Horror · 42 min czytania
INWENTARYZACJA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
INWENTARYZACJA
- Mam to wszystko w dupie – powiedział Marek z właściwą dla siebie emfazą. - Znaczy się co? – spytałem, a w odpowiedzi Marek ogarnął szerokim, niemal papieskim, gestem stojące wokół nas budynki i jadące samochody. No, jak szybko wywnioskowałem, Marek miał w dupie całe to miasto, a może i świat, planetę całą. Staliśmy na moście opasającym podmarznięta rzekę. Za nami pędziły samochody, nie zważające na wyjątkowo śliską nawierzchnię (pani od pogody w radiu powiedziała dziś rano, że zamarznięcie powierzchni dróg w wielu miejscach naszego miasta wyniosło od 80 do 85 procent, cokolwiek to mogło znaczyć). Odłupywaliśmy płaty twardego śniegu zalegającego chodnik i wrzucaliśmy je do gęstej niczym zupa wody. Patrzyliśmy jak powoli tonie, a może rozpływa się albo co. Słońce skryte za mlekowatą warstwą chmur zdawało się znikać. Zimno. Marek miał przy sobie torbę podróżną, wypchaną w połowie ubraniami, a w następnej połówce książkami zdobytymi w naszym miejscowym antykwariacie. Hmmm, w moim antykwariacie. Z nagłym ukłuciem smutku i jakiegoś żalu pomyślałem, że to ja mu te książki sprzedałem, i to jeszcze z porządnym, niemal nielogicznym, rabatem. A teraz miałem zostać sam, bez Marka, bez nikogo, kto chciałby ze mną siedzieć całymi godzinami w antykwariacie, do którego najczęściej zaglądają tylko świry-czytelnicy-zbieracze i (o wiele, wiele częściej) śmierdziele, którzy chcą się pozbyć książek za grosze, ale płatne z góry. Oj nie, u mnie tylko w komis. Tak, przykro mi, że pan/pani nie ma na chleb, ale won mi stąd! Zasmradzacie mi książki. Ha, ha, ha, milutko, wesolutko. Marek wyjeżdżał do Warszawy. Zostawiał mnie samego. Pędził za swą artystyczną chucią, bo w Opolu mogła ona co najwyżej zachęcić go do masturbacji nie będąc w stanie zapewnić mu większej ekstazy. On sam tak mówił. Wcześniej nie przeszkadzały mi jego rozbudowane metafory, jeśli zaś chodziło o ten wyjazd to po prostu nie mogłem ich słuchać. I tyle. A tak bardzo chciałem mu wszystko powiedzieć. Zbierałem siłę, szukałem właściwego momentu, by wylać z siebie odpowiednie słowa, a on wyskoczył z tym wyjazdem. Szlag! Nie potrafiłem mu już o czymkolwiek opowiedzieć, bo uznałby, że łapię się wszelkich sposobów, by go tylko zatrzymać. Wtedy pewnie wściekłby się absolutnie i ostentacyjnie olał prośby o utrzymanie kontaktu. Zadarłby kitę i tyle bym go widział. Ale, w gruncie rzeczy i gdzieś w głębi mnie, czułem, że nasz kontakt urwie się w momencie, gdy pociąg wyruszy ze stacji Opole Gł. Bo Marek, jak sam stwierdził, miał to wszystko w dupie. A ja czułem, że choć częściowo we „wszystkim” się zawieram. Przesrane na całej linii. Po raz ostatni wrzuciliśmy lodową bryłę do Odry i poszliśmy na dworzec. Wiał lekki wiatr, przynosił z sobą głosy ludzi, warkot samochodowych silników. W drodze na dworzec mijaliśmy antykwariat. Jego lekko poszarzała fasada (oczywiście, poszarzała w zamierzony, „starociowi” sposób) wpatrywała się w rynek miasta starymi woluminami Goethego, Sienkiewicza, Przybosia i wielu innych, niekoniecznie wiekowych pisarzy. Zerknąłem na wystawę, jak zawsze ze słabą nutką dumy. No, w zasadzie ta nutka była całkiem potężna, brzmiała jak akord gigantycznej gitary elektrycznej. Tak, ten antykwariat był prowadzony przeze mnie, zapewne mijaliście go niejednokrotnie każdego dnia, nawet nie uświadamiając sobie tego, że to ja go wymyśliłem i stworzyłem w bardzo krótkim czasie. A ile mam lat? Ile tylko chcę… Oglądałem wystawę antykwariatu po raz pierwszy od kilku dni, w trakcie których chorowałem. Stęskniłem się za nim. Czekałem na to, że Marek choć mruknie, iż będzie tęsknił za szperaniem w książkach, grzebaniem w półkach, wielogodzinnych sesjach w antykwariacie. Kiedy zaś milczał, siłowałem się z pragnieniem, by naprowadzić go na trop tego, co pragnąłem usłyszeć. Wiedziałem, że jeśli tylko powie to, o czym marzyłem, to…, to…, nie wiem, uściskam go, stwierdzę, ze wszystko będzie dobrze, że dam sobie radę, pozbędę się wszelkiego zła. No i Marek stwierdził krótko: - Fajnie było siedzieć w tym antykwariacie. Popatrzyłem na niego, ale on nie przyjął mojego wzroku. Patrzył przed siebie, chyba nie zerknął na witrynę. O dziwo, czyżbym aż tak słabo siebie znał, nie zareagowałem w spodziewany sposób. Westchnąłem jedynie cicho, chyba bardziej na pokaz, niż z prawdziwej westchnieniowej potrzeby. Zostawałem sam, samiuteńki. Dworzec był pełen ludzi. Komunikaty o odjazdach, szum rozmów, stukanie walizek na kółkach, kroki. Cały ten rozgardiasz mający swój porządek. Poszliśmy na peron, pociąg już czekał. Posapywał, jakby z niecierpliwością oczekując na podróżnych. Przystanęliśmy. Marek położył torbę. Wyciągnął w moim kierunku dłoń. - Do zobaczenia, stary. Chciałem go uściskać? Ucałować? Jeszcze raz spróbować opowiedzieć o wszystkim, żeby tylko odwlekł swój odjazd? Tak, pewnie, że tak. Chciałem tego, ale nie należę do tych, którzy działają. Ja, kurwa, należę do tych, którzy czekają na to, co się wydarzy. I zwykle zajebiście się męczą. Nie idę do przodu, stoję i patrzę, patrzę i patrzę. I choć wiem, że z tego patrzenia nic nie powstanie, nadal się nie poruszam. Inwentaryzacyjnie myśląc, jedynie mój antykwariat doprowadził moje ciało do stanu działania, udowadniał, że posiada funkcje, o których nawet nie myślałem. On spowodował, że uwierzyłem, że umiem. A kurwa! Antykwariat! A Marek wyjeżdżał. Podałem mu dłoń i odpowiedziałem: - Do zobaczenia. Pociąg sapnął, Marek bez słowa wsiadł do niego. Jeszcze raz obrócił się do mnie. Na jego ustach rysował się cień uśmiechu, jakby przepraszającego, że tak to wszystko wyszło, że nastał taki czas. Także się uśmiechnąłem, ale mój uśmiech mówił coś innego. I raczej był wyrazistszy. Mój uśmiech mówił: „Wiesz co, nie odjeżdżaj. Błagam.” Marek machnął mi ręką, w sposób, w jaki macha się na pożegnanie kumplom w barze, z którymi spotka się następnego dnia o tej samej porze i w tym samym celu. Drzwi do wagonu zasunęły się i pociąg odjechał. Patrzyłem w ślad za nim i myślałem, że jestem naiwny, nieprzystosowany, mam w głowie nie to, co powinno się w niej znajdować, że wierzę w to, co nierealne. Mój świat właśnie odjechał, pozostawiając mnie samego na mroźnym peronie. Za chwilę miał się na nim pojawić pociąg do Nysy i niestety nie mogłem oczekiwać na to, że przyjedzie nim… nowy świat? nowa szansa? cokolwiek? Słowo się rzekło, a właściwe nie. Słowo się przemilczało, jak zwykle w moim przypadku. Zostałem tylko ja i moje zamiary przemyślenia sobie całego tego wszystkiego wokół mnie. Co za koszmar! Wyjąłem z kieszeni komórkę, sprawdziłem godzinę. Włączyłem listę numerów. Znalazłem numer Marka i przez krótki moment wpatrywałem się w niego, gotów w każdej chwili funkcją „USUŃ” w zupełności wyrzec się wszelkich złudzeń. Schowałem jednak telefon z powrotem do kieszeni. Wracałem do swego mieszkanka powoli, z głową spuszczoną i wzrokiem beznamiętnie omiatającym zamarzniętą szarość chodników. Brakowało mi sił, doprawdy nie miałem na nic ochoty, nawet przebieranie nogami przychodziło mi z trudem. Z utęsknieniem wyczekiwałem skrętu, zejścia po schodkach, a potem wjazdu windą na ósme piętro wieżowca i skryciu się w pielesze mieszkania. Ale przed sobą miałem jeszcze niemal kilometr wieczornego miasta i wędrówki ze świadomością, że napotkanie na jakąkolwiek życzliwą, ba – znajomą – twarz w tłumie ludzi graniczyło z cudem. Przesadzam, powiecie. Nie, nic z tych rzeczy. Wyjechali wszyscy, pozostali tylko namolni pijaczkowaci kontrahenci i świrusy poszukujący pierwszego wydania poezji jakiegoś austriackiego pedała z początków dwudziestego wieku. Byłem jedyny, samiuchny. Zaraz pod blokiem, w którym znajdowało się moje mieszkanko, ujrzałem lisa. Zwierzak przemykał w cieniu, niezbyt pewny swego położenia. Bo oto on, mieszkaniec dzikiego lasu pojawił się w siedlisku ludzkim, niczym wyrzutek, samotny wędrowiec poszukujący resztek albo zmarzniętych szczurków. Przebiegł blisko mnie, nawet omiótł moją postać szybkim, ostrym spojrzeniem i pobiegł dalej. Życzyłem mu szczęścia, żeby nie padł ofiarą co bardziej skurwysyńskich ludzi bojących się wścieklizny. Kilkakrotnie wcześniej słyszałem o samotnych lisach pojawiających się w Opolu. Podobno biegały one bocznymi uliczkami, a co bezczelniejsze zapuszczały się nawet bliżej centrum licząc nie wiadomo na co. Może ci dzielni odkrywcy byli specjalnie szkolonymi lisimi opolonautami… Sprawdzali po prostu, którą część miasta mogliby zagarnąć w swe władanie. Na własne oczy ujrzałem lisa, po raz pierwszy w życiu i, zadziwiające, zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Prawdziwy lis, jak z podręcznika do biologii, zaraz obok mnie, bliziutko. Zabawne… Mimo, że w moim antykwariacie działo się coś niesamowicie nierealnego, tak naprawdę niemożliwego, ten rudzielec tak mnie zafascynował. Zwierzak był prawdziwy jak ja. Tylko ja w tym momencie istniałem, no i ten lis. I istniał też pewien mól.
XXXX
Bo to było tak, moje drogie dzieci. Muszę zaczynać od takich słów, abyście już na wstępie wczuli się w całą bajkowo-odjechaną otoczkę. Otóż, było to tak: Sprzątałem w moim antykwariacie. Nie były to żadne zimowe, tudzież świąteczne porządki. Takie tam zwykłe odkurzanie starych woluminów zalegających od wieków na starych półkach. Śmigałem po księgarence, do zamknięcia pozostały jeszcze dwie godziny, za oknem zapadał zmierzch. Słońce było ostre, choć grudniowe i bezlitośnie wlewało do środka hektolitry pomarańczowo-czerwonych barw, niejako na przekór porze roku. W powietrzu wyczuwało się zapach śniegu. Podobało mi się to, a tak w ogóle miałem dobry dzień. Rok akademicki na dobre nabrał rozpędu i popychał studentów do odwiedzin w mych jakże skromnych progach; młodość ponad poziomy wzlatująca pragnęła obcować z literaturą. A wiecie, że stare książki mają swój niemożliwy do odrzucenia czar? Wiecie, pewnie, że tak. Pamiętam, że podniosłem tom prozy Kraszewskiego (w sumie miałem dwie półki ciasno wypchane powieściami tego wyrobnika), gdy moim oczom ukazał się robak. Owadek, maleństwo. Wyfrunęło toto beztrosko, zawirowało przed moimi oczami i poleciało w dal. Obróciłem się, próbując śledzić lot nieprawego lotnika, ale znikł w oddali, taki był mały. Wzruszyłem ramionami. Mól. Tak bywa. Gdzie są książki, tam też żyje robactwo. Zanotowałem głęboko w pamięci, by kupić jakąś trutkę, aerozol, albo coś takiego. Powróciłem do sprzątania. Zatonąłem w myślach. Niczym konkretnym. Walczyłem z moim rozwahaniem. Bo istniała pewna dziewczyna, która zawróciła mi w głowie, a ja wiedziałem, że nie powinna mnie interesować. Latałem wokół niej jak, za przeproszeniem, pojeb, a ona mnie ignorowała. To było niezdrowe, niewłaściwe, niegodne mnie, jakbym sam sobie udowadniał coś, czego tak naprawdę nie chciałem udowadniać. Dlatego też starałem się w taki sposób stymulować mój mózg, by zapomniał o tej boskiej (nie, nie – beznadziejnej!!!) istocie. Wtedy nie wiedziałem, że za kilka dni ona wyjedzie na zawsze i będę mógł ją wymazywać, wymazywać. Kiedy ścierałem kurze z półki z poezją, przeklęty mól znowu się ukazał. Wzleciał w powietrze, ja machnąłem ręką w naiwnej nadziei ukatrupienia robaka, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Owad, mimo że naprawdę powolny, zdołał mnie przechytrzyć i znowu gdzieś się skryć. Cóż, mógł to być inny przedstawiciel gatunku pożeraczy wszystkiego co papierowe, ale byłem pewien, że to był ten sam, z którego kraszewskiej kryjówki wypłoszyłem. Spojrzałem uważniej na książki, zza których tym razem uleciał. Rilke… Hmmm, jakże ambitnie. Do antykwariatu wszedł klient i przerwał moje molowe przemyślenia. Był to starszy pan, znałem go. Wpadał średnio raz w tygodniu i kupował wszystko, co dotyczyło wschodu. Niestety, od kiedy ostatnim razem kupił książkę japońskim łucznictwie (a było to z dobry miesiąc wcześniej) za każdą jego wizytą musiałem sprawiać mu przeogromny zawód. Tak było i tym razem. Smutny jegomość, w przypływie ślepej rozpaczy spowodowanej niemożnością zaspokojenia dalekowschodnich podniet, kupił malutki zbiorek haiku jakiegoś kretyna z Podlasia i wyszedł, zapowiadając swój powrót w następnym tygodniu. Przytaknąłem z ochotą, bo zawsze tak właśnie przytakuję. Z ochotą, choć czasem najchętniej wepchnąłbym w dupsko co niektórym najbardziej zagrzybiony egzemplarz „Potopu”, jaki udało mi się oglądać w brudnych siatach tych, którzy przynoszą do mnie swe książki licząc na interes życia. A won! Dziady! Sprzedawać swoje piwniczne, zaszczane przez szczury gówno takim kretynom jak wy. Nie ma! Nie ma kasy dla śmierdzieli, baranów i pijaków! Spadać! Poszedłem na zaplecze, by szybciutko sobie siknąć. Kiedyś zamykałem drzwi na klucz, kiedy tylko znikałem z głównej sali. Z czasem jednakże przestałem się przejmować tym, czy ktoś wlezie, kiedy będę w kibelku, kiedy będę robił herbatę itd. I tak zawsze słyszałem otwieranie drzwi i wybiegałem szybkim pędem do kochanych klientów. Wysikałem się, myślałem o dziewczynie, która na zawsze odeszła z mojego życia i wraz z pozbywaniem się moczu z mojego organizmu, spływał na mnie spokój. Spuściłem wodę. Popędziła w dół nieświeżym strumieniem, a spłuczka napełniła się ponownie. Wyjrzałem na salę. Pusto. Ten dzień nie należał do najlepszych finansowo. Kilka książek znalazło klientów, którzy ich potrzebowali, kilka trafiło do zupełnie przypadkowych osób. Nie przeszkadzało mi to w żadnym wypadku. Miałem zamiar jeszcze poszperać w internecie, by na antykwarycznych stronach szukać szczęścia, i grubej kurwa mać kasy. Doskonale wiedziałem, że takowa nie istniała, nie wykraczała poza karty „Klubu Dumas”, „Amerykańskiego chłopca” itd. Była tylko mrzonkami tych, którzy w książkach upatrywali moc sprawczą wszystkich zdarzeń. Fakt, książki traktowałem z szacunkiem, lecz jeśli chodzi o bogactwo z nimi związane, byłem jak ten ze szkiełkiem i okiem z „Romantyczności”. Jeśli nie dojrzę niezłej sumki, nie będę mógł sobie jej wyobrazić. Na zapleczu przywitał mnie mól. Latał jak durny, w kółko, w kółko. Przez moment miałem szczery zamiar ukatrupienia drania, ale przestałem się nim przejmować. Polata, polata i padnie. Już ja je znam… Do antykwariatu wszedł Marek. Już w tamtych dniach opowiadał o wyjeździe do Warszawy. Zdawał się podniecać samymi słowami o światku stolicy, a ja – ślepy i głupi, niemal chorowici zafascynowany jego słowami – sądziłem, że pogada sobie i mu przejdzie, że to tylko słomiany zapał, wymysły. Marek ciągle zdawał się tonąć w marzeniach o zbudowaniu wokół siebie kultu godnego Przybyszewskiego, czy innego Wyspiańskiego. Miał charyzmę, ale wiernych nie za wielu. Nadal jednakże tonął w swym artyzmie. Nie, nie irytowało mnie to. Postać Marka od kiedy tylko go poznałem była dla mnie jednoznaczna z rozpasaną egzaltacją, poetycznością i tym podobnym sprawkom. Podobało mi się to, stanowiło niejako odbicie dla mojej wewnętrznej szarzyzny. Marek przyszedł do mnie, jak każdego dnia. Czuł się jaku siebie w domu. Chodził po księgarni niczym kogut po kurniku, nadając jak opętany o cudownych możliwościach czekających w stolicy. Uwielbiał, niby od niechcenia, dodawać do wypowiadanych przez siebie zdań: „Eviva l’arte”. Nie broniłem mu tego napuszenia. Marek miał wpisane je w siebie, bardzo głęboko. Kiedyś usłyszałem wyrażenie „Pierdoła Dzień dobry” i bardzo chciałem przyporządkować je do Marka, lecz nie mogłem. Bo Marek do pierdół nie należał. Już prędzej ja. Odbiegam od tematu, tak mi się wydaje. Miałem opowiedzieć o molu, nie zaś o Marku i o tym, że bolało mnie jego pragnienie opuszczenia tego mojego świata. Następnego dnia, kiedy zaszedłem na zaplecze, by zdjąć kurtkę, przygotować sobie kawę, która pozwoliłaby mi przetrwać chwile stagnacji bez większej liczby klientów, dostrzegłem tego samego mola. Siedział sobie na jednej z zakurzonych półek, zaraz obok tomu dzieł Lema i, jak Boga kocham!, nie ruszał się z przeżarcia. A skąd wiem, że z przeżarcia? Bo książka Lema była naznaczona licznymi dziurami wprost idealnie pasującymi do ciała małego szkodnika. Tak więc, mały ciul zeżarł mi Lema i teraz odpoczywał, jak uczestnik wyjątkowo obfitej uczty, po której nie musi krępować się i spokojnie może rozpiąć portki, by tylko sobie ulżyć. Nawet się nie wściekłem. Patrzyłem na robala i nie mogłem uwierzyć własnym prześlicznym oczom. I roześmiałem się. Śmiałem się do rozpuku. Zatoczyłem się i opadłem na rozklekotane krzesło po mojej babuszce, chichocząc, rechocząc jak posrany. Wzrok przesłoniła mi mgła łez. Z trudem opanowałem rechot – możliwe, że jakiś wewnętrzny spokój antykwariusza wylazł na powierzchnię i przykrył czarną plamą radość kretyna. No bo jak to tak, żeby właściciel antykwariatu znajdującego się w centrum wojewódzkiego miasta, śmiał się do rozpuku z niczego. Wstałem, chwiejąc się na nogach, nabierając szybkimi haustami powietrze wyszedłem na salę. Tam ujrzałem Roberta – kolesia, którego poznałem na pierwszym roku studiów, i którego znienawidziłem na drugim roku studiów. Przyszedł do mnie, ten wysoki, przystojny jegomość, po raz pierwszy, odkąd otwarłem antykwariat. Czyli no, od dobrych trzech lat. Uśmiechał się do mnie, jakbyśmy byli co najmniej jako-tako dobrymi znajomymi. Chyba nie słyszał mojej kawalkady śmiechu, bo zapewne uznał moją rozciągniętą w szerokim wariackim uśmiechu facjatę za oznakę radości z kolejnego, zajebiście coraz-bardziej-zimowego dnia. Przywitał mnie serdecznie, zwierzył mi się ze swych ogromnych ambicji zgłębienia logiki, pragmatyki, hermeneutyki i innych –ik, pokręcił się po księgarni, baran jeden, niedouczek, miglanc, a następnie wyszedł pewnie do jakiejś kafejki internetowej, bo to tacy jak on całą wiedzę zdobywają na czatach lub forach, gdzie „brodacz324” opowiada o zazywaniu kompieli z golymi lahami :))))))))))))). I dobrze, że sobie polazł. Nienawidzę! Przez moment stałem na środku antykwariatu, nieco zdezorientowany, jakby spazmatyczny śmiech zakłócił pracę mego mózgu i w jakiś sposób wpłynął na proces myślenia. Zaraz jednak wszystko we mnie wróciło do średniej krajowej. Wróciłem na zaplecze. Niemal krzyknąłem z wrażenia, kiedy na półce, gdzie jeszcze przed dziesięcioma, no może piętnastoma, minutami stał nadgryziony egzemplarz „Dzieł wybranych” Lema teraz owych brakowało. Brakowało, natomiast proces nadgryzania dotknął jednego z tomów „Don Wollheim proponuje”. Ale nie to było główna przyczyną mojego niedoszłego krzyku. Nie. Obok czarnego, podżartego tomu, odpoczywał mól. Nie miał już rozmiarów mola (tj.maciupeńki niczym główka od szpilki), ale porządnej, końskiej muchy (tj. jak taką zgnieciesz, to masz gotową gigantyczną, niezmywalną plamę). Wręcz bosko, pomyślałem. Doskonale.
XXXXXX
No i tak to się zaczęło. Mól odpoczywał bezmyślnie, najedzony jak dzik, a ja nie umiałem zareagować. Ten robak nie pasował tu, był przerysowany, jakby z niezbyt autentycznej powieści. I ja – człek całkiem trzeźwo zerkający na świat – musiałem się z nim zmierzyć. Oczywiście, wiem, że mogłem po prostu pierdolnąć w niego jednym z nadjedzonych tomów, ubić gnoja jego własna strawą, a potem oczyścić miejsce zbrodni. Nie uczyniłem jednak tego i z punktu widzenia czasu, wiem, że w tamtej chwili myśl o zabiciu mola nawet nie zaświtała mi w głowie. Nie wiem, jakby to stworzenie momentalnie znalazło się pod ścisłą ochroną. Stałem i wpatrywałem się w niego, a on leżał nieruchomo, tylko jego skrzydełka poruszały się delikatnie, jakby przez sen. Zastanawiałem się, czemu tak urósł, czy być może był taki wielki już od samego początku, a może po prostu był to zupełnie inny owad. Urósł, bo… bo… sam nie wiem. Po prostu zwiększył swój rozmiar jak jaszczury w durnych filmach rosnące pod wpływem prób jądrowych. Nie atakował mnie, bo i po co. Zżarł, co miał pod łapą i zasnął (chyba). Właśnie, nie miałem pewności, czy zasnął, czy zdechł wypchany przeżutym papierem. Z odrazą (nie lubię robactwa, oj nie, ale czego się nie robi dla dobra nauki) zbliżyłem się do owada. Rozejrzałem się za jakimś narzędziem kontaktu. Znalazłem. Na jednej z półek leżał ogryziony ołówek, pozostałość nie wiem, jakich czasów. Wziąłem go i bardzo, bardzo powoli podsunąłem tę jego część, gdzie kiedyś znajdowała się gumka do ciała robaka. Dotknąłem go i w tym momencie mól-mutant podniósł powoli łeb (ja po raz kolejny niemal wrzasnąłem, prawie) i poruszył nim w lewo i w prawo, jakby właśnie przebudził się ze snu. Popatrzył na mnie. Przysięgam, że zerknął na mnie swymi wyłupiastymi, pokrytymi dziwną szczeciną ślepiami. Patrzył na mnie, a ja na niego. Trwało to chyba ze dwie wieczności. W uszach mi gwizdało, język wysechł na wiór, całe ciało zdrętwiało z napięcia. Nagle (jakże to książkowe – nagle!) otworzył gębę, czy paszczę, czy jak to tam nazwać i ukazał najprawdziwsze zęby. Z biologii pamiętam, że owady zębów jako takich nie posiadają, co najwyżej jakieś twarzoczaszki, żuwaczki, zęboczułki, inne chujemuje. A tu ujrzałem wielką klawiaturę trójkątnych, niemal rekinich kłów, wyszczerzonych i głodnych. Wyobraziłem sobie, że te zębiska mogłyby bez kłopotów przegryźć moją…