filozofia · 27 min czytania
Itoja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Itoja” 14.08.2019 Przedmowa.
„Odrzućmy te papierowce, te igielity i te wszystkie światy, które oni już kiedyś stworzyli. Niech wiedzie nas droga prosta, która nieskażona ludzkim spojrzeniem, nada sens naszemu istnieniu”.
Początek.
...zamknięta w ciszy, pośród łez goryczy…
Chciałem cię stworzyć, ulepić myślą, wynaleźć. W tobie zapisać sens. Miałaś być mym domem, schronieniem na wieczność, światłem w mroku, siostrą, której nigdy nie miałem. Miałaś być drogą, sensem wydartym z czerni absolutu. Spełnieniem.
- A czym ty jesteś?
Ścieżka, którą widzę, nie kończy się wraz z ostatnim cieniem przeszłości. Wiedzie dalej, rzucając mnie w piaski pustyni. Przeszedłem wiele, błądząc wśród tego ciemnego lasu, próbując o wszystkim zapomnieć. - A to dopiero początek. Początek podróży, z którą muszę się zmierzyć. Pośród prastarych drzew czułem się zagubiony, ale dopiero tutaj, na tej krawędzi istnienia, strach otwiera me oczy. Patrząc w pustkę, w prawdę, w głąb siebie, wiem, że przyjdzie mi umierać. Kolejna rozpacz toczy się ponad wschodem nocy. Jest daleko, ale ją widzę. Czuję jej bliskość. To śmierć. Tak, to ona, ta, która i za mną, i przede mną podąża. Ta, która czeka wytrwale, aż upadnę, by już się więcej nie zbudzić. - To tylko deszcz głupcze! - Ale czy deszcz, nawet ten daleki, może tak dogłębnie ranić? Zmęczony gnałem dalej, wraz z potępieńczym znaczeniem prastarych słów, wraz z prawdą, która do mnie dotarła. Nie chciałem, ale wiele razy przyszło mi błądzić pośród burz, które rozrywały me wnętrze. A kiedy już dłużej nie mogłem, tuliłem się do ziemi, by nigdy już nie musieć upadać.
Część 22 / 2
- Nie mam już sił, by iść.
Zgubiony półmrokiem lasu i pustyni, pod tym ostatnim drzewem, które krzykiem liści o litość woła, próbuję schronić się przed wrogim czasu spojrzeniem. Ostatni już raz, bo tam, dalej, nie będzie drzew. Ani papierowców, ani igielitów. Ani wody, ani życia, tylko ja i ona. Na skraju wieczności, gdzie dotyk cierpienia wyznacza bycia granicę, samotny stoję. Gorący wiatr kusi me spragnione usta, lecz jemu nie ufam najbardziej, bo wiem, dokąd wiedzie kłamstwem okryta droga. Ta, której boją się nawet zachodzące słońca promienie. Tam bowiem rozkwitać zaczyna odwieczna pustynia niebytu. Kiedy półprzytomny rozbijałem obóz, usłyszałem jej głos. Stado ptaków zerwało się w przerażeniu, drzewa zamilkły, a wiatr zastygł w bez ruchu. Nie zraziłem się tą chwilą ciszy, bo już ją kiedyś słyszałem. - Nie zdążysz! - Nie zdążę… W tym starym lesie zebrałem kilka nieznanych mi ziół. Ich siła dodaje odwagi, lecz złudnym jest myśleć, że są one lekarstwem na strach, bo jedyne co mogą dać, to nadzieję. Wtulony w to piękna kłamstwo, chroniłem się pośród skalnej ciszy. Czekałem na świt. Z niewielkiej, czarnej torby wydobyłem małe, skórzane płótno, połatane skórą zabitych zwierząt. Oto mój dom. Ten, który przeżył ze mną wiele różnorakich dróg, a ta ostatnia prawie mnie zabiła. Nie ważne. Wyjąłem też to małe, hartowane naczynie, przydatne do przyrządzania jedzenia, przechowywania wody, do obrony przed mieczem. Mały gest, odporny na rany wszelakie, który dał mi kiedyś siłę, bo czym mocniej w niego uderzyć, tym wytrwalszy się staje. Pamiętam, kiedy go znalazłem. Było to nocą, gdy padał deszcz. Nie taki zwyczajny deszcz, lecz jeden z tych, co przeszywając zimnem, chce zabić. Byłem wtedy bardzo zmęczony, bo od wielu już dni przedzierałem się przez ten nieskończony świat. Wśród mnóstwa umarłych drzew, które pragną kaleczyć, wśród własnych myśli, wśród wspomnień, starałem się nie poddać. Pamiętam, że było ciemno, lecz to nie oczy mnie zwiodły, a dusza. Gdy brakło jedzenia, kiedy nie byłem już w stanie iść, ujrzałem ten suto zastawiony stół i mrowie pięknych postaci, które trwały dookoła. Poczułem, jak jedna z nich dotyka mego ramienia i zaprasza do siebie. - Chodź razem ze mną. Tutaj najesz się wraz z Bogiem. Wieczny będziesz. Nie uciekaj. Nie musisz. I nie uciekałem, szedłem. Umysł mój winem i chlebem zajęty, a wzrok mój głodem zmroczony, prowadziły w piękno, w ciepło, w ogień. W ogień piekielny! I wtedy zrozumiałem, że muszę biec. Próbowałem się wyrwać, wydostać z tego snu, krzyczeć, by ktoś usłyszał, wołać, by ktoś mnie uwolnił. Lecz nikt mi wtedy nie pomógł. Dzisiaj rozumiem... Zbudzony słońcem i czasem, nie wstałem. Pełzłem jak ten żółw, co wody woła. I byłbym się nie pozbierał, byłbym się jednak poddał, lecz wtedy znalazł się on. Mały, hartowany posąg z dregolu, wypełniony życia zagadką. Nie miałem sił, by myśleć. Piłem. Ostatnie co pamiętam, to wyszczerbiony miecz, połamaną strzałę i jego. Tego, który uratował mą śmierć, przed obcym śmierci znaczeniem. Pożywiony duchem, poczułem oddech wolności. Podziwiałem ten las, lecz on wciąż gęstniał i gęstniał, i z każdym krokiem, byłem coraz bardziej zgubiony. Chciałem zawrócić, lecz droga za mną była zamknięta. Musiałem iść przed siebie. Więc szedłem i szedłem, i tak oto dotarłem tutaj. Podczas tej dziwnej podróży zdobyłem kilka kościanych igieł i trochę nici wydartych z igielitu. Nadają się do szycia odzienia i ciała. Wspominam o tym, bo wiem jaki ból niesie ze sobą rana, zadana pragnieniem. Pamiętam, jak wtedy spadałem z tej ściany goryczy, tłukąc swe ciało i myśli o przepaść zniewolenia. Chciałem sięgnąć po ten kwiat zaklęty. Chciałem jej dotknąć. Chciałem mieć ją tylko dla siebie. I głupi, wychyliłem się ponad otchłań. A gdy już upadłem w mrok, rozbity kolejnym złudzeniem, wtedy poczułem, że oto cierń słabości rozdarł me ciało. Krwawiąc bólem, smutkiem płonąc, klnąc na siebie i wieczność, przypomniałem sobie, że jednak mam coś, co może uratować od śmierci. Nie od tej ostatecznej, ale od tej, która kłamliwie dzisiaj mnie woła. Zaszyłem więc swą ranę w głębi swej martwej duszy i nigdy już nie spojrzałem w cień tamtego świata. Wciąż idąc, trwam. Czekam, aż wszystko się wypełni. Wśród mroku dotarłem do tej przeklętej wyspy, która wznosiła się ponad zielonym morzem drzew. Wydawała się być ostoją ciszy pośród tego wiecznego, nieustającego szumu bycia. Była wrotami do nieba, w którym rządziło światło gwiazd. Kiedy znalazłem się na tej beztroskiej polanie, jak zawsze zmęczony, poczułem, że otacza mnie dobro. Uległem jego natchnieniu i usnąłem pośród tej pachnącej trawy. Pośród zapachów, które swą głębią wyzwoliły mnie z niechcianych uczuć. Kolejny raz, las ten zwiódł mnie kłamstwem swego istnienia, a kiedy sen minął, ujrzałem, gdzie naprawdę jestem. Oto ta czarna kraina wznosiła swe szpony ponad tym wymarzonym, lecz zakłamanym światem. Wtulony w martwy kamień, czułem, jak przenika mnie zimno. Nie było już gwiazd, ani traw zielonych. Otaczał mnie nieprzenikniony koszmar, który tak wiele razy śniłem. Ta niemoc, kiedy nie możesz się ruszyć, kiedy czujesz jak jakaś nieznana siła dosięga twej piersi, a ty zaczynasz się dusić. Kiedy patrzysz w tę czarną postać, która demonicznym szeptem krzyczy, że cię zabije, a ty sam nie możesz wydrzeć z siebie nawet najcichszego dźwięku. Pamiętam jak kiedyś próbowałem zapytać. - Kim jesteś? Usłyszałem tylko swój niemy krzyk, trwający pustką w głowie. To jest koszmar. Nauczyłem się w nim trwać, ale nigdy nie udało mi się wyzbyć tego ludzkiego przerażenia. Tego uczucia, że rozmawiać próbuję ze śmiercią, że to ona swym ciężarem mnie dotyka. Wciąż walczę, lecz co, gdybym uległ i wreszcie się poddał? Zbudziłem swą duszę, bo zieleń tej wyspy nie poddała się ciemności nocy. Bujnie kwitnące życie, dotknięte pięknym wschodem słońca, tańczyło szczęściem, nieświadome tego, że coś się we mnie zmieniło. Wiele rzeczy zrozumiałem, lecz wiele też przyjdzie mi jeszcze zrozumieć. Ile jest prawdy w tym, co teraz myślę? Tak wiele było prawdy w tym, o czym myślałem w przeszłości. Myliłem się. Czy dzisiaj też się mylę? Zaparzyłem ziół, lecz inaczej niż zawsze, bo wreszcie nauczyłem się ich dotykać. Zły sen przeminął, nie znaczy to jednak, że nie był prawdziwy. Głos śmierci, który mnie woła, w końcu mnie dotknie. Dlatego wychodzę mu naprzeciw, bo nie chcę czekać, aż przykuty czarną zmorą, sam nie będę mógł wybrać czasu i miejsca.
- Słyszysz!?
W promieniach poranka, na tej jedynej polanie, zebrałem wiele niepojętych myśli, wierząc, że kiedyś je zrozumiem, że kiedyś wyzwolą mnie z bezsensu i gdy znów zatracę się w sobie, pozwolą mi na nowo oddychać. Tak oto opuściłem wyspę prawdy, którą spotkałem podczas swej odwiecznej podróży. Ruszyłem dalej, idąc lasem w stronę pustyni. Wiatr się wzmógł. Gorąco uderzyło w miejsce, w którym znalazłem schronienie. Mój dom nie wytrzymał tej próby i znowu musiałem zaczynać od nowa. Ostatni raz, z nożem w ręku, poszedłem w nieznane. Szukałem drzew, by je okaleczyć w imię mojego znaczenia. W imię prawdy, której nie mogłem porzucić. Tnąc te niebanalne życia, zacząłem wspominać. Zdobyłem przecież dwa noże, jeden złamany, zużyty, jego ostrze już się ukruszyło. Służył mi do zabijania. Drugi, dużo dłuższy, pięknie zdobiony, z kościaną rękojeścią. Czyja to była kość? Trudno odgadnąć. Jego ostrze połyskiwało w ciemności bladym światłem. Służył mi do kaleczenia zwierząt i patroszenia ryb. Pamiętam, że pewnego razu uratował mi życie. Natknąłem się wtedy na szkarłata, tego przeklętego węża, który swym jadem zabić może po stokroć. Miałem szczęście, bo potknąłem się o korzeń drzewa, z którego zwisał. I tak przeklinając bogów, chcąc jak najszybciej się podnieść, poczułem blask tego oręża. Krzyczał głupcze! Nie tędy wiedzie twa droga ku śmierci! Walcz! To wtedy znowu usłyszałem ten głos. W chwili natchnienia chwyciłem za rękojeść miecza i zapadając w pustkę, zamachem przeciąłem przestrzeń. On umarł. Tak, szkarłat umarł, a ja po dziś dzień wiem, że jego imię, nazwane jest kolorem krwi. Podczas tej prastarej podróży dotknąłem też czyichś wspomnień. Pewnego dnia, schodząc do strumienia, znalazłem orła. Jego skrzydła zionęły majestatem, lecz oczy wydawały się blaknąć. Żył jeszcze, ale oto nadchodził koniec. Pióra miał osmalone, pierś przeszytą strzałą, a w zaciśniętych szponach trzymał miedziany naszyjnik. Patrzyłem w głąb jego spojrzenia, w jego duszę. Na chwilę zamarłem razem ze wszystkim wokół. Czułem jakby z dalekiego świata powracała legenda. Jakby gdzieś tam, ktoś stoczył niesamowitą walkę z rzeczywistością. Widziałem setki biegnących koni, słyszałem blaszany dźwięk, kruszonych ludzkich wnętrz, widziałem ptaki spadające w bezkres istnienia. I czułem niepojęty żal, że wszystko to było na próżno. Ta przelana krew. Ta zatarta nadzieja. Ten smutek poległych istnień. A kiedy nastała cisza, pojawił się on, ten ostatni, który nic już nie mogąc, upadł z krzykiem potępieńca. Lecz ciągle jeszcze trzymał się tej więzi. Niósł wyryte nadzieją słowo, do wszystkich tych, którzy trwają, do tych, co jeszcze nie zgaśli. Kiedy się zbudziłem, nie było żadnego orła, tylko kilka zwietrzałych kości. No i ten amulet z wydartym chwiejną ręką przesłaniem – „Upadniesz”. O tej historii, o męce tego ptaka, świat już zapomniał. Tylko ja go pamiętam.
Ona.
...Znalazłem przyjaciela...
- Rozpal wreszcie ten ogień! - Zamknij się! - Sam się zamknij! I przestań wreszcie ze sobą gadać, bo jeszcze ktoś pomyśli, żeś jest obłąkany. - To, że ciebie nie widać, nie znaczy, że ciebie tu nie ma. Czuję twój oddech. - Ja też cię czuję, mógłbyś się wreszcie umyć. Tak mijały dni, odkąd ją spotkałem. Nieprzerwane rozmowy, kłótnie, czasem śmiech. Ten prastary las, który za sobą zostawiam, kryje jeszcze mnóstwo niezbadanych miejsc. Pamiętam jak pewnego dnia, mijaliśmy starego papierowca, drzewo ogromnych rozmiarów. Wydawało się, że stoi tu przez wieczność. Przechodząc pod jego nieprzeniknionym pięknem, grzęznąc w rzece szarych liści, nagle światło przygasło. Podniosła się mgła, a czas jakby już nam nie ciążył. Ujrzeliśmy wąską ścieżkę zawieszoną w próżni. - Oto kolejna z dróg, która prowadzi w głąb własnych myśli. Czułem, że z tamtego miejsca emanuje dobro, chciałem tam iść, ale ona mnie powstrzymała. Wyrywałem się, krzyczałem, że muszę to zrobić, muszę uciec. Myślałem, że to jest już to miejsce. To, do którego zdążam. Kres podróży. Lecz było to tylko złudzeniem, czymś, co miało mnie odwieść od jedynego celu. Pokłóciliśmy się wtedy po raz pierwszy. Później przychodziło nam to z łatwością. Nigdy jednak nie podziękowałem jej za odwagę, za jej niezłomność, za zrozumienie tego, czym był ten zakłamany czas. Za to, że po tej nocy, raz jeszcze mogłem się obudzić. Senna atmosfera zmogła te nasze kruche życia. Spaliśmy przez wiele nocy i dni nic nie śniąc, lecz będąc otoczeni koszmarem. Gdy się zbudziłem, ujrzałem znajomą mi twarz, mówiącą niezrozumiałym głosem, patrzącą przerażonym okiem, trzęsącą się z zimna. - Wstawaj głupcze! Musimy iść dalej – usłyszałem w myślach. Wędrowaliśmy tak tygodniami, chroniąc się w gąszczu tego dziwnego świata. Byliśmy śledzeni tysiącem oczu, dotykani szeptem, straszeni krzykiem, a czasem nękani jakąś dziwną, niespokojną myślą. Skąd idę? Kiedy zacząłem swą podróż? Dokąd zmierzam? Nie chciałem wiedzieć, bo przecież i tak przepadnę. Wszystko to ucichło, gdy pojawił się ogień. - Wiedziałeś, że igielit płonie nawet wtedy, kiedy jest przesiąknięty wodą? Wielu z tych wspaniałych uczonych próbowało rozwiązać tę zagadkę i mówię ci, że oni wszyscy polegli. Heh, tak naprawdę nikt z nich nie wie, dlaczego tak jest. Bo to idioci. - Idioci powiadasz? Ale ty wiesz? - Tak! Ja wiem! Bo igielit, to nie jest zwykłe drzewo, ono zostało stworzone tam, gdzie wszystko się zaczęło. W świecie,…