filozofia · 39 min czytania
Istoty - Rozdział III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trzysylabowe, rytmiczne pohukiwanie, unosiło się w lesie za naszymi plecami. Oglądaliśmy zachód słońca, które osuwało się ku gęstej polanie rosnącej pod płaskowyżem, na którym siedzieliśmy. Polana bogato była zdobiona w czerwone maki, mlecze, stokrotki, mniszek i koniczyny. Kępy kwiatów zdawały się być muśnięciami matowej farby, która odbijała blask żółtego nieba, a to rozdrabniało chmury na małe fragmenty. Po mojej lewej siedziała dziewczyna. Milczała, a jej twarz rozmywała się w promieniach odchodzącego za horyzont zmierzchu, pod którym nurkowały bure stworzenia, rzucające w przestrzeń swoje piski zmieszane z terkotem. Chwila zdawała się ciągnąć w nieskończoność, wypaczono z niej początek, razem z końcem, który zwyczajnie nie nastawał. Czas mijał, a Słońce i Ziemia stały nieruchomo po to, abyśmy siedzieli we dwoje w milczeniu. Aż słońce zgasło. A ja się obudziłem. Miałem wstać do szkoły. Zerwać się z łóżka wraz z budzikiem. Gdy otworzyłem oczy, spodziewałem się całkowitej ciemności lub rozrzedzonego światła wschodu słońca wpadających przez okno - taki stan był mojego pokoju, kiedy musiałem wychodzić do szkoły. Ciemność lub mała dawka słońca rozpływająca się po pomieszczeniu - oba te stany dawały pewnej rześkości do wstania. Świeżości nowego dnia. Zamiast spodziewanego widoku, zobaczyłem, że przez zasłony zwieszone przed moim oknem, przenika jasna, zdecydowana poświata dnia w pełnej jego jaskrawości. Kontury każdego przedmiotu w pokoju były jasne, a nie zamazane i nieistotne. Dzień już trwał i zaczął się beze mnie. Mógł funkcjonować trwać beze mnie. Czy to budzik mnie nie obudził? Do tego czuję się... Przygnieciony do łóżka. Nie jest to kolejny paraliż. Po prostu moje całe ciało zdaje się być ociężałe, w piersi mam ogromne, nienasycone napięcie, a umysł jest jakby... zamroczony. Nie mogę zdecydować czy to jawa czy sen. Mój telefon wreszcie zabuczał. Ale nie był to źle ustawiony budzik, a próba dodzwonienia się do mnie ciotki Wandy. Ręka opornie sięgnęła po urządzenie. Odebrałem, zamajaczony sam nie wiem czym: - Halo? - zapytałem. - Czemu nie jesteś w szkolę? Spływają mi nieobecności, - Właśnie się obudziłem. Chyba budzik nie podołał. - Brzmisz jakbyś był chory. Już w drugi dzień. - Nie, chyba nie jestem. Może trochę zmęczony. - No w porządku. Oby się już coś takiego nie zdarzało. - Nie muszę iść na resztę lekcji? - A chcesz? - I tak bym nie dojechał na najważniejsze lekcje... - Odpocznij sobie. Powinien być jeszcze chleb na śniadanie. - Dziękuję, ciociu. - Miłego dnia. - Miłego. Odrzuciłem telefon w plątaniny pościeli na moim łóżku i westchnąłem ciężko. Przez zasłony przebijało się okazałe światło, ale sypialnia i tak była w zamroczonym odcięciu od rzeczywistości. Pełnia dnia dobijała się przez okna, nie mogąc wtargnąć do pomieszczenia, gdzie sypiam, wbijała się do kuchni, przelatywała przez korytarz i rzucała mały blask spod zamkniętych drzwi. Byłem osaczony. Pod presją życia na modłę istot, których nie rozumiałem. Nie miałem czasu zrozumieć. Istoty dnia, nieba, słońca, lasu... na nich powstały istoty ludzi. Ich też nie rozumiem. A pokłosie ludzkiego stworzenia są wszędzie... kamera na moim biurku, stos podręczników i książek ustawionych obok, widma zdjęć na korytarzu. Leżałem tak w łóżku jeszcze przez godzinę, półśniąc o wszystkim - każdym elemencie świata, który czegoś ode mnie wymagał. I nie miałem siły na nic. - Jakie plany na dzisiaj? - Śmierć wyłoniła się z pofalowanej tekstury zasłon. Nie bała się światła. Podkreślało ono jej ludzkie rysy, jej plastyczność, jej senne oczy. Miałem ją widzieć wyraźnie. Nadawałem jej personę. Czyli jednak nie była snem. Choć szczerze, nie miałem ku temu wątpliwości. Może tylko nadzieję. - Zjem śniadanie. - Po co? Co będziesz robił dalej? Ku czemu? - Nie teraz. Muszę się ruszyć. Wyrwałem się gwałtem z łóżka, a ona zniknęła. Stanąłem pośrodku pokoju, w którym sypiam, zagubiony. Podszedłem do zasłon i wpuściłem dzień. Otworzyłem okno. Ogarnął mnie jesienny powiew kolorowego chłodu, cichych domów i szumiących drzew. Nie były mi obojętne. Pójdę na spacer. Tak. Otworzyłem drzwi, wpuszczając resztę słońca. Minąłem mrukliwe zdjęcia na korytarzu i wszedłem do aromatycznej kuchni. Cisza. Sięgnąłem do szafek i wyjąwszy czarną herbatę z dodatkiem skórek pomarańczy, zamknąłem oczy pochłaniając kojący zapach. Zaparzyłem herbatę w czajniczku, a jako posiłek zrobiłem kanapkę i pokroiłem banana. Usiadłem przy stole, wyglądałem za okno, uchyliwszy je poprzednio, aby powiewy niosły aromat ziół, mieszając się z ostatkami pyłków. Wygoniłem Śmierć z domu, gdzie sypiam, lecz moje myśli wciąż brzmiały w formie, która prawdopodobnie przywołała do mnie tę ostateczną istotę. Wyglądałem za okno, widziałem skrawek pola i lasu, przed którymi dwa dni wcześniej siedziałem z ciotką Wandą. Ruchomy obraz falującej przyrody i przebijających się z czwartego planu rysów miasta, zwanego domem. Perspektywa głębokości z szerokością, rozciągającymi się po wszechnieznane poza ramy okna wprawiały mnie w przytłoczenie, ale powodowały również poczucie wolności. Obsesja na punkcie zasad poruszających światem. Siedziałem twardo w przestrzeni niepomiernych zależności. Równie dobrze mógłbym unosić się w próżni, gdzie raz na czas, przypadkowo, natrafiałbym na kolejne poszlaki konieczne do połączenia, aby poznać prawdę. Wszystko może równie dobrze być niczym. Jakże spokojniej mi jest teraz w ciszy bez innych ludzi. Ale jak mniej smakowałoby mi to śniadanie, gdybym jadł je bez towarzystwa tych, którzy są teraz w swoich domach, pracach lub na swoich spacerach. Nie byłoby tej chwili wytchnienia i odpoczynku, nie byłoby samotności, gdyby życie stanowiła codzienność ostatniego człowieka. Tak bym po prostu żył. Może. Mógłbym się nie zorientować, że żyję. Zjadłem śniadanie, pozmywałem po sobie, zamknąłem okno aby wygonić chłód, przejmujący panowanie nad kuchnią. Umyłem się, ubrałem i wyszedłem z domu.
***
Spacerowałem pustą, małą, asfaltową ulicą, gdzie sielanka ogrodów oraz lasów była rzadko przerywana przejeżdżającym autem. Mijałem grodzone, ciche domy z wystającymi balkonami, kwiatami w donicach i pustymi krzesłami ustawionymi przy plastikowych, białych stolikach, a dzwoneczki zawieszone pod drzwiami, obijały się o siebie przez naglący wiatr, który wlatywał do miasta, zwanego domem. Co jakiś czas mijałem starszych ludzi, siedzących w swoich ogródkach. Czasem były to małżeństwa, zwracające się do siebie z uśmiechem, a czasem, takie, które kiedyś usiadły ze sobą i już tak nigdy nie wstały. Teraz spoglądają na siebie z urazą, zachowując przy tym konieczną twarzą. A pośród tego siedzieli ci samotni, przepełnieni tęsknotą za zmarłymi partnerami, uśmiechali się spoglądając na niebo z pustym krzesłem obok. Wszyscy ci już daleko w nieuchronnym procesie umierania mogli przeżyć wiele chwil, z których wyrośli jako mądrzy, dojrzali ludzie. Mogli też wcześniej w swoim życiu przeżyć coś, co zamknęło ich na jakiekolwiek poznanie i uwięziło w okowach zaburzenia. Może mieli kiedyś ochotę się z nich wydostać, lecz czując na karku oddech licha, przestali czuć potrzebę. Może jakiś duchowny ich rozgrzeszy przed śmiercią. Uśmiechałem się do tych osób, trudno powiedzieć czemu. Czasem odpowiadali uśmiechem, czasem nie. Z asfaltowej ulicy przeszedłem na ubitą z ziemi drogę, a z niej na dróżkę, ciągnącą się pośród pól zieleni, nawarstwiających się na nieznacznie wystających płaskowyżach, pojedynczo, rzadko obarczonych domami. Trawy były jeszcze w ogromnej części zielone, choć nie można było oprzeć się wrażeniu jesiennych, złocistych oddechów na źdźbłach. Zgubiłem z oczu miasto, wszedłem w rysujący się niedaleko las, z którego ulatywały liście, wirujące na chłodnym, dzisiaj dość intensywnym, wietrze. Istota lasu zapraszała mnie w swe progi, z takim otwarciem, jakim zapraszała każdego, odkąd ktoś nadał jej ramy i znaczenie. Ruszyłem w las. Mijałem małe wąwozy, przecinane przez upadłe drzewa, które tworzyły mosty, a jednocześnie przejścia dla dalej rzucającej swoje odpryski dziecięcej wyobraźni. Widać było jej pokłosie. Jedna huśtawka z opony zawieszona na gałęzi, ukryte forty, gdzie w jednym leżała samotnie książka z zakładką w środku. Przerwana w części, pozbawiona prawa opuszczenia tego miejsca. Musiała czekać ze swą gawędą na czytelnika. Skręcałem dalej w drogi, przebijałem się przez krzaki, podążając za terkotem i wystrzałami melodii, niesionymi przez ptaki oraz za kierunkiem opadających bezwładnie liści. Zgubiłem się pośród wirujących objęć odchodzącego w cykl niebytu leśnego życia. Utonąłem wyobraźnią i wzrokiem w potyczce pomarańczy i zieleni, odbywającej się na powierzchni liści oraz traw. Gałęzie mozolnie łysiały, dając upust światłu słonecznemu do napadania na wilgotne ściółki. Ostatnie, napęczniałe owoce opadały z gałęzi, soczyście rozbijając się o ziemię. Od oddalonych rzek, potoków oraz mokradeł biła parująca mgła. Idąc w odcieniach brązu, coś nagle przyciągnęło do mnie swój (mój) wzrok. Zatrzymałem się. Mój tułów zwrócony wciąż przed siebie, moja głowa powoli ruszyła się w lewo. W głębi dzikiego lasu widziałem, jak liście masowo pod naporem wiatru opadają w zwilgotniałą, błotnistą ziemię. Wśród opadających przyozdobień drzew, znalazło się czarne pióro, które tańczyło na wietrze pośród suchego, kruszącego się złota. Pióro wdzięcznie omijało przeszkody, wirowało wokół własnej osi, aż w końcu opadło do jedynego względnie czystego zbiornika wody w pejzażu, malującym mi się przed oczami. Krystaliczna sadzawka nie była jednak pusta. Pióro uniosło się na tafli wody, a obok niego, niczym grube nicie rozwarstwiały się na tafli czarne włosy, wyrastające z głowy. Twarz Śmierci była spokojna, a oczy otwarte. Głowa dryfowała lekko na powierzchni, podczas gdy ciało było zatopione gdzieś głębiej. Wśród armii umierających liści, wyglądała jakoby władała całą grawitacją lasu. Nie da się o niej nie myśleć. Nie mogłem od niej uciec. Poszedłem dalej. Wyszedłem na polanę pośrodku lasu. Polana osuwała się lekko w dół, przez co drzewa, które ją otaczały, odsłaniały miasto, zwane domem. Musiałem spacerem przejść jakiegoś rodzaju koło. Środek polany był obarczony lekkim wyłysieniem od zarastających ją traw. Podszedłem tam i usiadłem. Przyglądałem się przez moment w dudniące miasto. Zamknąłem oczy. - Każde drzewo? - zapytałem - Każdy pojedynczy liść? - Czyli jednak chcesz ze mną rozmawiać? - Nie wiedziałem, że Śmierć się tak dąsa. - Tylko jeśli taką ją widzisz. - Odpowiedz. Nie widziałem, gdzie jest, ale jej głos płynął z przestrzeni przede mną. - Odpowiedz. - Ah. Tak, każdy liść ulega mojemu pocałunkowi, a wahające się drzewo prędzej czy później doświadcza beznamiętności moich ust. - I robisz to teraz. Odbierasz te życia. A jednak ze mną rozmawiasz. - Co by to w takim razie oznaczało? - zapytała. - Że jesteś wszędzie. Masz umysł roju. - Jesteś blisko. Otworzyłem oczy. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na zżółciałej trawie, delikatnie gładząc końcówki jej źdźbeł. Sznurki od kaptura razem z gęstymi włosami unosiły się lekko na wietrze. - Po co pocałunek? Jakie to uczucie? - Chcesz szczerej odpowiedzi? - Tak. Wstała. Poprawiła kaptur. - Pocałunek to symbol, który ty mi przydzieliłeś. A ktoś inny ci go pokazał, aby wytłumaczyć ten niewysławialny, niewytłumaczylny gest momentu spotkania ze mną. Jestem taka, jaki chcesz abym była. Wiesz o tym. Dowodzi temu fakt, że nie zadałeś pytania, na które znasz odpowiedź. Dlaczego jestem kobietą? - Nie jesteś. - Dokładnie. Miasto za jej plecami zostało stłumione przez szum podmiejskich lasów i łąk. Nicie życia każdego sprowadzały się do tej polany. - Jak masz na imię? - zapytałem. - Moję imię jest twoim imieniem. - Przestań. - Co przestać? - zapytała. Wstałem z wyłysiałego placka łąki. Stanąłem ze Śmiercią twarzą w twarz. Nasze oczy stykały się na równi, włosy zdawały się przesiąkać wzajemnym pragnieniem splątania, a między dłońmi pusta przestrzeń gęstniała. - Nie odpowiadaj pustymi słowami. Znam to. Jedno zdanie to za mało, żeby zawrzeć jakiś sens. Rozmawiaj ze mną poważnie. Chcę odpowiedzi. - stwierdziłem zdecydowanie. - To, że ty uciekasz przed innymi rzucając półsłówka, nie znaczy, że nie da się jednym słowem przekazać prawdy. Gdyby było inaczej, słowa byłyby znacznie dłuższe. - Na przykład istniałyby zdania? - zapytałem. Śmierć zaśmiała się. Wprawiło mnie w dyskomfort. - Twój śmiech brzmi na prawdziwy. To przerażające. - Widzisz? Jak krótko ci zajęło powiedzenie tego. - "Moje imię jest twoim imieniem". Jesteś moim odbiciem. Wiesz coś o mnie. - Wiem wszystko. - Ja nie wiem o tobie nic. - Dlatego tutaj jestem. - A co.... - Zgiąłem w odruchu palce u dłoni, aby upewnić się, że jej nie dotykam, że czuję. – A co, jeśli nie chcę cię. Co, jeśli wiem, że źle skończę będąc przy tobie? - zapytałem Śmierci. - Jestem tutaj, bo jakiś fragment ciebie pragnie życia przy mnie. Niezależnie, czy jest to twoja tożsamość, czy jej kawałek, czy nikczemny odłamek instynktów, czy choroba, czy ostatki ludzkiej racjonalności. To ty o mnie wołałeś. - Czyli pobędziemy razem jakiś czas. - Tak długo jak uznasz, że moja rola została spełniona. - A twoją rolą jest... - Tylko ty ją znasz. Gdzieś głębiej. Jakaś część ciebie. - No tak. To powiedz mi chociaż coś o sobie. Skoro jesteś tutaj dla mnie. A ja nie wiem do końca, dlaczego. Może dowiem się, poznając cię bliżej. Śmierć zacisnęła usta. Cofnęła się o parę kroków. Wysunęła w prawo rękę, a wiatr jakoby za nią podążył. Razem z ręką, ułożyła się cała linia fizyczności tej istoty. Kolejno ruchy wykonywała noga, tułów, głowa, części ciała przecinały z gracją niewidoczne pajęczyny. - Uwielbiam tańczyć. Czasem, nim je odbiorę, odbywam z życiem taniec. Jeden z niewielu momentów, gdy ludzie czują szczęście w mojej obecności. Potem najczęściej następuję pocałunek. Słyszę wtedy rozpacz, gorycz, żałość... Poznałeś kiedyś tych ludzi, którzy nie czują do nikogo, nawet do siebie, pretensji po czyjejś śmierci? Czują ją do mnie. I ja o tym wiem. Potem daje ulgę temu uczuciu, konsumuje je razem z ich życiem, gdy przychodzi pora. - Czy ja... tych parę lat temu... czułem do ciebie żal? - Nie wiesz? - Naprowadź mnie. - Gdybyś miał żal do innych... funkcjonowałbyś nie najgorzej. Rozmawiałbyś z ludźmi, wychodził z nimi, choć każde zdanie, które byś wymawiał, byłoby podszyte zgorzkniałością, brakiem serdeczności, podstępem może nawet. Gdybyś miał żal głównie do samego siebie, może wyżywałbyś ten żal na innych, wielu tak robi, scenariusz podobny. Niektórzy z kolei z żalem do samego siebie, wyżywają się na sobie. Robią to w zaciszu. Ciągną się w dół, mimo że powinni się motywować do wstawania z kolan. Nie mają wtedy żalu do mnie. Często chcą mnie poznać. Zatańczyliby ze mną. W burzystych oczach Śmierci rozplotły się błyskawice, oddzielając tę wieczystą, choć podlegającą władzy przemijania istotę od słońca, suszącego się dziś lasu i rzucającego ostatnie ciepłe promienie na beton, oddalonego szumem miasta. Pełna gracji istota rozwinęła w moją stronę rękę i otworzyła dla mnie swoją dłoń. Odłożyłem telefon na wyłysiały placek łąki. Wyciągnąłem powoli swoją oskubaną ze skórek, poharataną dłoń, tak rzadko oddawaną komukolwiek w objęcia. Zbliżałem się powoli do opalonej skóry Śmierci, aż dotknęliśmy się opuszkami palców. Mrowienie nicości, podobne do szumu w odciętym od sygnału ekranie, gdzie kolory nie mogą zdecydować gdzie przynależą, ogarnęło moją dłoń, która znajdowała się przede mną, ale czułem ją gdzie indziej. W miejscu, którego nie rozumiałem, więc ograniczona ludzka forma wybrała w ramach czucia, nieczucie. Panika. Wciąż miałem władzę w swej kończynie, choć nie wiedziałem skąd pochodziło, gdzie przechodziło i gdzie się kończyło. Podniosłem wzrok na pewne siebie, czułe na każde życie jakie ma unicestwić spojrzenie Śmierci. Objąłem jej całą dłoń. Do łokcia poczułem nicość, a pojedyncze cząsteczki mrowienia dostawały się do reszty mojego ciała. Podszedłem bliżej, objęła mnie w pasie, a mrowienie nicości ogarnęło mój tors, połączyło się w niełączności z drugą ręką. Zrobiliśmy krok, a razem z postawieniem stóp na ziemi, wpatrując się w jej oczy, poczułem jak nasze spojrzenia łączą się, a osobliwe poczucie otchłani ogarnia również moje usta, oczy i słuch. Liście poczęły opadać z drzew, tworząc masę, mącąc mi w zmysłach, rozmywając otoczenie, które stawało się jedynie tłem dla mojej partnerki. Usłyszałem trzepoty skrzydeł. Krakania. Piski, terkot. Hukanie. Poczęliśmy kolejnych kroków, ruszaliśmy się wobec nieistniejącej muzyki, skakaliśmy na wysokie tony, na niskie obracaliśmy się. Mrowienie momentalnie zaczęło docierać do jeszcze nieprzebadanych członków mojego ciała, aż objęło mnie całego. Słuch skupił się na rytmie naszych wdechów i wydechów, aż dołączyły do nich szum liści i krakania, które wygrały z jakimkolwiek innym rodzajem śpiewu. Zewsząd zleciał się kruki, aby nurkować wokół nas, dodając pędu liściom oraz naszym pląsom. Topiłem się w spokoju bezwładu i zmysłów. Od dawna, wreszcie czułem ulgę. Instynktownie wiedziałem, że mrowienie ustąpi wkrótce i przerodzi się w miejsce, gdzie nawet spokój nie jest odczuwalny. Ona również to wiedziała. Czerpała przyjemność z tańca, ale każdy dalej brnący krok, którego nie przerywałem, wystukiwał na twarzy Śmierci rysy smutku. Nie wiedziałem, czy mam powód, aby przestać. Nawet go nie szukałem. Aż sam mnie znalazł. Pośród rozrywających się liści i zagłuszających krakań, ujrzałem niebieską poświatę. Przy następnym obrocie, kiedy moje oczy już się przymrużały, dostrzegłem wiadomość na moim telefonie. Zauważyłem tylko: "Julia: Hej, , potrzebuję...." Wróciłem wzrokiem na Śmierć i oboje zrozumieliśmy się bez słów. Puściliśmy się. Spadłem plecami na trawę i w ułamku sekundy odzyskałem całe czucie. Napięcie znów zalało klatkę piersiową, a ciężar niesiły resztę ciała. Życie zwróciło mi również pojęcie rzeczywistości, przypomniałem sobie każde zdarzenie, które przed momentem było nieistotne. Przed oczyma przelatywały mi chmury płynące po niebieskim niebie, liście jakby wróciły do normalnej prędkości spadania, a ptaki odleciały gdzieś daleko. Ugiąłem się w pasie, siadając na ziemi. Śmierć leżała na trawie zapatrzona w niebo. Ja wstałem, sięgnąłem po telefon. "Julia: Hej, , potrzebuję postawić ci kawę za ostatnio. O ile nie jesteś chory, bo cię dzisiaj nie było." - Muszę iść. - Spokojnie, przecież mnie nie zostawiasz. " : Jasne, spotkajmy się po lekcjach w tej kawiarni nad muzeum." Schowałem telefon i spojrzałem się na leżąco błogo Śmierć. - Czyli już mnie nie zostawisz, co? - To ty decydujesz, kiedy się do mnie zbliżasz, a kiedy oddalasz. Teraz zrobiłeś dwa kroki na przód i jeden w tył, tak czy siak, zrobiłeś postęp w jedną z dwóch możliwych stron. - Tylko zostaw Julię w spokoju. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? To również kwestia jej woli. To ja jestem waszym niewolnikiem. - Więc ją od tego powstrzymam. - Rób co chcesz. Jednak wiesz, nie mogę przestać się zastanawiać: dlaczego tak wszystkich ode mnie chcesz oddalać, tylko siebie nie. Schowałem się wzrokiem w falujących źdźbłach trawy i poszedłem przed siebie, ignorując Śmierć. Zniknęła.
***
Wracałem przez ten sam las. Minąłem te same pola, domy, nie musiałem wracać do budynku, gdzie sypiam, bo wszystko co potrzebne miałem przy sobie. Więc czekałem na przystanku. Autobus przyjechał, usiadłem na wolnym miejscu i spoglądałem za okno. Nie mogłem zapomnieć o tańcu. Szukałem rozproszenia w muzyce, w widoku za oknem. Zawsze potrafiłem przywołać wyobraźnią i pamięcią smaki, zapachy, wspomnienia. Nawet niektóre dotyki jak ukłucie, poparzenie, zetknięcie się mojej