Fantasy · 18 min czytania
IRRACJONALNI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Nie ma żadnej Magii! To tylko ku… kuk… kuglarskie.. kukły. Sztuczki znaczy się – Skwitowała kapitan, pociągając kolejny haust wina z dużego zdobionego kielicha. – Ty akurat to wiesz najlepiej.
Siedziała za wielkim zdobionym biurkiem umieszczonym w kasztelu rufowym, jej świątyni. Nie była już najmłodsza, a uroda, zapewne dawniej nieprzeciętna nieco przybladła. Krągłości, teraz zbyt obfite, ukrywała pod warstwami koronek i turniurą. Była magiem dowodzącym latającym zamkiem królestwa Kaspirii, czyli naszym kapitanem.
- Tysiąc mil lotu, żeby tu robić za… jakieś papugi – kolejny łyk z kielicha. Zazwyczaj nosiła błękitny, damski mundur floty, ale dziś musiała wystąpić w galowej sukni paradnej maga. Wielki kapelusz z piórami stanowiący cześć tej garderoby leżał teraz pod ścianą i wyglądał niczym zdechły paw. Zamek stał w jednym z wyznaczonych miejsc na gigantycznym rynku stolicy. Znajdowało się tu dwadzieścia takich samych stanowisk, i tego dnia, niemal w każdym z nich spoczywała podobna jednostka. - A i tak mają nas w… gdzieś – podsumowała. Kapitan piła rzadko, tylko przy takich okazjach gdy frustracja brała górę. I wówczas miała zwyczaj wylewać wszystkie swe żale na jedyną osobę w załodze przy której mogła sobie na to pozwolić. Czyli na mnie. Pierwszego oficera. - Jutro polecimy znowu pilnować piasku na pustyni – dorzuciłem swoje pięć groszy. Nasz latający zamek, szumnie nazwany Cesarzowa Innessa Padawanna Ageńska, był pierwszą jednostką tego typu w królestwie. Oznaczało to jednak także, że jest zarówno najstarszą jak i najmniejszą w królestwie. W związku z tym zajmował honorowe „Pierwsze miejsce” na samym końcu rynku. Mieliśmy ledwie dwa tuziny dział i niecałą setkę załogantów. Nawet na paradzie, wszyscy gapili się na wielkie, nowiutkie zamczyska, nikt nie zwracał uwagi na podstarzały, mały zameczek na czele. - Przestań mi to… Jak zwykle przy takich okazjach, kapitan chciała mi zarzucić, że winię jej nieustępliwość, niepokorność i inne tego typu przymioty za zesłanie na północne rubieże królestwa. Gdzie od niemal tuzina lat pilnowaliśmy granicznych wydm piaskowych. Przerwało jej jednak natarczywe łomotanie do drzwi kajuty. Kapitan zerknęła na mnie znacząco, wstała i odwróciła się w kierunku rufowych okien, zadumaną pozą próbując ukryć wywołaną winem chwiejność postawy. - Wejść – rzuciłem krótko. Drzwi kajuty otworzyły się błyskawicznie i pojawił się w nich Dubed, jedyny załogant który zawsze zgłaszał się bezwiednie na ochotnika, aby zostać na służbie, gdy cała załoga szalała z przepustkami po okolicznych lokalach. Zasalutował z wyraźnym wysiłkiem, włożonym w zachowanie jakiej takiej składności ruchów i oświadczył: - Kazał pan iść do domu cechowego i prosić Mistrza Metrona, żeby przyszedłbył do nas, ale on nie przyjdzie, panie pierwszy. Odczekałem chwilę licząc naiwnie na kontynuacje, niestety po kilku sekundach stało się jasne, że zdaniem marynarza takie wyjaśnienie wyczerpywało temat. - Czemu nie przyjdzie? - Bom mu nic nie powiedział, bo jego na pewno nie było w domu cechowym, panie pierwszy – oświadczył z przekonaniem. Dalsze wyczekiwanie nie miało raczej sensu wiec zapytałem spokojnie: - Skąd wiesz, że go tam nie było? - Bo cały dom cechowy się wzioł spalił, panie pierwszy. Na pewno nie ma tam nikogo. Ciężko było dyskutować z taką argumentacją. - W mieście jest pożar? Spaliły się jakieś inne budynki? - Nie, panie pierwszy. Tak po prawdzie, to ludziska mówiły, że to nie pożar, a dom cechowy wzioł i wybuchł. - Co!? – wykrzyknęliśmy niemal równocześnie ja i kapitan, która obróciła się już i przysłuchiwała nieco anemicznemu dialogowi. Kapitan posłała wcześniej marynarza do domu cechu zajmującego się napędem naszej jednostki; kulami Irracjonalności. Taka błękitna, błyszcząca, sfera tajemniczej materii zamknięta była w specjalnym stelażu w naszej maszynowni. Dzięki kotłom parowym, skomplikowanemu systemowi przekładni i łopatek mogliśmy kontrolować szybkość i kierunek jej obrotów, a przez to zmieniać kurs, pułap oraz wszystkie inne parametry lotu. Problem polegał na tym, że nasza kula bladła z każdym dniem. Kapitan doszła do wniosku, że proszenie o pomoc oficjalnymi kanałami może skończyć się demobilizacją starego zamczyska. Zdecydowaliśmy więc, że przy okazji wizyty w stolicy, sprawę spróbujemy załatwić po cichu, we własnym zakresie. - No ludziska mówiły, że tam był taki wielki wybuch i dlatego ten dom wzioł się i spalił… Panie pierwszy. - Te pajace z czymś eksperymentowały!? Czy ktoś chciał ich wykończyć? – zapytała kapitan, najwyraźniej oczekując odpowiedzi z mojej strony. Wiedziałem dokładnie tyle samo co ona, więc moja jedyną odpowiedzą było nieme wzruszenie ramionami. Tym czasem marynarz, przez nikogo niepytany, zrobił się nadzwyczaj gadatliwy. - Ja tam nie wiem, pani kapitan, – opowiedział rzeczowo – ale był taki jeden chłop, co zagadywał wszystkich marynarzy w ciżbie… Oboje spojrzeliśmy na niego z wyrazem wyczekiwania, ponownie licząc na kontynuację. Tym razem się nie zawiedliśmy. - I to mi dał – wyciągnął rękę w której miętosił skrawek pergaminu – jak mu powiedział żem jest z „Cipy”. - CO!? – ryknęła kapitan. Jej oblicze przybrało purpurową barwę a wzrokiem próbowała spopielić biednego Dubeda. Najwyraźniej, straciła zainteresowanie głównym wątkiem rozmowy. - Daj to! Wracaj na górę i pilnuj by nikt obcy nie wszedł na pokład – rozkazałem szybko. - Ja ci z rzyci … - Marynarz wykazał się jednak dostatecznym refleksem, by zniknąć z kajuty nim kapitańska groźba została sformułowana - … kulasy powyrywam! Zerknąłem na zapiski na pergaminie, odczekałem chwilę by jej wzrok przestał wypalać dziurę w drzwiach za którymi zniknął nieszczęśnik i podałem jej notatkę.
„Do kapitanów starej gwardii. Ratujcie mnie i moją wiedzę. Chcą mnie zabić, pogrążyć naszą wspaniałą flotę! Czekam w ‘Kozich bobkach’. Metron, mistrz cechu Irracjonalności”.
- Napisał to do Ciebie lub Patrika z Fi… - jej wzrok wymownie skierował się w moim kierunku – z Fursta Inocenta Udena Tadańskiego. Ale czemu? - Chyba będziemy musieli się dowiedzieć – oświadczyła nadal się we mnie podejrzliwie wpatrując.
Na rynku roiło się od grupek ludzi śmiejących się, dyskutujących zażarcie lub po prostu popijających wszystkie możliwe trunki serwowane w okolicznych knajpach. Wszędzie paliły się lampiony, wisiały kolorowe girlandy, a gdzieniegdzie nawet pojawiały się rozbłyski sztucznych ogni i pobrzmiewał huk petard. No i oczywiście, niemal każda kamienica, wieża czy choćby stragan były przyozdobione proporcami. Kolejne urodziny pierwszej cesarzowej, naszej patronki, na pewno będą długo wspominane, choć już mało kto wie ile wieków temu przyszła na świat. Jechaliśmy zapakowani w pośpiesznie wynajęty powóz. Sporą dwukółkę ciągniętą przez miniaturową odmianę słonia, przystrojonego w mieniącą się cekinami i obwieszoną przeróżnymi wisiorkami derkę. Podobną kakofonię barw i stylów prezentował strój siedzącego na grzbiecie zwierzęcia właściciela tego wehikułu. Kapitan i ja zajęliśmy miejsca na przedzie pojazdu, wiec jedyne co widzieliśmy to wielki zad bydlaka i kusy ogon, do którego ktoś przywiązał jakąś kretyńską kokardę. Zastanawiałem się, czy nie zostanę poszkodowany jeśli stworzenie zechce sobie ulżyć. Co do tego, że dowiem się natychmiast kiedy puści gazy nie miałem złudzeń. Mina kapitan sugerowała, że trapią ją podobne wątpliwości. Z tyłu pojazdu ulokowało się dwóch osiłków z naszego korpusu piechoty desantowej, którzy nie oddalili się dostatecznie daleko, by bosman nie zdołał ich odwołać z przepustki. Mimo zdecydowanie lepszych widoków wyglądali na przygnębionych. Minęliśmy najbogatsze kamienice ulokowane wokół rynku. Nieco dalej, dekoracji nadal nie brakowało, ale i ludzi było mniej i nieco mniej świętowania. Gdy dotarliśmy do starego miasta na którym znajdował się dom cechowy, ulice niemal opustoszały. Z samego przybytku pozostały już tylko okopcone kikuty ścian i zwały zwęglonego śmiecia. Wokół krzątało się kilku strażników miejskich, a raczej snuło się bez celu. Gapi też już nie było, jedyni cywile odpoczywali, przeważnie w pozycji horyzontalnej, na ławeczkach przy małym placyku i zapewne do rana nie zdołają się stąd ruszyć. Zeskoczyłem z siedziska i podszedłem strażnika ze złotymi naszywkami dziesiętnika. - Co tu się stało? Słyszałem o jakimś wybuchu? – Zapytałem z miną typowego turysty. Dziesiętnik zmierzył mnie wzrokiem od stup po czubek głowy. Miałem na sobie zwykły błękitny mundur bez insygniów, wiec tylko prychnął w odpowiedzi: - Nie twoja sprawa marynarzyku, nie interesuj się. - Ale my naprawdę jesteśmy wścibscy – zawołała kapitan, właśnie z gracją schodząc z dwukółki korzystając z pomocy jednego z naszych osiłków. Nie wiem czy to jej uroczy uśmiech, paradny strój oficera czy może towarzystwo dwóch przewyższających ją o dwie głowy „marynarzyków” sprawiło, że strażnik diametralnie zmienił nastawienie. Zerwał hełm z głowy, przytrzymał go w jednej ręce, drugą wykonał…