. Hala była ogromna. Wypełniało ją kilkadziesiąt pojazdów, każdy długości trzydziestu metrów ważył ponad sto ton. Przyczepione były one do wszystkich ścian magnetycznymi zaczepami. Fotel Roberta podjechał pod jeden z nich, by za chwilę znaleźć się w środku. Pilot wylądował w kabinie. Rozpoczął rozruch silników. Myśliwce napędzane były reaktorami atomowymi. Wytworzone ciepło podgrzewało, a następnie wyrzucało pod olbrzymim ciśnieniem gaz, stanowiący materiał pędny. Była to więc jakby bardziej zaawansowana wersja silnika rakietowego. Niezbyt nowoczesna jak na te czasy, ale idealna do zadań bojowych wewnątrz układu gwiazdowego. Po chwili rozjaśniły się monitory, zapłonęły rzędy lampek i wykresów. Nawet przednia szyba wypełniła się cyframi i rysunkami. W rzeczywistości był to także monitor, gdyż pilot znajdował się mniej więcej w środku smukłej sylwetki skrzydlatego pojazdu. Nie było w nim żadnych okien. Po kilku minutach pojazd odczepił się od ściany i z niewielką prędkością poszybował ku centrum hali. Tam został mu nadany ruch obrotowy synchroniczny do tego, który miała stacja. Następnie przy użyciu silniczków ruszył ku śluzie. Zamknęły się za nim hermetyczne wrota. Momentalnie wypompowane zostało powietrze i otworzyły się przednia grodź. W ciemności zajaśniały gwiazdy oraz planeta – Etna IV, cel wyprawy kolonizacyjnej sprzed kilkuset lat. Jej biała powierzchnia niemal raziła w oczy. Krótki impuls z silniczka manewrowego i po chwili stacje miał już za sobą. Niczym wielkie koło rowerowe stała za nim, a gwiazdy wirowały z wolna. Obserwował ją w monitorze. Po chwili komputery zatrzymały ruch obrotowy statku. Gwiazdy utkwiły w swoich punktach i teraz to stacja obracała się powoli. Tunele łączące środek z zewnętrzną obręczą co chwilę przesłaniały odległe słońce, Etnę. Po chwili z szeregowo położonych śluz zaczęły wylatywać kolejne myśliwce. W tym czasie Robert nawiązał kontakt radiowy ze stacją. - Dowódca eskadry czerwonych zgłaszam się. - Tu stacja Ognisty Orzeł przekazuję rozkazy. Drogą radiową popłynęły zakodowane dane wprost do komputera pokładowego. Automatyczny głos rozpoczął odczytywanie wytycznych. - Przechwycić, wiele celów, kierunek 5-4-7, czas do kontaktu T minus dwadzieścia minut. Sytuacja krytyczna, stacje Jastrząb i Sokół atakowane przez przeważające siły wroga. Piąte skrzydło myśliwskie czerwonych: utrzymać Ognistego Orła za wszelką cenę. Dowódca wywołał wszystkich pilotów. Gdy wiedział , że są już w komplecie; czterdzieści statków, wydał rozkazy. Ustawiły się w szyku i prowadzone autopilotami ruszyły w kierunku nadchodzącego niebezpieczeństwa. Silniki zawyły, statkami zatrzęsło. Przeciążenie sięgnęło czterech g i dowódca wprost wciśnięty w fotel obserwował wskazania urządzeń pokładowych. Po minucie silniki wyłączyły się. Na chwilę znów zapanowała nieważkość. Potem hamowanie rozpoczęły dysze przednie. Walki w kosmosie na małych dystansach wymagają perfekcyjnego celowania, gdyż różnice prędkości są tak duże, że floty mogą się po prostu minąć bez szansy na kontakt. Dlatego w tej fazie wszystkim sterują komputery. Na ekranach było już widać ognistą plamkę rosnącą z każdą chwilą. Zwiastun wrogiej floty. Musieli hamować na bardzo dużym przeciążeniu. W takiej sytuacji praktycznie niemożliwe jest skanowanie przestrzeni z przodu. Dawało to nadzieje, że eskadra czerwonych nie zostanie wykryta aż do momentu uderzenia. Na ekranie radaru widniały plamki setek wrogich myśliwców. Za nimi kilkanaście o wiele większych jednostek, prawdopodobnie flota szturmowa. - Uformować cztery eskadry. Niech D podąża tym kursem na spotkanie. Wciągnąć wrogie myśliwce do walki. Eskadry A, B i C lecą za mną, odchylenie trzy stopnie od kursu. Uderzymy z zaskoczenia, gdy tylko rozpocznie się walka. Jeśli zdmuchniemy szybkim ciosem większość myśliwców te bombowce będą bezbronne wobec naszych dział bozonowych. Trzydzieści statków odchyliło się z dotychczasowego kursu. Robert widział teraz cała eskadrę D w szyku zmierzającą ku niebezpieczeństwu. Błyszczące w świetle Etny punkciki. - Tu lider eskadry D, cele w zasięgu broni laserowej! - Nie strzelać, niech wejdą w zasięg działek. Broń laserowa choć imponowała zasięgiem i łatwością celowania miała zbyt mała moc, aby w pojedynczej serii zniszczyć nawet myśliwiec. A kto wie jak wytrzymałe były materiały najeźdźców i czy w ogóle dało się je niszczyć bronią energetyczną. Warto było poczekać na lepszą okazję. - Eskadra D, pięćdziesiąt kilometrów od celu. Czterdzieści dziewięć... - W słuchawce słychać było głos. - Eskadry A, B i C kierunek 5-2-7 włączamy się do walki na minutę po kontakcie eskadry D - zakomenderował Robert. - Eskadra D, dwadzieścia pięć kilometrów od celu, za minutę w zasięgu dział bozonowych. - Przyjąłem, dowódca czerwonych. Myśliwce obróciły się w kierunku czerwonej plamy na niebie. Silniki zagrały. Wskazówka przeciążenia sięgnęła dwóch g. - Eskadra D, trzydzieści sekund. Robert obserwował jak blade punkciki myśliwców zbliżały się do ognistej plamy. Po chwili znikła. Zostało tylko czarne niebo pełne gwiazd. - Przestali hamować, zaraz nas wykryją! - Krzyk w słuchawkach. - Atakujcie! - odpowiedział. - Przyjąłem, eskadra D, do ataku! Kosmos w punkcie, gdzie przed chwilą była ognista plama zapłonął seriami błękitnych pocisków. Przestrzeń wypełniły czerwone rozbłyski. W eterze było tak głośno, że ledwo dało się zrozumieć pojedyncze słowa. - Eskadry A i B uderzamy, przejść na ręczne, trzy g! - Eskadra C czeka w odwodzie - rozkazał Robert. Chwycił stery i przesunął dźwignie przepustnicy. Pojazdem zatrzęsło, potężna siła wcisnęła go w fotel. Na ekranie obserwował już zażartą walkę, jaka toczyła się przed nimi. Wyłapywał wzrokiem osaczone myśliwce wroga. Jeśli wszystko się uda powinni zestrzelić ich bardzo dużo, zanim tamci zorientują się co się dzieje. I w tej chwili zapłonęło drugie słońce na niebie, a po nim trzecie i czwarte. Oślepiający błysk i statkiem zatrzęsło. Odwrócił wzrok na boczne ekrany. Myśliwce jego eskadry eksplodowały jeden za drugim. Mordercze promienie laserów ogniskowały się i niszczyły wszystko co stanęło na drodze. - Wyjść z formacji, rozproszyć się - krzyknął - bombowce nas ostrzeliwują! W tym momencie potężnie szarpnęło, monitory pogasły znalazł się w kompletnej ciemności. Ciążenie znikło, ale czuł, że pojazd rotował. Po chwili ekrany znów rozjaśniły się. Gwiazdy wirowały a on tracił powoli poczucie równowagi. Gdyby nie pasy, które mocno trzymały go w fotelu, na pewno wylądował by na ścianie kokpitu. - Wrogie myśliwce! - usłyszał w słuchawkach - z kierunku 4-7-5! - Ósmy masz jednego na ogonie! Nagle włączył się alarm, jakieś ostrzeżenie dźwiękowe. Odruchowo pchnął dźwignię przepustnicy ku maksymalnemu wychyleniu. W jednej chwili silnik zawył, a potężna siła wprasowała go w fotel. Rotacja jednak nie ustała i jego pojazd zaczął koziołkować. To na szczęście zmyliło wycelowaną w niego rakietę. Ustabilizował lot. Był w środku morderczej walki, przed jego oczami przelatywały pojazdy obu stron, oraz stosy pocisków. Złapał jednego na celownik i otworzył ogień, ale chybił. Wrogie myśliwce były mniejsze. Wyglądały jak sprasowane jajo. Ich przewaga ilościowa była ogromna. Eskadra Roberta przegrywała to starcie. Udało się jednak zniszczyć kilku wrogów. Było to pocieszające, gdyż wiedział już, że obca technologia podlegała tym samym prawom fizyki i może ulec ich broni. Po chwili kolejny oślepiający błysk i trzy promienie z dużych statków zogniskowały się w odległym celu. Potężna eksplozja. To był Ognisty Orzeł. Jasne stało się, że ostatnia stacja kosmiczna przestała istnieć. Teraz nie było już sensu tu walczyć. Przegrali w kosmosie, pozostało wygrać na planecie. - Do wszystkich eskadr, zwalniam was z rozkazów! - krzyknął - Odwrót do baz planetarnych na własną rękę. To polecenie nie mogło jednak zakończyć toczącej się walki. Namierzył jednego z wrogów i otworzył ogień. Błękitne pociski pomknęły do przodu i trafiły w cel. Pojazd zatoczył się, wyskoczył jednak z eksplozji i plując jęzorami ognia pomknął w przypadkowym kierunku. Robert był rozwścieczony. Przycisnął dźwignię przepustnicy do maksymalnego wychylenia. Silnik zawył niczym szalony. Ogromne szarpnięcie. Gonił wrogi pojazd maksymalną mocą. Zostawili daleko w tyle pole bitwy. Cel był już o kilka kilometrów przed nim ale przestał się oddalać. Robert przesunął przełącznik pod palcem i otworzył ogień z broni laserowej. Czerwona plamka cięła poszycie niczym piła. Sypały się iskry, ale wróg ciągle przyspieszał. Ciążenie było tak wielkie, że powoli tracił przytomność, nie przestawał jednak strzelać. Dystans zmniejszał się, od kadłuba wroga odlatywały jakieś elementy, jednak silniki nie przestawały pracować. Jeszcze kilkanaście sekund i wejdzie w zasięg dział bozonowych. Było już bardzo blisko, gdy zapiszczał sygnalizator ilości paliwa. Komputer wyliczył, że przy tej prędkości miał go już tylko minimalną rezerwę na powrót na powierzchnie planety. Zostały resztki gazu napędowego, a on rozpędził się już do niemalże trzydziestu kilometrów na sekundę. Po krótkiej walce ze sobą zwyciężył jednak rozsądek. Przesunął dźwignie do poziomu ciągu zerowego i momentalnie poczuł się lekko. Wrogi myśliwiec zniknął w czarnej przestrzeni. Jedno było pewne. Pierwszy cios najeźdźców był morderczy. Zniszczona została praktycznie cała flota kosmiczna. Jedyną nadzieją była obrona na powierzchni planety. Zaprogramował kurs w komputerze i skierował pojazd w jej kierunku.
Część 22 / 2
3
Srebrzysty glob przesłaniał już większą część nieba. Udało mu się tu podejść, gdyż małym myśliwcem nikt się chyba nie przejmował. W eterze panował kompletny chaos. Resztki floty kosmicznej walczyły gdzieś po drugiej stronie. W głosach załóg statków pomocniczych słychać było niepewność i zdenerwowanie. Ci którzy mogli w panice lądowali gdziekolwiek na planecie. Większe transportowce, nieprzystosowane do lotów atmosferycznych, nie miały tyle szczęścia. Bez możliwości ucieczki pozostawały na łasce najeźdźców, którzy niszczyli je jeden po drugim. Robert był wściekły na siebie, że w pogoni za jednym myśliwcem zużył prawie całe paliwo i zgubił eskadrę, teraz mógł jedynie przysłuchiwać się temu dramatowi. Nie miał pomysłu gdzie wylądować. Nie był w stanie ocenić sytuacji w żaden sposób. Zaczął lustrować powierzchnię planety przy pomocy pokładowego teleobiektywu. Ochronne pola siłowe jeszcze się trzymały, więc uniemożliwiały bombardowanie miast z orbity. Wrogie floty inwazyjne lądowały w odległości kilkudziesięciu kilometrów od nich. Tam tworzył się front. Na powierzchni musiała toczyć się regularna wojna. Nie pozostało mu nic innego niż włączyć się do walki. Kilkanaście kilometrów od stolicy wypatrzył większe zgrupowanie wojsk sprzymierzonych. Wprowadził współrzędne do komputera. Pojazd obrócił się. Silnik zawył na chwilę po czym ucichł. Nowa trajektoria balistyczna prowadziła go w atmosferę. Tego etapu bał się chyba bardziej niż samej walki. Pojazd ustawił się dziobem w kierunku lotu. Po chwili Robert zaczął wyczuwać drgania. Przeciążenie powoli rosło. Atmosfera stawiała opór rozgrzewając kadłub. Obserwował wskazania instrumentów. Sto kilometrów nad powierzchnią. Pojazdem coraz bardziej trzęsło. Monitory przygasły. Coraz większa siła wciskała go w fotel. Osiemdziesiąt kilometrów. Słyszał szum, który przechodził w głośnie buczenie, kadłub wibrował. Nie mógł oddychać, wydawało mu się, że ogromny ciężar zgniata płuca. Straszny pisk i nagły ból w uszach. Po kabinie rozhulał się wiatr. Dekompresja! Chciał opuścić szybkę na hełmie, ale nie był w stanie podnieść ręki. Powoli tracił przytomność. Przed oczami majaczyły jakieś obrazy. Widział łąkę z pachnącymi kwiatami i z wolna falujące morze. Słyszał śpiew ptaków. Czy tak wyglądała Ziemia? Planeta od której wszystko się zaczęło. Ekspansja to było przedsięwzięcie na wieki. Ogromne statki kosmiczne wyruszały do gwiazd napędzane energią chwytanego wodoru. Każdy z nich kolonizował planetę odległego systemu tworząc praktycznie niezależną cywilizację. Oddalone znacznie od siebie mogły komunikować się tylko przy pomocy sygnałów radiowych, czekając na odpowiedź przez dziesiątki lat. W takich warunkach nie mogło istnieć żadne spójne imperium. Była to raczej federacja. Każda planeta istniała jako samodzielny organizm, a wszystkie pozostałe wydawały się tylko wirtualnymi tworami. Czasem otrzymywano od nich jakieś nowinki technologiczne, ale zazwyczaj nie utrzymywano stałego kontaktu. Nikt też nie widział większego sensu takowego. Była to całkowita izolacja. To jak opowieść z bajki. Kolonizacja - przecież to było kilkaset lat temu. Nagle ocknął się. Wysokościomierz wskazywał trzydzieści kilometrów. Robert chwycił za stery. Niesamowite, ale chyba się udało. Myśliwiec był sterowny. Kilka przełączników, ponowny rozruch silników. Działają. Zwrot na lewe skrzydło i nurkowanie. Widział już linię frontu. Wszędzie wybuchy eksplozji, pustynia przecinana setkami różnokolorowych promieni. Niestety nie mógł zdziałać wiele bez wyposażenia bombowego. Postanowił ostrzelać laserami pierwsze zgrupowanie wrogich pojazdów jakie wypatrzył. Wyjście z nurkowania tuż nad ziemią. Atak zaplanował zza niewielkiego wzniesienia. Pól mocy silników. Powolne podejście. Wyskok do góry. Przed jego oczami ukazały się wrogie czołgi. Przymierzył i posłał w ich kierunku parę serii z działka laserowego. Ostry zwrot na prawo i pełna moc. Szaleńczy lot tuż nad powierzchnią, aby uniknąć ostrzału musiał wznieść tumany pustynnego piasku. - Niewiele się chyba udało zdziałać - pomyślał. Wykonał zwrot przez prawe skrzydło i postanowił ponowić atak. Być może tym razem bardziej się poszczęści. Krótka chwila skupienia. Podejście na pół mocy silników. Szybki wyskok do góry. Kątem oka dostrzegł w monitorze dziesiątki czerwonych pocisków. Gwałtowny zwrot na lewo. Przeciążenie wcisnęło go w fotel. Z przerażeniem patrzył na zbliżające się smużki rakiet. Ogromna eksplozja oślepiła go. Pojazdem zatrzęsło, żar uderzył mu w twarz. Gdy odzyskał wzrok zdał sobie sprawę, że przedniej ściany już nie ma. Została wielka dziura przez którą widać było niebo. Monitory przestały istnieć, a płomienie wypełniły kabinę. Horyzont wirował. Robert próbował zapanować nad nad pojazdem, jednak ziemia zbliżała się nieubłaganie. W ostatniej chwili pociągnął nos do góry. Bardzo silne uderzenie. Poczuł się lekko. Pojazd odbił się i znów był w powietrzu. Pustynia przeszła nad głową. Pilot chwycił się obręczy fotela i zamknął oczy. Kolejne uderzenie. Ciemność.
4
Czuł tylko straszny ból. Leżał w jakiejś dziwnej pozycji, cały poskręcany. Dookoła wszystko płonęło. Z wielkim wysiłkiem zaczął się czołgać wśród powyginanych blach, które niczym nie przypominały gwiezdnego myśliwca. Po chwili był już na zewnątrz. Zdarł z siebie strzępy kombinezonu. Rozejrzał się w poszukiwaniu hełmu, ale ten gdzieś zaginął. Z wielkim problemem podniósł się i zataczając zaczął iść po piasku pustyni. Dookoła leżały porozrzucane kawałki pojazdu, których nie potrafi zidentyfikować. Dobiegały go dźwięki odległych eksplozji. Zdołał pokonać tylko kilkadziesiąt metrów, gdy upadł. Leżał tak ciężko oddychając i wpatrywał się w błękitne niebo. Paliły go promienie Słońca. Właściwie to Etny. Ciekawe dlaczego właśnie tak nazwano tę gwiazdę? Nikt się nad tym nie zastanawiał. I tak wszyscy nazywali je po prostu Słońcem. Próbował zebrać myśli i ocenić sytuację. Nie był specjalnie ranny, jedynie poobijany. Nie powinien był atakować tego zgrupowania pancernego. To było zupełnie bezsensowne. Istny cud, że przeżył. Po chwili usłyszał dźwięk zbliżającego się pojazdu. Zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie. Jest. Wyciągnął podręczny pistolet energetyczny. Żywcem mnie nie weźmiecie - pomyślał. Przetoczył się kilka metrów w niewielkie zagłębienie i obserwował otoczenie. Pojazd to mały gąsiennicowy łazik. Zatrzymał się kilkanaście metrów od wraku. Wyskoczyły z niego dwie osoby. Na szczęście to ludzie. Wyszedł ze swojego schronienia. Podbiegli do niego i zasalutowali. - Zabieramy pana - Jak wygląda sytuacja? - zapytał Robert. - Dowódca dywizji zarządził pełen odwrót pod tarczę. Wsiedli do łazika i zatrzasnęli drzwi. Jeden z żołnierzy siadł za kierownicą. W środku nie było wiele miejsca. Robert usiadł na tylnym fotelu i odetchnął. Lekko opancerzony pojazd ruszył i zaczął całkiem sprawnie pokonywać kolejne wydmy. W oddali słychać było eksplozje. Walka ciągle trwała. - Co to znaczy pełen odwrót? - Zniszczyli większość naszych sił pancernych. Panują w powietrzu. Tutaj na otwartym terenie strzelają do nas jak do kaczek - odpowiedział mu żołnierz. - Przegrywamy na całym froncie? - Tego nikt nie wie. Łączność nie istnieje. - Kim oni są? - dociekał Robert. - Kto? - Najeźdźcy. Kim oni są? - Pan ich nie widział? - Nie miałem okazji. - To humanoidy. W czarnych kombinezonach. Nikt z nas ich nie widział z bliska. Nie biorą jeńców. Robert westchnął. Powoli opuszczała go adrenalina. Czuł zmęczenie i ból. Jak to w ogóle możliwe? Wszyscy spodziewali się, że to kiedyś nastąpi. Kolejne kolonie przestawały się odzywać, zrywały kontakt. Czy mogła to być inwazja jakiejś kosmicznej rasy, która niszczyła je jedną po drugiej? Pokolenia rodziły się i umierały ze świadomością ciągłego strachu. Kiedy nadejdzie zagłada? Czy uda się jej zapobiec? Dziwna ta wojna trwała już tyle setek lat, ale kolonie nie miały żadnej możliwości zjednoczenia się i wspólnego stawienia czoła zagrożeniu. Żadne dowodzenie nie było możliwe w realiach w których dowódca nie miał szansy dożyć zobaczenia efektów wydanych przez siebie rozkazów. Zamiast mobilizować ta sytuacja degenerowała całe społeczności. Teoretycznie nowoczesna armia w praktyce głodowała, gdyż obywatele tracili poczucie sensu. Przemysł zaprzestawał produkcji. Rolnictwo działało tylko dzięki pełnej mechanizacji. Miasta rozsypywały się, bo nikt nie widział sensu życia gdy ich świat musiała czekać zagłada. Zadziałało to jak samospełniająca się przepowiednia. Wrogowie zamiast zastać planetę w pełnej gotowości, zastali niedobitki armii i rozsypujące się społeczeństwo, niezdolne do jakiejkolwiek zorganizowanej obrony. W pewnej chwili przerwał te rozmyślania, gdyż o czymś sobie przypomniał. Panicznie zaczął szperać po kieszeniach, znalazł kliszę i wyjął z osłonki. Była biała. Odetchnął, nie został radioaktywnie napromieniowany podczas katastrofy. Jechali teraz betonową drogą. Mijali porozrzucane