Fantasy · 7 min czytania
Island- poprawiona wersja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Island
Jestem boginią pająków. Owłosione i obrzydliwe ośmionogie stwory są przy mnie obecne od niepamiętnych czasów. Owszem również jestem ohydna ze swoim ogromnym odwłokiem-ale nie zawsze tak było.
Dawno temu wraz z mym przyjacielem, znaleźliśmy portal do innego świata. Gdy przekroczyliśmy próg, znaleźliśmy się na wyspie. Ona zaś była otoczona czerwoną mazią. Piasek na brzegu był szary, tak samo jak niebo, które kontrastowało z czarnym księżycem. Kilka metrów od nas rozciągał się ciemno zielony las. Spojrzałam po chwili na mojego kompana. Widziałam w jego oczach strach. Zaczął panikować, gdyż portal, przez który przed chwilą przeszliśmy, zniknął. Zostało nam tylko przeć na przód. Przeciskając się przez różnego rodzaju śliskie, śmierdzące, ohydne gęstwiny, za każdym razem, gdy mój kompan usłyszał jakiś dziwny dźwięk, zaczął łkać. Otaczał nas półmrok połączony z nieznanymi nam odgłosami. Po chwili zaczęłam słyszeć w mojej głowie szepty. Mówiły mi, że nie mam się czego bać, że jestem bezpieczna. Normalny człowiek taki jak mój przyjaciel by krzyczał albo zaczął uciekać. Ja nie. Nie umiałam tego opisać, ale nie czułam się źle względem tego miejsca. Nie umiałam określić, ile już idziemy. Minęła wieczność, zanim zobaczyliśmy w oddali jakąś polanę. Zatrzymaliśmy się na niej. Tak jak piasek, trawa była szara, jakby była pokryta popiołem. Po wielu za i przeciw, postanowiliśmy usiąść na niej. Nic się nie stało. Oparłam więc i ręce na trawie. Podniosłam mą obolałą od myśli głowę do góry. Niebo robiło się bardziej szare. Mój kompan na chwile się uspokoił. Nagle, zaskoczył mnie tym, że zaczął mówić jak nakręcony o tym, że przy nim jestem bezpieczna i że się jakoś stąd wydostaniemy. Choć dokładnie wiedziałam, że to nie jest prawda oraz pewnie sam próbuje uwierzyć w swe słowa to i tak mu przytakiwałam. Postanowiliśmy spędzić tu noc. Wstałam więc zrezygnowana by poszukać jakiegoś drwa na ognisko. Niechętnie się zgodził. Gdy znalazłam się poza polaną czułam, że ktoś mnie bacznie obserwuje. Ciarki chodziły mi po plecach, gdy coś ruszało się w krzakach. Gdy z ulgą podnosiłam ostatni kawałek drzewa, spadło mi coś na kark. Odruchowo krzyknęłam i wyrzuciłam w powietrze to, co miałam w rękach. Zaczęłam skakać w lewo i w prawo trzepiąc rękami głowę. Nagle przybiegł do mnie Paul (zapomniałam wspomnieć, że tak ma na imię mój kolega) ze strachem w oczach, stał jak wryty i patrzył na moje szalone wyczyny. Nagle się spytał -Co się stało? Ja mocno poirytowana tylko wzdychnęłam. Uspokoiłam się po chwili i pogoniłam go, by pomógł mi pozbierać do końca drzewo. Gdy wróciliśmy rozpaliliśmy ogień. Jak ja uwielbiałam zapach ogniska.( Od razu przypominało mi się dzieciństwo, gdy mój tata zabierał mnie na nocowanie w lesie) Chwilę przy nim posiedzieliśmy. Postanowiliśmy wartować, czyli gdy jedna osoba będzie spała druga zaś będzie ją pilnowała. Ja, jako pierwsza miałam iść spać. Położyłam się więc. Gdy się obudziłam było tak ciemno, że ledwo widziałam jego. Ogień zgasł. Paul leżał obok mnie zwinięty w kłębek z otwartymi oczami. Podpełzłam do niego i go przytuliłam.…