Psychologia · 6 min czytania
Istota wiatru
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W oddali zabił dzwon. Lekki szmer wiatru przeszedł po wysokich koronach drzew. Cicho szumiąc, wpadł do kotliny rzeczki i wraz z nią płynął kamienistym korytem. Z Wiatrem leciały ptaki, głównie czarne jak smoła gawrony. Nie krakały jednak, a leciały cicho, jakby wsłuchując się zew natury. A natura milczała. Milczała tak jak tylko matka milczeć potrafi. Milczała ciszą głęboką, ukrytą. Gdzieś w oddali, za tysiącami drzew, dzwon ucichł, a powietrze zgęstniało. Tylko Wiatr frunął, poruszając liśćmi. Było tak cicho, że dało się wychwycić pluskanie niewielkich rybek w rzeczce. Spokojną, melancholijną wręcz rzeczywistość zaburzał tylko jakiś niepojęty smutek. Wiatr ustał, puszczając ptaki przed siebie. Rozejrzał się dookoła i zaskoczony niecodziennym widokiem, bezgłośnie zagwizdał. Przed wiatrem rozpostarło się kamieniste wybrzeże. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie samotny człowiek z pochyloną głową, siedzący na największym z kamieni i ślepo wpatrujący się w dal. Jego ubranie nie były jednolite. Do utytłanych w błocie drelichowych spodni, wciśniętą miał wyblakłą, płócienną koszulę. Na jego głowie widniał zniszczony, niedopasowany kapelusz. W jego ręku Wiatr dostrzegł zwitek kulek, zakończony krzyżykiem. Palce człowieka bezwiednie przesuwały się po tym dziwnym narzędziu. W przypływie empatii Wiatr przemknął nad postacią i zerwał jej z głowy kapelusz. Chciał w jakiś sposób poruszyć mężczyznę. Zmusić go do działania, zaprzyjaźnić się. Zupełnie jak ludzie, którzy czasem okazują zbyt nachalnie swe uczucia. Człowiek twardo siedział na kamieniu. W tym zachowaniu Wiatr wyczuł nieprzepartą dumę, dlatego zeźlił się. Postanowił trafić mężczyznę miedzy oczy. - W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie... - wyszeptał mężczyzna, gdy Wiatr dmuchnął. - Czas już iść. - powiedział głośno. Wstał, schował do kieszeni różaniec, wcześniej go ucałowawszy i podniósł kapelusz. Wędrowiec głęboko westchnął i ruszył w las, w stronę, z której jeszcze niedawno dobiegał głos kościelnego dzwonu. Wiatr zerwał się ponownie. Znów popędził w dół rzeki. Szalał, huczał, bawił się. Po chwili dogolił gawrony i szybko zostawił je w tyle. Nagle wynurzył się ponad koryto rzeki i rozpierzchł się ponad drzewami. Powietrze zakłócone nagłym przypływem opadło w miejsce Wiatru, a ten rozłożył się i wsłuchiwał w ciszę świergocących sikorek, stukoczących dzięciołów i pohukujących sów. Na dole zaległa ciepła, wieczorna mgła. Wolnymi krokami zbliżała się noc. Gdy tylko księżyc zaczął oświetlać ziemię, las ożywił się. Zwierzęta wychodziły z nor, aby znaleźć pożywienie. Rzeczka, na której brzegach zatrzymywały się odpadki z ludzkich stołów, była świetnym bufetem. To właśnie nad nią różne gatunki skupiały się