Religia · 6 min czytania
Istota
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie był tym za kogo go początkowo uważałem i za kogo brali go inni. Nie jestem wstanie określić kim była ta istota, lecz byłem jedynym, któremu chodź w części było dane poznać choć skrawek jej złożonej natury. Nie pamiętam dnia w którym spotkałem go po raz pierwszy, zdawało mi się jak bym znał go od zawszę. Nie wiem dlaczego wybrał właśnie mnie. Twierdził, że tylko mój umysł był w stanie przyjąć rzeczy jakie pragnie przede mną objawić. Teraz, patrząc z perspektywy czasu rozumiem jego stwierdzenie. Przez całą znajomość z nim, o ile mogę nazwać tak lata z nim spędzone, nie udało mi się zgłębić czeluści jego istoty. Nie potrafię stwierdzić czy był dobry czy zły, nie wiem też czy można go oceniać w tych kategoriach. On po prostu był. Istniał w rzeczywistości, co prawda nie przygotowanej na jego przyjęcie, ale brutalnie zmuszonej do dźwigania brzemienia jakie dla niej stanowił. Wiele razy próbowałem się od niego uwolnić, pełen lęku o zachowanie człowieczeństwa, które bez wątpienia zatracałem przebywając w jego towarzystwie. Nie byłem jednak wstanie, go opuścić, mój umysł uzależnił się od niego, został pochwycony w jego sidła. Cały czas miałem świadomość jego wyższości. Wiedziałem, że kieruje moim życiem. Mimo swojej władzy nade mną, nie krzywdził mnie jednak, jak na początku mi się wydawało. Mógł się mną bawić, jak kukiełką na sznurkach. On jednak mnie szanował, zaryzykował bym nawet stwierdzenie, że się o mnie troszczył. Zmusił mnie abym z rezygnował z życia osobistego. Nie zrobił tego wprost, był to powolny proces, ale uparcie dążący do celu. Przerażające wydało mi się to, że mając jego nikt ani nic nie było mi już potrzebne on wystarczał mi w zupełności. Nie musiałem troczyć się o utrzymanie, on o wszystko zadbał. Kupił mi dom na obrzeżach miasta, opłacał wszystkie moje rachunki i dawał gotówkę na bieżące wydatki niezbędne do utrzymania mojego ciała przy życiu. Wyglądał jak człowiek. Na pierwszy rzut oka był mężczyzną w wieku około sześćdziesięciu lat. Nosił zniszczony płaszcz z naszytymi tu i ówdzie łatami. Miał długie białe włosy i tegoż samego koloru brodę i wąsy. Jednym słowem jego cielesna powłoka przywodziła na myśl bezdomnego żebraka, których pełno w ubogich dzielnicach miasta. Kiedyś spytałem go o jego ubiór, wydało mi się dziwne, że ktoś kogo stać na kupno domu jaki mi sprawił, chodzi w takich łachmanach. Spojrzał na mnie tylko i uśmiechną się jak do dziecka. Drażniło mnie to, a on doskonale o tym wiedział. W ten sposób dawał mi do zrozumienia, że nie poznam odpowiedzi na postawione pytanie. Nie krył jednak wszystkiego przede mną, dał poznać mi odpowiedzi na wiele pytań. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że nie odpowiada mi wprost, tylko układa wszystko tak abym to ja sam doszedł do żądanych odpowiedzi. Do czego mu byłem potrzebny? Zadręczałem się tym…