Horror · 36 min czytania
Istoty - Rozdział I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rok jest nieistotny. Stan świata nieistotny. Cała reszta zależy od tego, przy której rzece stanę. Rzece, przy której zakończyło się moje dzieciństwo, w pewien deszczowy dzień wakacji, tej, o której wspominaniu spędziłem ostatnie lata erodowania swojej dziecięcej osobowości w imię tego, kim się stałem? Czy może stanę przy rzece, na którą teraz spoglądam z góry? Przyglądam się niej i moja przeszłość, imiona odbijające się w mojej głowie, tworzące szepcztliwe duchy, które nazywam myślami – są nieistotne. Istotna jest tylko rzeka, ta teraz. Jest istotą. Szeroką ciemnością – pochłaniającym wyryciem w ziemi, które nocą ukrywa swoje rysy, kierunek, ruch. Ta rzeka pochłania sobą wszystkie inne rzeki, wszystkie wcześniej poznane przeze mnie istoty. O tej zimnej, drugiej połowie doby istota użyczyła swojej tafli dla pomarańczowych, ciepłych odblasków latarni, które desperacko chciały pomnażać swoje światło. Może rzeka oddawała im małych kawałków siebie, aby pokazywać obserwatorom swoją naturę nocą – gdyż to rzeka dyktowała kształt owych odbić, szarpała nimi, kiedy miała ochotę, a te nie mogły już nigdy kłócić się z zasadami, określonymi przy pierwszej okazji, gdy ich ciepły refleks został włączony i rzucony na ciemny nurt. A może ciepłe krople były jedynie ostrzeżeniem oświetlającym zagrożenie – prawdziwa natura rzeki objawiała się przy bezpośrednim zetknięciu, ale wtedy było już za późno, trzeba było bowiem poznać tę istotę, a bezpośrednia prawda jest dominująco niezmierna dla każdego obserwatora. Zetknięcie się z całością natury istoty jest czystą potwarzą w jej stronę. Może dlatego zabijała przy zetknięciu. Dawała innym obserwatorom ostrzeżenia. Zimnego wieczoru, przyglądałem się rzece z murów, wznoszącej się ponad nią, ceglanej, mieszczącej niegdyś królów budowli. Przysiadłem na murku i obserwowałem w oderwaniu się od innych obserwatorów – tłoczących się za moimi plecami na wzniesieniu budowli, i przede mną nad trawiastym brzegiem rzeki, oświetlanym latarniami. Obserwatorzy nazywali tę budowlę zamkiem. Co bardziej innowacyjni, chcący się wykazać, wołali na nią: „zaledwie dworek”, jako iż widzieli znacznie wyżej sięgające, szerzej rozrośnięte, przystojniej zdobione budowle, zwane powszechnie zamkami. Ci ludzie mylili to, od czego pochodzi nazwa tego rodzaju. Zamki miały być istotą, wzniesioną przez obserwatorów. Miały odwzorowywać to, co wzrokiem złapano, a sercem przetworzono, przyglądając się takim siłom jak rzeka, góra, bądź burza. Zamki w zamyśle miały być domem dla wymyślonych praw, ujarzmianych przez tworzących koncepty obserwatorów. Zamki miały być siedzibami dla władców, do których sprowadzały się wszystkie zasady wyciągane ze świata przez obserwatorów i następnie przenoszone na ich własny byt. Ale istoty stworzone przez ludzi, nie są dla mnie atrakcyjne. Sztucznie przenoszą zasady rządzące światem w wybrakowanej z naturalności formie. Wolałem rzekę. Tak przeniosłem się w nieistotnym czasie z murów jednej istoty nad brzeg drugiej. I przyglądałem się jej zmiennym kształtom. Zmieniała co chwila swój rachityczny język i litery, z których się składa. Fluidyczna ciemność, w którą pragnąłem się rzucić, chcąc poznać jej prawdę, wiedząc, że mnie pożre. Świadomość o niemocy poznania prawdy, a byciu poddawanym zasadom jej, i tym wtłaczanym do codziennej bytności przez obserwatorów była tragiczna. Wielu obserwatorów w różny sposób radziło sobie z tym tragizmem. Niektórzy, jak ja teraz, mieli wewnętrzne pragnienie poddania się mu. Inni, ci walczący, jak ja kiedyś, usiłowali przekraczać ograniczenia, jakie stawiały istoty natury, tworząc istoty ludzi idące na wskroś – profanacje. Taka profanacja płynie właśnie z daleka nurtu ciemności, unosząc się na niej swoim opływowym kształtem, nadając białości światła wodzie, odsłaniając ją, jakby był to dzień, z każdym ruchem w innym miejscu, strasząc stworzenia, z którymi istota rzeki się zbratała. Jest też most – ci obserwatorzy, którzy chcą pozostawić istotę w spokoju, obchodzą ją. Nie dałem się pożreć rzece. A moją uwagę przykuł inny obserwator, przyglądający się z zamyśleniem wyrwie mroku. Oglądał ją z mostu, oparty o balustradę, odwrócony plecami do spacerujących obserwatorów, którzy byli skupieni na zamku, na kamienicach, na moście. Obserwator mnie zafascynował, tak jak nas obu fascynowała rzeka. Tak właściwie, to nie zafascynował, a zafascynowała. Nie wiem, co sprawiło, że znałem jej płeć, że ona w ogóle miała płeć, ale taką ją zobaczyłem. Jej włosy unosiły się na chłodnym wietrze. Niewidoczna była twarz, mina, ani przynależność. Nieistotne wtedy było pytanie, czego obserwatorzy szukają tak późno pośród istot wzniesionych przez ludzi nad istotami pierwotnymi. Sensowne było pytanie – czego ta obserwatorka szuka w istocie natury, kiedy wszyscy inni przyglądają się istotom ludzi? Coś rozproszyło jej uwagę. Odwróciła się i zniknęła w tłumie. Pamięć o niej pozostała gdzieś głęboko we mnie. Trans nad rzeką został przerwany razem ze zniknięciem zjawy, ale jej widok był głęboko wyryty w przestrzeni. Ruszyłem brzegiem, potem na most i w las kamienic, ale nie znalazłem zguby. Później, tego samego wieczoru, przeistaczającego się powoli w noc, spotkałem się z przyjacielem. Znaleźliśmy się na opustoszałym placu zabaw w osiedlu blokowisk. W oknach budynków świeciło się kilka okien przepełnionych obecnością i charakterem, które stanowić miały różne ozdoby, odpowiadające upodobaniom obserwatorów. Spokojnie spoczywające na półkach pluszaki, pomarańczowe lampki świąteczne, szaro-biała pustka minimalizmu albo plakaty klejące się do każdego centymetra ściany. A my byliśmy na skrzypiących huśtawkach, obok których stały zimne, metalowe zjeżdżalnie i zardzewiałe karuzele. Zatopieni społu w głębi starego osiedla bloków. – Powinieneś pójść. – Nie mogę – odpowiedziałem. – Nie byłeś nigdy na żadnej. Żadnej imprezie. Ta dwa lata temu, rozumiem. Ale teraz skąd wiesz, że ci się nie spodoba? Zresztą, to moje urodziny. – Przyjdę do ciebie osobno, przy innej okazji. Skupiska ludzi mi się nie podobają. Za skupisko nietrzeźwych, gwałtownych ludzi, podziękuję. – Idziesz do drugiej klasy, dopiero co poznasz swoją klasę, spotkasz Kacpra, nie unikniesz skupisk ludzi. – Spróbuję. – Czyli poprzestaniesz na dzwonieniu do mnie w środku nocy, kiedy jesteś na samotnym spacerze wiele kilometrów od domu? Oświetlane latarnią, jeszcze zielone liście drzew parku zaszumiały. – Tu jest mój dom. – odparłem zdenerwowany. – Wiem. Ale nie ma tutaj twojego łóżka. – Te kilometry dalej też go nie ma. – Przestań. Wciąż się nie przyzwyczaiłeś? – Nie. – Wpadnę do ciebie w weekend. Dawno mnie u ciebie nie było. Obgadamy ludzi z imprezy, opowiem ci, co z plotek pamiętam o naszych starych znajomych. Lubisz słuchać o ludziach. Nawet jeśli nie lubisz ich skupisk. – Naprawdę nie odpuścisz? – Nie. Napisz, jak dotrzesz do domu, albo zadzwonię do ciotki Wandy. – Jesteś nieznośny, Oskar. – Ty też, . – Masz wszystko w swoim życiu poukładane, co? – Nieprawda. Po prostu nie roztrząsam. – odpowiedział. – Ja też nie roztrząsam. – Czyli nie roztrząsamy w inny sposób. Jak myślisz, w jaki sposób będą roztrząsać ludzie z twojej klasy? Twoi nowi znajomi? – Nie wiemy, czy będą moimi znajomymi. – Ktoś musi być. Nowy. – Pewnie tak... spotkałem jedną dziewczynę z klasy. – Poważnie? I nic nie mówiłeś? – Długa historia... byłem na spacerze, rozpoznaliśmy swoje obce twarze po profilowych. Patrzyliśmy się chwilę na siebie i nie było szans, żeby w takiej niezręczności ktoś się nie odezwał. Zaczęliśmy rozmawiać. O dziwnych tematach. Bardzo się otworzyła. Potrzebowała się wygadać. A ja jej wysłuchałem. – Jak to zawsze ty. – Mhm. Odejdź ode mnie z tym wzrokiem. Nie otworzyła się na mnie w takim sensie. Nie szukam związku. Szczególnie z osobą, o której wiem wiele, ale ona mnie nie wie prawie nic. – Wiesz, nie próbuję cię kokietować, ale: niebrzydki z ciebie chłopak. Mógłbyś zacząć TAKĄ relację z dowolną dziewczyną, z którą wymieniłbyś spojrzenia. Popisalibyście trochę, może pobawili trochę w podchody. – Ale ja nie bawię się w podchody. Czekam po prostu, aż się stanie. – No to sobie kurwa poczekasz. A powietrze wypełniły szorujące po mokrym asfalcie auta, oddalone o kilka bloków. Jechały główną ulicą, opuszczały miasto, zwane domem. Pogłos zagłuszał harmonijne skrzypienie huśtawki i kapiące ze zjeżdżalni krople wody. Kilka okien, rzucających fantom światła na zaciemnione osiedle, powoli wygasło, a jedyne co obserwowałem to swoje oczy, odbijające się w tafli oczu przyjaciela. – Nie wierzę, że nie roztrząsasz – wyznałem – nie wierzę, że nie masz problemów za tą skrytą twarzą. Nie wierzę, że nie chcesz gdzieś głęboko, żeby ktoś ci pomógł. Nie wierzę, że mnie nie rozumiesz. Nie chcesz mnie zrozumieć. – Ale co cię to tak właściwie obchodzi, ? Przecież nie żyjesz. – Co? – Umarłeś. Nie żyjesz. Wszystek świateł, kapiących kropi, wilgoci, zimna i rozgłosów został zastąpiony przez ciemność na spół z ciszą. Wciąż słyszałem odległe echem trąbienia, widziałem odbijającą się taflę moich oczu. Cała przestrzeń została wessana w nieznane mi miejsce tak mikroskopijne, że nie mogłem go odnaleźć. Nie czułem pod sobą wbijającego się plastiku huśtawki, tylko miękki materac. Nastała cisza. Moje nogi były zgięte, a ja siedziałem, oddychając niespokojnie. Pozostało zimno, ale pochodziło od uchylonego z lekka okna. Wybudziłem się ze snu. Czy może projektowałem własne wspomnienia z jawy? Nie wiedziałem, gdzie są granice między snem a rzeczywistością. Od zawsze miałem problem z wyróżnianiem iluzji w prawdziwym świecie. Lub prawdziwości w moich iluzjach. Teraz natomiast z pewnością siedziałem na łóżku, w ciemnym pokoju, w którym to sypiałem już od dłuższego czasu. Musiałem się otrząsnąć i spróbować zrekonstruować co się działo. Gdzie się podział Oskar? Byłem między rzeką a zamkiem. Byłem? Trudno powiedzieć. Zobaczyłem tam dziewczynę. Zobaczyłem? Nie wiem, ale będę ją pamiętał do końca życia. Na pewno spotkałem się z Oskarem na jego osiedlu. Zadzwoniłem do niego o późnej godzinie, widząc w telefonie jego aktywność. Rozmawialiśmy, długo, może nawet godzinę. Zadzwoniła do mnie ciotka Wanda, a ja nie chciałem jej zbytnio martwić, więc ruszyłem na ulicę, prowadzącą poza miasto, zwane domem. Oskar podprowadził mnie pod sam przystanek i czekał ze mną na autobus. Odjechałem w końcu, będąc mu wdzięcznym. Założyłem słuchawki i oglądałem świat za oknem, rozpływający się przez narastające bębnienie deszczu. Jechałem ostatnim możliwym autobusem, więc towarzyszyło mi kilka zaledwie osób, głównie nastolatków, których to już nawet zaczynałem rozpoznawać. Nie mieszkałem w dużej wsi. Autobusem jechałem tak pół godziny, musiał wjechać na wzniesienie, pokonać kilka dziurawych dróg, aż w końcu zatrzymał się na przystanku, gdzie wysiadałem. Musiałem jeszcze przejść dziesięć minut w pomarańczowym świetle i mżystym deszczu. Dotarłem w końcu do domu wujostwa i zachowywałem się cicho, pomimo domysłu, że ciotka albo wujek – jedno z dwóch – leży z otwartymi oczami, z oczekiwaniem na przesunięcie się zamka w drzwiach wejściowych. Wszedłem do pokoju, gdzie sypiam, przebrałem się i poszedłem spać. Nie mogło od tego minąć więcej niż cztery godziny. Więc siedziałem rozedrgany, wpatrzony w falujące żaluzje, odpowiadające na nocny, kłujący wiatr, który szeptał cicho zza uchylonego okna. Otaczała mnie czarna przestrzeń, wyjałowiona z gwiazd i kolorowych mgławic. Zostałem tylko ja i ona. Czy przestrzeń jest istotą? Zdecydowanie, ale jako przestrzeń można rozumieć wiele rzeczy. A przecież bez przestrzeni nie byłoby innych istot, nie miałyby gdzie być. Ale czy tak samo istniałaby rzeka, gdyby nie było wody? I do przestrzeni i do rzeki, zwracam się zawsze z takimi samymi myślami. Jedna mnie otacza, a do drugiej boję się wkroczyć. Może to kwestia ich funkcji, ale efekt zawsze sprowadza się do tego samego – gdybym siedział tak w ciemności, obezwładniony przez następny tydzień, skończyłbym tak samo, jak sponiewierany przez rzekę. Narastało we mnie przekonanie o byciu zjednoczonym z czernią, mięśnie oczu trzymały moje łzy w ryzach, a płuca usiłowały robić jak najgłębsze oddechy, aby mięśnie w ciele nie rzuciły się ku samowolnej panice. Myślałem o domu, który nazwałbym domem i o rodzinie, którą nazwałbym bliską. Oraz o tej rodzinie, której nie chciałem już tak nazywać. O przyjaciołach, którzy nigdy nie nastaną, o tych którzy nastali, ale przeminęli. O wszystkich mnach, nigdy niemogących powstać w czarnej przestrzeni chaosu i rwącym nurcie rzeki. To myśli wyciszyły się po może godzinie. Jak zawsze. Ale nie minęły. Czarna przestrzeń została rozrzedzona przez częściej wlatujące przez zasłony światło. Sypialnię opanował blady błękit. Krzesło, zdjęcia – zjawy – i krańce łóżka zaczęły nabierać jasnych kształtów. Otrząsłem się lekko. Pustka – drewniana podłoga, zielone ściany, łóżko, biurko, szafa i okno. Nic więcej. Wstałem z łóżka, zamknąłem okno, sięgnąłem po ubrania do szafy, przebrałem się, wziąłem telefon z biurka i wyszedłem z pokoju. Stanąłem w korytarzu, który również spowijała poranna, blada poświata. Na szczęście zdjęcia ciotki i wujka, gdzie czasem pojawiałem się ja, wciąż nie były wystarczająco oświetlone. Moja młoda, nieświadoma twarz. Poszedłem do kuchni. Jak zwykle pośród drewnianych szafek i kamiennego blatu rozpościerał się zapach ziół i przypraw, ale również zapomnianej, wieczornej kawy wuja, którą dostrzegłem przez świt mroczący za zasłoniętymi żaluzjami. Wziąłem słodki napój i otworzyłem drewniane drzwi, a za nimi siatkę, wychodząc na zewnątrz. Moją twarz pogładził rześki powiew poźnoletniego poranka. A raczej wczesnojesiennego. Dzisiaj pierwszy dzień jesieni. Na tyłach domu, przysiadłem na ławeczce schowanej pod daszkiem, gdzie kryły się również siekiera, kilka drewienek, narzędzi, lornetka, pleciony koszyk... Przyglądałem się lasowi. Dom wujostwa był na granicy dwóch wsi, przez co znajdował się daleko od jakiejkolwiek głównej drogi i rozbudowujących się podmiejskich osiedli. Wujostwo mieszka przy ziemistej drodze, gdzie w dużych odstępach stoi kilka zaledwie domów, które otoczone są głównie łąkami i lasami. Za domem, gdzie oglądam wznoszący się poranek, rośnie właśnie łąka, strzegąca czujnie przejścia do dziewiczego lasu. Długie, zielone, zarośnięte pole, uginających się lekko pod wiatrem źdźbeł trawy, nad którym unosiły się jeszcze komary i świetliki, tańczące w rytm śpiąco grających cykad oraz budzących się ptaków. Te drugie, tego poranka musiały raczyć się zachmurzonym niebem, które grało razem z rozwiewającą się już mgłą, czającą się na polu i między drzewami, niczym osobliwy drapieżnik. Drzewa zawsze były na tyle wielkomyślne w swojej starości, że zza nich można było zobaczyć światła, kiszące się w nizinie gdzie umieszczone było miasto, zwane domem. Świeciły się z lekka najróżniejsze reflektory aut, latarnie, słupy i neony. Miasto, zwane domem miało jedynie dwa wieżowce i to niezbyt imponujące swoją architekturą – były stare. Nie miały kolorowych logo ani fikuśnych, całościennych okien. Patrzyły się tylko z góry na wszystkie istoty zgromadzone pod nimi we mgle, wiedząc doskonale, że z taką samą wyższością spoglądają na nie istoty chmur, nieba, przestrzeni, księżyca, słońca i nieskończoności innych istot. A pod ich stopami były istoty naturalne i ludzkie – koegzystujące w dysharmonii i ciągłym tańcu przesuwania własnych granic. Ja skupiałem się na polu trawy, mgle, drzewach, owadach i kroplach nocnej mżawki, spływających z dachu na kostkę. Wziąłem łyk kawy i chłonąłem ciszę, usiłując dać upust swoim myślom, które z największą chęcią zostawiłbym je między drzewami i nigdy po nie wracał. Ale kogo bym oszukał. Byłbym nikim bez swoich myśli. Ten lis, spoglądający żółtymi oczami spomiędzy trawy, nie zwracałby na mnie uwagi, gdybym nie tworzył wokół siebie tej przepełniającej aury. I nie spoglądałaby na mnie zjawa, która ku mojemu zaskoczeniu, również nie była snem. Może snem na jawie. Przeniosła się z mostu nad rzeką do lasu. Jej włosy napuszyły się przez wilgoć, a twarz była skryta w ciemni lasu. Świdrowała mnie wzrokiem, a ja ją. Czułem, jakbyśmy się znali od zawsze i desperacko chcieli do siebie zbliżyć, ale nie mogli.
***
– Zapytałabym się, czy imprezowałeś, ale zbyt dobrze cię znam – odparła ciotka Wanda, przystawiając krzesło obok mojej ławeczki. Przyglądała się lasowi i może widziała przez moment tę samą zjawę, która przed chwilą wpatrywała się w ten dom, we mnie, ale uciekła z chwilą, A może nie widziała zjawy wcale, gdyż uciekła z przybyciem ciotki wandy, a moja krewna tylko chłonęła wzrokiem budzące się do życia miasto. Przepełnione ciekawością, ale zmrużone w osądzie oczy ciotki Wandy, chciały pobierać ze świata, co tylko mogły, nawet jeśli ich obramowania ze zmarszczek wskazywały na zmęczenie. Może to rodzinne, trwało od setek lat, od jednego definiującego jedną osobę zdarzenia. Ciotka Wanda pamiętała jeszcze zamierzchłe czasy, gdy pokłosie wojny, unosiło się w powietrzu miasta, zwanego domem. – Szlajałem się po mieście. – Z kim? – Sam. Na chwilę z Oskarem. – Hm. Nie nazwiedzałeś się już tych kamienic? – Nie, nigdy. Zresztą spacerowałem bardziej dla odpoczynku. – To kojące? – Tak. Poruszasz się swobodnie ulicami, przekonany, że nikt cię nie rozpozna. Nowy człowiek, który rozpoznaje jedynie ten sam księżyc i te same gwiazdy, a odbicia okien, światła tramwajów, latarni, ciągle się zmieniają. – Jesteś samotnikiem. Zupełnie jak twoja matka. – Czemu? – Bo jeśli potrafisz rozmawiać tylko w taki sposób, to używasz go tylko w przypadku gdy komuś ufasz. A nie łatwo jest się otwierać takie rzeczy na innych. – Kto powiedział, że umiem rozmawiać tylko w ten sposób? – A opanowałeś coś innego poza tym i aktywnym słuchaniem? Przecież wiem, że gadka o niczym ujmuje twojej…