Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 27 min czytania

Iwo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było zielono- szaro. Śnieg w większości stopniał, jedynie gdzieniegdzie utrzymywały się jeszcze niewielkie kupy śniegu o kolorze daleko odbiegającym od bieli. Zamiast świeżej, jaskrawozielonej trawy, wszędzie można było napotkać brązowo- ciemnozieloną, naznaczoną psimi odchodami, tak dobrze kamuflującymi się niegdyś w białym puchu, który nie był ani biały, ani tym bardziej puszysty, trawę. Drzewa ani myślały przybrać się w zielone liście, miały to głęboko gdzieś i wciąż sterczały ponad ludzkimi głowami, machając nagimi gałązkami. Słońce było tej wiosny niezwykle kapryśne- czasami wychylało się zza chmur, rzucając na blade i niemrawe twarze ostre promienie, niekiedy znowuż nie chciało przestać świecić, doprowadzając niektórych do szału, duszących się w grubych płaszczach, zdejmujących z furią czapki z głów, otrzepujących futrzane buty z błota. I właśnie ta wiosna była tak bardzo wyczekiwana przez cały naród Polski, umęczony tak ciężkimi dla ich wiotkich ciał mrozami, mający po dziurki w nosie śniegu po kostki, jęczący, jak ostra zima się trafiła w owym roku. Jeśli ktokolwiek pomyślał, czytając i słysząc wypowiedzi rodaków, że wiosna, jakakolwiek chociażby, zadowoli Polaków po cięższej niż zazwyczaj zimie, był zwyczajnym łatwowiernym lub naiwnym idiotą, który nie zna własnego kraju. Bo teraz wszędzie można było podsłuchać, jak ludzie narzekają na widok polskich „przebiśniegów”, czyli zwyczajne psich odchodów, jak jęczą, wracając do domu, że znów będą musieli czyścić mozolnie buty z błota, jak denerwują się, że pogoda kapryśna. Bo Polakom dogodzić się nie da. Iwo to wiedział. Sądził jeszcze, że ludziom nie można ufać, że nikt nie mówi prawdy, że każdy jest zatwardziałym egoistą. Że prawdziwa miłość nie istnieje. Uważał się za realistę, widzącego świat takim, jaki jest, w żadnym wypadku nie ubarwiający go pastelowymi odcieniami różu, błękitu i zieleni. Ale był zwyczajnym pesymistą. Nakładał na wszystko czarne i szare barwy, nie potrafił widzieć dobrych stron., nawet w najpiękniejszych cechach ludzkich dopatrywał się cynizmu, celu, bezwzględności, aż zaleta stawała się najokropniejszą wadą, karygodną wręcz cechą człowieka. Powtarzał swoje reguły aż do znudzenia, wpajał je sobie i wyrył w mózgu już tak głęboko, że sprawą po prostu niemożliwą było je zmienić. Zachowywał się tak tylko z jednego względu. Nie chciał cierpieć. Wolał wmówić sobie, że nie ma przyjaciół, tylko zwyczajnych znajomych, niż później pluć sobie w brodę, że komuś zaufał. Szedł przez życie ze sztucznym uśmiechem, specjalnie opracowanym, wręcz perfekcyjnym, tak, aby każda komórka skóry układała się gładko wokół jego rozciągniętych ust, które okalał lekko podrażniony regularnym goleniem naskórek. I to nie to, żeby był dla ludzi niemiły. Nie obrażał ich, nie kpił sobie, nie wyśmiewał ich i nie mrużył ironicznie oczu. Nie napawał ich umysłów strachem, nie przyprawiał o ból brzucha i kołatanie serca, zatrutego zabójczą dawką adrenaliny. Był miły. Prawił komplementy. Chwalił, śmiał się, nie szczędził dobrych słów. W oczach dziewcząt był usposobieniem ideału. Wysoki. Niezwykle męski, nie wiedzieć czemu. Złotowłosy. Oczy brązowe- ale tylko pozornie- bo gdy patrzyło się pod odpowiednim kątem, stawały się jakby zielonkawe, niekiedy w słońcu błyszczały na niebiesko, a w mroku było przepełnione czernią, jakby wygłodzone, agresywne i drapieżne. Charakter- także idealny. Szarmancki, miły, mądry, jakby przewyższał swoich rówieśnikiem IQ o jakieś 100 punktów. Potrafił komplementować dziewczyny wciąż i wciąż, nigdy nie określając ich tym samym przymiotem, ciągle wymyślał nowe, wprawiając ich tym w zachwyt, na przerwach ciągle chwaliły się, do której zagadał, której co powiedział i wykłócały, która jako pierwsza go zdobędzie. Ale w głębi duszy wiedziały, że to niemożliwe. Iwo- och, jak uwielbiały pieścić każdą literę jego imienia, ważyć ją wciąż na języku, zgniatać brutalnie zębami i delikatnie głaskać językiem- wciąż był jakby niedostępny, zasnuty gęstą mgłą, był jak zabawka, której zawsze się pragnie, a która jest poza naszym zasięgiem, pięknie zapakowana na półce. Ileż to razy już próbowały, zapraszały go, gdzie się da, a on tylko, oczywiście grzecznie, odmawiał i przywoływał na twarz najlepszy uśmiech, jakby chciał wynagrodzić owej pannie, że nigdzie się z nią nie wybierze. Co do chłopców, Iwo wzbudzał w nich szacunek. Znał się na wszystkim, potrafił jednym zdaniem- wcale nie wrednym- zmiażdżyć ich i wgnieść w ziemię. Można było cieszyć się z kolejnego poziomu w grze, ale Iwo wtenczas mówił, zwyczajnie, obojętnie i łagodnie, że on tę grę już skończył, przeszedł ją bardzo szybko i na dodatek jest ona bardzo nudna. Owemu chłopakowi rzedła mina, a reszta towarzystwa nawet nie śmiała zaprzeczyć, bezgłośnie zgadzała się z Iwo. Bo już nie chodzi o to, że Iwo by ich skrytykował, gdyby powiedzieli coś innego, spojrzałby na nich pobłażliwie, jak na bandę przedszkolaków, których problemy nie wybiegają poza kolej bawienia się najnowszym torem samochodowym w ośrodku. A spojrzenia te potrafiły zgnieść ich do rozmiaru pyłku, co było gorsze niż najwredniejsza krytyka, bo taką można zripostować, nawet ostro. A jak tu sprzeciwić się spojrzeniu? *** Czuł każdy oddech, który dotykał jego świeżo ogolonego policzka, najchętniej wyrwałby się i wrócił do swojego pokoju, bo jego pokój był jak schron, nikogo dotąd jeszcze tam nie wpuścił, oprócz, rzecz jasna, rodziców, ale i oni nie byli tam częstymi gośćmi. A tutaj, zamknięty z bandą naiwnych idiotów, bezradny, nie mogąc nic zrobić sterczał i trząsł się z zimna jak ostatni dureń, pocierając dłońmi o ramiona, by choć trochę się rozgrzać. Brutalny mróz postanowił zrobić Polakom niespodziankę i zaskoczył ich wieczorem, szczypiąc w nieosłonięte czapkami włosy, przenikając przez wiosenne kurtki, kłując w stopy, chronione zaledwie adidasami. Ksiądz sterczał na ambonie i wygłaszał kazanie, przybrał minę natchnioną, jakby sam Zbawiciel wstąpił w niego i słowa na język mu pchał. Wierzył zapewne, że przekona ludzi, że z roku na rok w jego kościele wiernych będzie coraz więcej, ale wysiłki jego przynosiły skutek jednak odwrotny. Ludzie prawie przysypiali, ledwo powieki rozlepiali i spoglądali bez krzty ciekawości na księdza, myślami byli daleko stąd, wyklinali w myślach księdza, skarżyli się Bogu, dlaczego na kapłana takiego nudziarza wziął, błagali go, by kazanie już się skończyło, wszelkie mszalne procedury odbyły i mogli wrócić spokojnie do domów, może jeszcze na kolejny odcinek Na wspólnej, albo chociaż M jak miłość. Tymczasem ksiądz zaciskał, to rozluźniał palce, podnosił wzrok na wiernych, skupionych w świątyni, unosił brwi i ściągał je gwałtownie, wciąż mówił, nie przestając nawet na chwilę, czuł na sobie wzrok starszych pań, przepełniony uwielbieniem i zachwytem, wzrok masy znudzonej młodzieży, szykującej się do sakramentu bierzmowania, przypędzonych przez rodziców do kościoła, czuł wzrok rodzin z dziećmi, którzy to spoglądali na księdza bez zainteresowania, to zaraz zajęli się uspokajaniem swych latorośli, które najchętniej pobrykałby sobie bez przeszkód. Mówił i czuł, że słowa jego sensu w ogóle nie mają, nie docierają do wiernych, są jak ziarna rzucane na nieodpowiedni grunt- a może to grunty są dobre, a słowa twarde jak kamienie? Nie mógł zdecydować, czy dobrze robi, ale wciąż mówił, monotonnie, klepał kazanie jak wiersz, który na pamięć trzeba się nauczyć. Ciemno już było na zewnątrz, senność nagła go znienacka ogarnęła, słowa jednak nawet tempa nie zmieniły, płynęły wciąż tak samo, tylko myśli kapłana już gdzieś dalej odbiegały, o ciepłym łóżku zamarzył, modlitwie wieczornej i śnie, by jutro znów rozpocząć kolejny, nie różniący się wcale od pozostałych dzień Boży. Iwo stał niedaleko kolumny, trochę cieplej mu już było, splótł lekko dłonie i zacisnął szczęki. Przeklinał w myślach własne zapominalstwo, bo znów nie wziął zegarka i nie wiedział teraz, ile jeszcze musi tu sterczeć, zanim wolno mu będzie wrócić do domu. Nie rozumiał, co jego rodzice widzieli w tej całej religii, on być może też coś kiedyś widział, teraz to był dla niego tylko nieprzyjemny obowiązek, a może nie tyle nieprzyjemny, co nudy, do którego był zmuszany. Posłusznie, co niedzielę chodził do kościoła, najczęściej na mszę wieczorną, bo ta, jak mu się zdawało, trwała odrobinę krócej niż msza główna, odbywająca się zawsze około godziny dwunastej. Zamknął oczy, jakby mu to miało jakoś czas skrócić, poczuł na swoim karku ochrypły kaszel, wzdrygnął się z obrzydzeniem i już miał ochotę wygarnąć osobnikowi znajdującemu się za nim, ale powstrzymał się, w końcu wiedział, jak należy zachowywać się w kościele. Odwrócił się tylko i swoim najgorszym spojrzeniem zmierzył starszego mężczyznę, który znów zakaszlał. Drobinki śliny wylądowały na szyi i lewym policzku Iwo, któremu pozostało tylko zacisnąć zęby i czekać cierpliwie do końca mszy. *** Zdawało mu się…nie, on to zwyczajnie wiedział, że świat jest dziś zwyczajnie nienormalny, że stało się z nim coś nieodwracalnego, czego naprawić już nie można. Szedł chodnikiem między szarymi blokowiskami, widział wylegujące się na ławkach bandy ogolonych na łyso chłopaków, którzy z dumą wypinali piersi przybrane w bluzy z wielkim JP pośrodku, widział dziewczyny, najwyżej kilkunastoletnie, które poubierane niczym małoletnie dziwki, chybotały się na wysokich obcasach, zapewne podwędzonych ukradkiem od matki lub siostry, z makijażem na twarzy mającym sprawiać wrażenie, że są starsze. Szły tak, spoglądając z wyższością na resztę osiedla, Iwo już wiedział, gdzie szły, a przynajmniej się domyślał, zmierzały bowiem w stronę ulicy Kopernika, gdzie mieściła się największa w mieście galeria handlowa. Oko za oko, ząb za ząb, to dlaczego dupa za pieniądze? Iwo najchętniej wróciłby do czasów, kiedy dwunastoletnie dziewczyny nie wiedziały, co to sex- ale kiedy to było? Teraz, ucharakteryzowane na o wiele starsze, oddają swoje ciało za buty, torebkę, spodnie czy bluzkę. Chcąc, nie chcąc, Iwo trafił w Internecie na stronę Galerianki.pl. Witryna ta tak nim wstrząsnęła, że nie potrafił wydusić słowa, tym bardziej, że tuż po tym, jak to zobaczył, usłyszał w radiu informację, że artystką dziesięciolecia została Doda… A kiedy dołączyły do tego jeszcze wiadomości o tragedii na Haiti, kolejny tekst w Internecie informujący o głodujących dzieciach w Afryce, kiedy otworzył książkę do historii i zobaczył Hitlera, kiedy spojrzał za okno i uświadomił sobie, że zamiast pokolenia JP2, wszyscy wolą wykrzykiwać swoje durne Jebać Policję… Po prostu uświadomił sobie, że innego końca świata nie będzie. Prawdziwy świat już się skończył. Tak gdzieś z nadejściem drugiego tysiąclecia. To już nie był świat, gdzie kobiety miały wstyd, a mężczyźni honor. To już nie był prawdziwy świat z prawdziwą muzyką. To był świat komercyjnego gówna, gdzie kobiecy wstyd już nie istniał, gdzie nie trzeba było zabiegać już o kobietę, gdzie prostytutki traciły pracę, bo każda lepsza małolata dawała dupy za pieniądze, świat, gdzie nastolatki sprzedawały swoje dziewictwo, gdzie nie istnieje szacunek dla własnego ciała, świat, gdzie nie istnieje szacunek do JAKIEGOKOLWIEK ciała. Świat bez zasad. Świat wzbogacony o nowe technologie. Świat gorszy. Świat zaplątany w sieć kłamstw. Świat, gdzie nie istnieją już uczucia. Świat, gdzie liczą się tylko pieniądze. Świat, gdzie wszystko można kupić. Świat, gdzie Bóg jest zepchnięty na dalszy plan, bo jest tyle innych, atrakcyjniejszych bogów. Świat bez przyszłości. Świat skazany na samozniszczenie. Gdyby Jezus ponownie zstąpił na ziemię, nikt by Go nawet nie zauważył. Tylu innych ludzi uważa się już przecież za bogów… *** Czasami stawał przed lustrem i zastanawiał się, kim jest. Nigdy nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. *** Wiosna zmieniła się w lato. Lato w jesień. Jesień w zimę. Zima we wiosnę. I właśnie na wiosnę Iwo się zakochał. Tak po prostu. Ale to zła miłość była. Bo miłość nie istnieje. To tylko kilka procesów chemicznych w mózgu. Gdyby był lekarzem, mógłby swobodnie nimi sterować. Zakochiwać się, w kim by tylko chciał. No, dobrze, lekarzem w Ameryce i z ciężkimi pieniędzmi. Ale był tylko Iwem, na dodatek mieszkającym w Polsce. Więc nie miał tego komfortu i musiał zdać się na tą osobę, którą wybrał jego mózg. A była to Arleta. Arleta miała metr sześćdziesiąt trzy wzrostu, zaokrąglone biodra, żółte oczy, farbowane na rudo włosy i wydatne piersi. Iwo twierdził, że Arleta jest paskudna i gdyby tylko miał wybór, nigdy by się w niej nie zakochał. Widocznie jednak byli sobie przeznaczeni- bla, bla, bla- innymi słowy, jego mózg stwierdził, że to ją właśnie Iwo pokocha. No więc Iwo ją pokochał. No i kochał ją stale, rano, w południe i wieczorem. Myślał o niej dużo, a ona dużo myślała o nim, bo mózg Arlety także wytwarzał substancje chemiczne, które zadecydowały, że Arleta zakocha się w Iwo. Byli w sobie zakochani i byli szczęśliwi. Rano urywali się ze szkoły i szli do parku, by urządzić sobie śniadanie na trawie, karmili się nawzajem kanapkami z pastą jajeczną, czując, jak ich pośladki i uda są coraz bardziej przemoczone od rosy, później spacerowali, splatając swoje śliskie od potu palce, jednocześnie patrząc, czy któryś z wrednych ptaków, nie zechce przypadkiem urządzić sobie z nich prywatnej toalety i przystroić ich o ptasią kupę. Kiedy zbliżało się południe, zazwyczaj decydowali się wstąpić do knajpki na frytki, często sprzed kilku dni,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%