psychologia · 43 min czytania
Izolacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}Krótka notka na początek: Opowiadanie to jest moim pierwszym i zostało napisane na festiwal artystyczny, który organizujemy wraz z przyjaciółmi. Festiwal jest pod hasłem przewodnim 'IZOLACJA' - stąd tematyka i tytuł. Opowiadanie jest w części autobiograficzne.{/i}
{b}IZOLACJA{/b}
Poniedziałek. Wyjątkowo obudziłem się tuż przed budzikiem, zdążyłem wyłączyć zanim zaatakował nieznośną melodyjką Zuzę śpiącą sprawiedliwym snem kury domowej obok mnie. Zamrugałem powiekami starając się zrzucić z nich resztki koszmaru, który dręczył mnie całą noc. …siedziałem w wielkiej żelaznej klatce, wiszącej na czterech potężnych łańcuchach, których końce ginęły gdzieś w mroku wysoko nade mną, wokół panowała ciemność; wszystko, co widziałem to kraty mojego więzienia. Mimo to zdawałem sobie jakoś podświadomie sprawę, że znajduję się w ogromnej jaskini, zimnej, wilgotnej i przerażająco pustej. Klatka kołysała się z boku na bok sprawiając, że chwiałem się lekko na nogach. Było tam wystarczająco dużo miejsca, żeby swobodnie stać i zrobić jakieś pięć, sześć kroków w każdą stronę. Pręty klatki były przeraźliwie zimne w dotyku, dłonie natychmiast lekko przymarzały do żelaza. Mimo wytężania wzroku, nic nie było widać, za to dało się słyszeć miarowe kapanie wody gdzieś w oddali… Po chwili zauważyłem, że klatka kołysze się w rytm spadających kropel. Nagle częstotliwość kapania nasiliła się, i klatka zaczęła kołysać się szybciej, wydawało mi się, że jest też trochę mniejsza niż była. Znowu zaczęło kołysać szybciej. I szybciej. Straciłem równowagę, upadłem na zimną podłogę i potoczyłem bezwładnie, zatrzymując się na lodowatych prętach. Lód parzył mój policzek, czułem jak przymarzam do żelaza. Czy sufit jest o wiele niżej niż był? Na pewno, przeciwległa ściana jest teraz na wyciągnięcie ręki! Nie tylko coraz mocniej kołysze, ale też klatka kurczy się w zastraszającym tempie! Kapanie zamienia się w szum rzeki, później w huk wodospadu, jest coraz głośniej. Kolejne szarpnięcie odrywa mi kawałek twarzy – część zostaje przymrożona do prętów klatki – i lecę na drugą stronę, tym razem przyklejając się barkiem. Klatka ciągle się zmniejsza, nie mam już miejsca, żelazne pręty ściskają moje ciało, lód parzy, wodospad ryczy, czuję że zaczyna brakować mi powietrza, mój każdy nerw płonie temperaturą zera absolutnego, otwieram usta, ale krzyk zamarza w połowie drogi, już tylko oczy nie są pod lodem, nie czuję już nic oprócz pierwotnego bólu, chaos ogarnia świat, nie ma już klatki, spadam rozerwany na kawałki, ale ciągle żywy, zmrożony w bryle lodu, ryk wodospadu cichnie, jest tylko wrażenie lotu w dół i czarna bezdenna otchłań pode mną…
Poniedziałek. Wyjątkowo obudziłem się tuż przed budzikiem, zdążyłem wyłączyć zanim zaatakował nieznośną melodyjką Zuzę śpiącą sprawiedliwym snem kury domowej obok mnie. Zamrugałem powiekami starając się zrzucić z nich resztki koszmaru, który mnie dręczył całą noc. Z cichym westchnięciem wróciłem do rzeczywistości. Zuza spała, jej pewnie śniły się zakupy w ogromnym markecie i nieograniczona żadnym limitem złota karta kredytowa lub coś podobnego. Blond włosy z fioletowo-czerwonymi pasemkami w kształcie piorunów – podobno bardzo trendy w tym tygodniu – opadały falą na poduszkę. Na szafce nocnej obok leżało pudełko z kolorowymi soczewkami do oczu – wczoraj miała błękitne, dzisiejszy kolor będzie zależał od tego, co wyczyta w swoich internetowych fashion-newsach. Gdyby napisali tam, że teraz w modzie jest brak oczu, jestem pewien ze wyłupałaby je sobie łyżeczką do herbaty i kupiła psa przewodnika. Zsunąłem się z łóżka, przeciągnąłem i poczłapałem do łazienki. Zanim odkręciłem wodę pod prysznicem stanąłem przed lustrem i dokładnie obejrzałem swoją twarz. Po nocnej przygodzie nie było śladu. Z lustra patrzył na mnie trochę zmęczony życiem trzydziestolatek o niemal fluorescencyjnie zielonych oczach (to mój naturalny kolor, którego Zuza zawsze mi zazdrościła… dopóki nie sprawiła sobie swojego tęczowego zestawu) i czarnej czuprynie gdzieniegdzie przerzedzonej pierwszymi siwymi włosami. Westchnąłem ponownie. Te siwe włosy to efekt stresu w pracy – jestem starszym administratorem kont klientów firmy zajmującej się inwestycjami na giełdzie papierów wartościowych. Świat maklerów, akcji i wahań rynku. Świat dużych inwestycji i małych ludzików obracających cudzymi milionami. Świat wymuszonych uśmiechów, zebrań pod krawatem i firmowych imprez w drogich hotelach, a wszystko napędzane przez krwiożerczą maszynę kapitalizmu oraz niekończącą się ludzką chciwość i pragnienie posiadania jeszcze jednego zera więcej przy numerku na koncie. Moja praca polega na zarządzaniu kontami klientów i dbaniu, żeby żaden z nich nie złamał zasad podatkowych, które narzuciło Her Majesty Revenue And Customs. Wszelki dochód, który klienci czerpią z tych kont jest zwolniony od podatku od wzbogacenia. Taki prezent od miłościwie panującej kroplowej Elżbiety. Oczywiście jeśli ma się pieniądze, które można zainwestować - co biedniejsi obywatele nie mają szans na zwolnienie od podatku, bo nie mają czego inwestować. Nie sądzę, żeby to królową cokolwiek obchodziło. Nie sadze, żeby ją obchodziło cokolwiek poza odpowiednią temperaturą popołudniowej herbatki w ogrodach Pałacu Buckingham. Przesunąłem otwarta dłonią po powierzchni lustra zostawiając tłuste smugi. To nic, Zuza zmyje, gdy wstanie. Wszedłem do kabiny prysznicowej i włączyłem wodę. Pozwoliłem by oblewała moje ciało z góry przez kilka minut, później włączyłem bicze wodne na plecy. Zamruczałem z zadowoleniem. Nie ma to jak luksus nowoczesnych malutkich mieszkań-klatek w sięgających nieba smukłych wieżowcach. Czterysta osiemdziesiąt mieszkań na osiemdziesięciu piętrach. Ludzie stłoczeni w tej przestrzeni, za to z szerokim oknem internetu na cały świat. Dostęp do wszystkiego gwarantowany. Wolność wyboru tak nieograniczona, ze staje się więzieniem – przykuwa do monitora na godziny, dni, tygodnie, miesiące. Każdy znajdzie cos dla siebie. Amatorzy zakupów, sportu, niemieckich filmów schaisse-porno, moda, wiadomości, kłamane, prawdziwe, z lewej, z prawej, z przodu, od tylu, oko i ucho – wszyscy jesteśmy gwałceni na różne sposoby przez globalną sieć elektronicznych powiązań międzyludzkich, które tracą jakąkolwiek głębię i wartość, dotykamy martwych klawiszy zamiast podać rękę znajomym, wstukujemy numer karty kredytowej zamiast odebrać resztę od sprzedawcy i powiedzieć ‘Dziękuję’, bierzemy w usta wielkiego martwego kutasa, smakujemy spermę zer i jedynek, dławimy się i wypluwamy codziennie, stąd te przyklejone każdego ranka niesmaczne uśmiechy w autobusie, stąd ta znieczulica, brak świadomości i zrozumienia, i wielkie globalne zagubienie – ludzie poruszają się w ciemności uczuciowej rozświetlanej jedynie zieloną diodą komputera i bladym światłem wyświetlacza telefonu komórkowego.
Śniadanie zjadłem w pośpiechu, zalewając półtłustym mlekiem miskę płatków śniadaniowych – smak czekoladowy, z orzeszkami ziemnymi i suszonymi winogronami. Porcja owoców z pięciu dziennie zalecanych przez lekarzy. Staramy się z Zuza zdrowo odżywiać – jemy tylko organiczne produkty w ściśle określonych proporcjach – nasz lekarz rodzinny wypisał nam odpowiednią dietę na cały tydzień. Oboje jesteśmy wegetarianami, na święta Bożego Narodzenia nie jemy karpia. Jemy zdrowe sojowe paluszki o smaku ryby. Czasem wpuszczamy je do wanny z wodą przed Wigilią, gdzie unoszą się na wodzie przez dwa dni, po czym lądują w koszu na odpadki - żałosna imitacja świątecznej atmosfery. Sojowe paluszki rybne nie potrafią bezbronnie otwierać i zamykać pyszczka, kiedy leżą na desce do krojenia. To chyba psuje cały efekt. Przed wyjściem obudziłem jeszcze Zuzę, pocałowałem ją w nos i wybiegłem z mieszkania. Zjechałem windą do garażu w podziemiach i wsiadłem do samochodu – trzyletnie cacko z podgrzewanymi fotelami, automatyczną skrzynią i wbudowaną nawigacją satelitarną z dokładnością do jednego metra. Spłata kredytu, który zaciągnąłem na ten samochód zajmie nam jeszcze 10 lat, ale warto było, choćby po to, żeby usłyszeć głęboki bas odpalonego silnika. Muzyka dla moich uszu! Włączyłem radio i wyjechałem z garażu. Droga do pracy zajmuje mi jakieś czterdzieści do pięćdziesięciu minut, zależnie od natężenia ruchu. Zanim zdążyłem wyjechać z wewnętrznej drogi, która prowadziła przez strzeżone tereny kompleksu wieżowców zaczęły się wiadomości. Odczuwam jakąś chora przyjemność słuchając codziennie tej papki, wiem ze to brzmi niedorzecznie, ale informacje o kolejnych zamachach, zawiejach, zawirowaniach politycznych, zamknięciach zakładów pracy, zabójstwach, zabawach gwiazd na lodzie, na parkiecie, na scenie, w kuchni, przed kamerą, przeprowadzonych operacjach wojskowych, przekupionych dygnitarzach, przejętych punktach strategicznych w newralgicznych miejscach stref wojennych, gdzie każdego dnia giną setki ludzi, czego większość z nas nie rejestruje, mimo że liczba zabranych istnień ludzkich zwiększa się każdego dnia wprost proporcjonalnie do kosztów tych wojen liczonych w miliardach dolarów, wszystko to sprawia, że czuję się tak cholernie bezpieczny w moim małym samochodzie, jadąc dwupasmową obwodnicą w kierunku centrum. Z zamyślenia wyrwała mnie syrena samochodu policyjnego, który nadjeżdżał z tylu. Zjechałem na bok i zwolniłem, pozwalając stróżom narzuconego wszystkim prawa przejechać obok i popędzić na miejsce zbrodni – gdziekolwiek jechali i kogokolwiek ścigali. Po około dziesięciu minutach zjechałem z obwodnicy w ulice miasta, zatłoczone jak zwykle o tej wczesnej porze, kiedy ludzie spieszą do pracy nie zważając na innych. Jechałem powoli, co chwila przystając. Setki autobusów, tysiące samochodów, dziesiątki tysięcy litrów paliwa, miliony przekleństw. Co się dzisiaj dzieje? Jest gorzej niż zwykle. To jak reakcja łańcuchowa – samochód przed tobą się zatrzymuje, wiec i ty się zatrzymujesz – wkurzony, bo musisz znowu czekać zanim przejedziesz kolejne kilka metrów, więc samochód za tobą też się zatrzymuje, a kierowca jest jeszcze bardziej wkurzony, i tak dalej, aż do punktu zapalnego - ostatniego samochodu w kolejce, z którego wysiada zasuszona staruszka, kipiąca złością jak mleko zostawione zbyt długo na dużym ogniu, z mleczną pianą na ustach, jej oczy płoną nienawiścią do wszystkiego wokół, cała się trzęsie, to cud, że nie jej ciało nie rozpada się na kawałki, musiała widzieć co najmniej osiemdziesiąt wiosen w swoim życiu, ale nie ma w niej nic z wiekowej mądrości, raczej wiekowa frustracja nagromadzona przez te wszystkie lata. I nagle kobieta krzyczy głosem tak wielkim, że z wysokiego biurowca wznoszącego się obok sypią się wszystkie szyby, deszcz szklanych odłamków spada na chodnik raniąc przechodzących ludzi, leje się krew, jej krzyk jest tak mocny, że niektórym pękają bębenki w uszach i cieknie z nich szarawa gęsta ciecz, wiele osób kładzie się na ziemi i zaczyna rzucać jak w padaczce, wszyscy wokół przestają kontrolować swe odruchy, ludzie wysiadają z samochodów i wymiotują, albo klękają na asfalcie i zakrywają głowy rękoma, albo tłuką pięściami w szyby i lusterka, albo biegną na oślep, wpadając na siebie, przewracają się latarnie i słupy telefoniczne, światła ruchu drogowego wariują, wpadają w czerwono- żółto-zielony stroboskopowy chaos, staruszka krzyczy, ziemia drży i pęka od tego krzyku, ludzie zsuwają się w szczelinę, która powiększa się i powiększa, zapadają się w nią budynki, ulice, samochody, całe miasto znika w bezdennej czeluści, która zasysa z siłą odkurzacza najnowszej generacji, cała Ziemia zapada się w sobie i znika, zapadają się gwiazdy, planety, cale galaktyki znikają w tej czarnej dziurze, implozja doskonała, anty-wielki-wybuch, wszystko znika, jest już tylko wielka, niekończąca się przezroczystość, totalna pustka, spróbujcie to sobie wyobrazić, nie ma n i c, tylko nieustający dźwięk klaksonu… …kierowca za mną trąbił i trąbił, aż w końcu wyrwałem się z dziwnego transu, który mnie opanował, oczywiście nie było żadnej czarnej dziury, deszczu szklanych odłamków ani krzyczącej staruszki, trochę poniosła mnie wyobraźnia. Światło przede mną znów zmieniło się na czerwone, widziałem w lusterku jak facet w samochodzie z tyłu wściekał się, wygrażał mi pięścią i przewracał oczami – pewnie spóźni się do pracy. Zamrugałem światłami awaryjnymi i przepraszająco podniosłem rękę. Zapaliło się zielone i ruszyłem wreszcie. Ten żółwi pochód do niczego nie prowadził. Włączyłem nawigacje, wstukałem kod pocztowy mojej firmy i skręciłem w boczne uliczki, licząc na to, ze uda mi się nadrobić trochę czasu. Do pracy dotarłem z półgodzinnym spóźnieniem. Wbiegłem do budynku, machnąłem strażnikowi identyfikatorem przed nosem i nie czekając na windę ruszyłem po schodach na piąte piętro, gdzie mieściło się moje biuro. Znajdowało się ono na końcu dużego pomieszczenia, gdzie dwoma równymi rzędami wzdłuż okien ciągnęło się około pięćdziesięciu biurek z jasnego drewna i nierdzewnego metalu. Pod przeciwległą ścianą stało mnóstwo drukarek, kserokopiarek, skanerów, niszczarek do papieru oraz kosze na recykling, żółte na papier, zielone na metal i czerwone na plastik. Na końcu znajdowały się wejścia do indywidualnych biur managerów, kierowników i starszych stopniem pracowników. Całe pomieszczenie było utrzymane w pastelowej, jasnozielonej tonacji, co prawdopodobnie miało wpływać kojąco na pracowników. Światło słoneczne wlewało się przez duże okna wychodzące na pobliski park położony nad otaczającym centrum miasta kanałem, którym często przepływały barki z turystami zdumionymi przepychem srebrnych stalowo-szklanych biurowców i robiącymi zdjęcie za zdjęciem. Pozdrowiłem krótkim ‘Hi’ kolegów, z którymi współpracuję, po czym wpadłem do biura szefa. Szef siedział za biurkiem i zawzięcie stukał w klawiaturę komputera. Kiedy wszedłem podniósł na sekundę wzrok i wrócił do klepania w klawisze. - Cześć Nick – powiedziałem. – Sorry za spóźnienie, straszne korki dziś w mieście. Szyby wylatują z okien. – Dodałem, gdyż Nick w ogóle mnie nie słuchał. - Co? – Powiedział w końcu. – Jakie szyby? – - Nieważne, sorry za spóźnienie. – - W porządku, U. Zrobisz coś dla mnie? Potrzebuję na już raportu z kont na minusie. Zebranie. Wiesz, comiesięczne statystyki i całe to gówno. – Wzruszyłem ramionami. - Nie wiem, nigdy nie byłem. Daj mi dziesięć minut, prześlę mailem. – Powiedziałem i poszedłem do siebie. Zrzuciłem płaszcz na wieszak stojący w kącie i włączyłem komputer. W czasie, gdy startował system, wypakowałem ze skórzanej aktówki laptopa i podłączyłem do gniazdka w ścianie. Nalałem sobie kubek zimnej wody z dyspensera pomysłowo wbudowanego w biurko i wychyliłem duszkiem. Rozległo się pukanie i przez uchylone drzwi wsadził głowę Adam – jeden z administratorów. - Cześć U. Idę do kantyny, chcesz coś? – - Kawę, jeśli możesz. Dzięki Adam. – U. Tak nazywali mnie moi angielscy koledzy. Naprawdę mam na imię Euzebiusz. Po angielsku brzmi to jak ‘Juzibiusz’, stad U, które po angielsku wymawia się ‘Ju’. Czasem nazywają mnie tez Uzi. Nie mam nic przeciwko żadnemu z tych przezwisk, Euzebiusz wymawiany przez Anglików brzmi strasznie. Przyjechałem do Anglii ponad osiem lat temu. Szukałem pracy i lepszego życia. W Polsce, gdzie się urodziłem, panowało wtedy okrutne bezrobocie, a każdy kolejny rząd poprzestawał na obietnicach lepszego kraju, mlekiem, miodem i piwem płynącego. Rzesze wyborców dawały się na to nabrać latami. Ja nie. Byłem na wyborach raz w życiu, kiedy ukończyłem osiemnaście lat, od tamtej pory ani razu. Przynajmniej miałem czyste sumienie. Gdyby było na kogo głosować, poleciałbym do urny bez wahania, ale nie było. Każdy rząd wiele obiecywał i nigdy tych obietnic nie dotrzymywał. Ludzie później narzekali i złorzeczyli. Sami głosowali! Ja nie. W pewnym momencie miałem dość. Czułem się moralnie i psychicznie zgwałcony przez polityków. Spakowałem walizkę, rozbiłem świnkę-skarbonkę, pożegnałem się z rodzicami, siostrą, dwoma psami i jednym kotem, wsiadłem w autobus – gdyż samoloty były wtedy piekielnie drogie – i zamaskowany jako turysta przekroczyłem granice magicznego Zachodu z zamiarem zostania nielegalnym imigrantem. Nie żeby tu politycy nie gwałcili umysłów obywateli, ale przynajmniej dało się jakoś żyć. Przez pierwsze kilka lat imałem się różnych prac, od sprzątania toalet do kucharzenia na budowie. Wszystko to na czarno. Życie w ciągłym strachu przed policją i Home Officem - urzędem imigracyjnym. Dobrze, że znałem język, gdyż wielu ludzi, których poznałem w ciągu lat tu spędzonych kończyła na bruku, bez możliwości powrotu do kraju, z prostej przyczyny – nie potrafili się porozumieć w najprostszych sprawach. Później Polska weszła do Unii Europejskiej i wszystko się zmieniło. Praca była legalna, zasiłki i zapomogi były legalne, legalne było także około półtora miliona rodaków, którzy tu przyjechali po zniesieniu wiz oraz około milion kolejnych, takich jak ja, którzy mieszkali tu już od jakiegoś czasu. Liczba Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii pozostaje wielką niewiadomą. Niektóre źródła podają kilkaset tysięcy, niektóre cztery i pół miliona. Szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi. Zalogowałem się do systemu, wygenerowałem i wysłałem raport dla Nicka. Po chwili wrócił Adam z kawą. - Dzięki, Adam. Co słychać? – - W porządku, mam lekkiego kaca po weekendzie. U ciebie? – - Nic nowego, korki w mieście, żona w domu, hipoteka w banku. – Uśmiechnąłem się. - Mów mi jeszcze – westchnął Adam. – Dobra, spadam do pracy, mam tony papierów na biurku. Na razie U.– - Cześć. – Zostałem sam. Wstałem zza biurka, podszedłem do okna wychodzącego na resztę biura i zamknąłem żaluzje. Chciałem zostać sam. Dużo myśli kłębiło mi się ostatnio w głowie. Cały czas miałem dziwne wrażenie, ze czegoś mi brakuje. Bardzo czegoś pragnąłem, ale nie za bardzo wiedziałem co to jest. Nie rozmawiałem o tym z Zuzą, nie chciałem zaprzątać jej głowy. Niezbyt często rozmawialiśmy o tym, co nas boli, czego chcemy i dokąd zmierzamy. Mieliśmy swoje plany i marzenia, ale nie różniły się one zbytnio od idealnego modelu rodziny zalecanego przez psychologów: dwa plus dwa plus dom z ogrodem w przyzwoitej dzielnicy plus dwa samochody, pies, akwarium z rybkami, w które można się pogapić dla ukojenia nerwów, spacer w parku po obiedzie co niedzielę, wieczorem wiadomości i jakaś cukierkowa romantyczna komedia żeby wyprać mózg i zasłonić oczy na prawdziwy obraz tego świata… To dziwne, nigdy nie byłem świadomy takich rzeczy, ale kiedy o tym ostatnio myślałem, takie rzeczy same przychodziły mi do głowy. Czułem się przez to trochę zagubiony i zmieszany, bowiem zaczynałem spoglądać na wszystko inaczej. Zaczynałem widzieć brud, który pokrywał wszystko i ludzi taplających się w tym brudzie, osamotnionych i zagubionych w grząskich piaskach pustyni emocjonalnej dwudziestego pierwszego wieku, Ziemi przyszłości z futurystycznej wizji, którą sami sobie wyśniliśmy, a która stała się rzeczywistością tak naturalnie, płynnie i obok nas, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy staliśmy się częścią tego przereklamowanego wszędzie snu na jawie. Po południu wylali Claire. Nikt się tym specjalnie nie przejął poza mną i Adamem. Pewnie dlatego, że nikt oprócz nas jej nie lubił. Claire była karlicą. Mierzyła jakiś metr dwadzieścia i nie grzeszyła urodą. Miała wiecznie przetłuszczone brązowawo-szare włosy, i wąsik, który goliła raz w tygodniu, a który odrastał nieubłaganie. Claire potrafiła spieprzyć każdą robotę, którą się jej zleciło. Przelać tysiąc funtów na konto klienta? Jasne, tylko ze pieniądze kończyły swą elektroniczną drogę na koncie żony, z którą klient akurat brał rozwód. Zamknąć konto nieużywane od dwóch lat? Nie ma sprawy, tylko ze wstukiwała jedną cyferkę źle i zamykała konto klienta, który był warty ponad dwa miliony, co owocowało sporą skargą i pieniężną rekompensatą. Zmienić adres klienta? Jak najbardziej, tylko ze klient nigdy więcej nie otrzymał żadnego listu. To była Claire. Nie sądzę żeby robiła to celowo, po prostu nie nadawała się do tej pracy, mimo że naprawdę starała się uważać. Takie rzeczy po prostu przydarzały się jej i już. Pech był integralną częścią jej życia i myślę, że przez to wszystko – kim była, jak wyglądała i co robiła – ludzie nie przepadali za nią. Oczywiście nikt nigdy nie powiedział jej tego wprost, ale nikt nawet nie starał się być sztucznie miły, tą udawaną sympatią biurową, uśmiechem grubymi nićmi przyszytym do uszu, wyuczonymi ‘Jak się masz?’ i ‘Wszystko ok?’ i jeszcze ‘Jak ci minął weekend?’, pseudo-przyjacielskim poklepywaniem po plecach, przepuszczaniem się w drzwiach do toalety i do windy, i pustymi rozmowami o telewizyjnych reality shows. Tu pozwolę sobie na małą dygresję: reality shows to perfekcyjny przykład prania mózgów. Dopiero teraz mnie to uderzyło. Pokazać - starannie dobraną pod względem charaktero-psychologicznym (musi być mieszanka wybuchowa, żeby było ciekawie) – grupę obcych sobie ludzi zamkniętych w jednym domu przez miesiąc bez możliwości wyjścia czy kontaktu ze światem. Ludzie będą to oglądać z zapartym tchem, ponieważ jest to o wiele ciekawsze niż ich nudne życie od poniedziałku do poniedziałku, urozmaicone czasem jakąś weekendową zdradą małżeńską w nightclubie. Tyczy się to również wszelkich gazet czy stron internetowych z plotkami o gwiazdach i innych meteorytach showbiznesu. Wszelkie skandale, ciąże chciane i niechciane, śluby zawarte pod wpływem…