Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 28 min czytania

"Ja chcę tylko szczęścia"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-O! Zobacz Kamil! To ta dziewczyna! – zacząłem nerwowo szeptać do mojego najlepszego kumpla. -Która? -No ta, blondynka. W spódnicy. -Aaa ta! No… faktycznie niezła -Mówiłem. Muszę ją jakoś poznać -No to podejdź do niej -Żartujesz?! Ona pewnie nawet nie wie, że ktoś taki jak ja jest w tej szkole, a ja mam tak po prostu do niej podejść? Nie ma mowy -Wiesz co Artur? Zachowujesz się jak panienka. „O nie! Idzie moja ukochana! Co ja teraz zrobię?!” – zaczął się ze mnie nabijać Kamil. -To wcale nie jest śmieszne. I nie tak głośno. O tym, że ona mi się podoba nie muszą wszyscy wiedzieć -Stary, skąd ty możesz wiedzieć jaka ona jest? Może jest zarozumiałą panienką spod latarni? -Niezłe połączenie… Właśnie dlatego muszę ją poznać. Żeby się dowiedzieć, jaka jest. -Dobra, skończmy. Idzie Wieluś Wieluś to nasz pan od w-fu. Pan Wielechowski. Akurat na ostatniej lekcji mieliśmy w-f. Mam na imię Artur i chodzę do II klasy gimnazjum. Kamil to mój kumpel od przedszkola. Zawsze to on miał więcej powodzenia. W sumie to się nie dziwię. Dziewczyny wolą wysokich, postawnych chłopaków, a nie kogoś takiego jak ja. Nie chodzi o to, że jestem jakiś chuderlak, nie. Gdy byłem młodszy miałem kłopoty z kręgosłupem. Na szczęście to już minęło ale został mi mały garb. I to raczej nikomu się nie podoba. Ale naprawdę nie jest on duży. Jest niewielki. -Artur Jelonek -Ćwiczę Dziewczyna o której była mowa przed chwilą to pewna urocza pierwszoklasistka. Chodzi do naszej szkoły od pół roku. Kiedyś, gdy szedłem przez korytarz dostrzegłem ją otoczoną grupką koleżanek. Stała roześmiana i żartowała. Miała piękne, złociste, kręcone włosy. Nie była dość wysoka. Szczupła. Miała takie śmieszne piegi na nosku. Od razu pomyślałem „Muszę tą dziewczynę poznać”. Tylko, że nie wiem jak? -Macie tu piłkę i grajcie. Tylko proszę bez żadnych bójek ani niczego takiego. Jasne? Wszyscy moi koledzy zgodnym pomrukiem przytaknęli. -Jelonek, a ty, co? Ty masz zamiar się bić? -Nie, proszę pana -No… to się odzywaj – powiedział i odszedł do kantorka zostawiając nas na dworze z piłką. -Co on taki cięty na te bójki? – zapytał mnie Szymon -Nie wiesz? – odezwał się Kamil – podobno dwa lata temu, przed naszym przyjściem, jak zostawił tak chłopaków na boisku, to dwóch tak się pobiło, że jeden z nich jeździ teraz na wózku. Ten drugi za to siedzi w poprawczaku. Wielusia nie wylali, ale od tamtej pory gryzie go sumienie. Znaczy, tak mówili, a czy tak jest to nie wiem na pewno. -Dobra, ludzie, gramy Podzieliliśmy się na drużyny. Ja stałem na bramce. Wygraliśmy. 4:0 -Artur! Jak zwykle nieźle! Chcemy cię w drużynie zawsze! -Co wy chłopaki… beze mnie i tak wbilibyście bramki Nie lubiłem gdy ktoś mnie chwalił. -Jaki wynik? – zapytał nadchodzący Wieluś -4:0 -Dobra… cała drużyna dostaje piątki, a bramkarz szóstkę, za nie przepuszczenie ani jednej bramki. Kto był bramkarzem? Rodzyn? -Nie, Jelonek -Jelonek? No dobra… - westchnął ciężko. Nigdy mnie nie lubił. Sam nie wiem, dlaczego. Za to Michał Rodzyn był jego ulubieńcem. Zawsze Rodzyn to, Rodzyn tamto. Niedobrze mi się od tego czasami robiło. W szatni jak zwykle chłopaki komentowali mecz. Raczej nie brałem udziału w tych rozmowach. Nigdy nikt mnie nie pytał o zdanie, a sam z siebie nie lubiłem się udzielać. -Artur, to idziemy teraz do biblioteki posiedzieć? – Zapytał mnie Marcin -A po co? Przecież lekcje się skończyły -No ale przecież poprawiamy fizykę, zapomniałeś? Musimy teraz czekać tą godzinę na te głupie konsultacje Poprawa? O kurcze… zapomniałem kompletnie. Muszę się teraz uczyć. Tylko ciekawe jak mi to wyjdzie z największym gadułą i klaunem, jakiego w życiu poznałem. Jeszcze jak do tego dołączy się Staszewski, który pilnuje porządku w bibliotece to już tragedia w czterech aktach. -A tak… idziemy – odparłem. Weszliśmy do czytelni. Marcin od razu zaczął tzw. „pogawędkę” z panem, a śmiali się przy tym jak nie wiem co. Już myślałem, że tak godzina będzie dla mnie kompletną klęską, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. -Proszę – powiedział teatralnym tonem Staszewski. Do czytelni weszła… ta dziewczyna! Z koleżanką. -Proszę pana, możemy tu sobie posiedzieć, bo czekamy na fizykę? – Zapytała. Boże… jaki ona ma piękny głos… taki aksamitny. Ej, chwila! Jakie ja mam myśli dziwne! Przecież nawet jej nie znam. Teraz mam szansę. Mogę się do niej odezwać. Już chciałem powiedzieć coś luzackiego, gdy wciął się Staszewski. -Jasne dziewczynki. Siadajcie przy stole. Usiadły. Obie wyjęły zeszyty. Pewnie od fizyki. Jej koleżanka zjadła kanapkę. Teraz już w ogóle nie mogłem się skupić. Niestety, usiadła tyłem do mnie. Wpatrzona była w zeszyt. -Artur, pamiętasz to? – Zapytał mnie ze śmiechem Marcin. -Eee.. Co? -No jak daliśmy Milakowi puszkę po coli z wodą i jak się opluł? -A…tak, tak – odpowiedziałem beznamiętnie. Muszę ją jakoś zagadać. Tylko jak? Myśl, myśl… -A wie pan co? Umówiliśmy się kiedyś z Arturem do kina. No i pojechaliśmy. I on dał mi swoje pieniądze, bo mu się w kolejce nie chciało stać. I dał mi 20zł. I ja te 20 złotych zgubiłem. I on chciał, żebym mu je oddał! – Mówił oburzonym tonem. Popatrzyłem na tą śliczną dziewczynę. Słuchała z zainteresowaniem. Najwyraźniej nie zrozumiała puenty. -No… to chyba dobrze, że chciał, żebyś mu je oddał. W końcu powinieneś, nie? – Powiedział Staszewski. -No, ale jak ja mam mu je oddać, skoro je zgubiłem?! – Odparł przejęty. Staszewski i obie dziewczyny wybuchli śmiechem. Ja uśmiechnąłem się niemrawo. Pamiętam tą sytuację. Straciłem wtedy dwie dychy. -Ale w końcu poszliście na ten film? – Zapytała ONA patrząc się na mnie. Zamarłem. Pokiwałem tylko przecząco głową. -Nie, no jak? Nie mieliśmy kasy! Za moje dwie dychy poszliśmy sobie do KFC – wtrącił Marcin. Ale ze mnie palant! Mogłem się do niej odezwać! Zacząć rozmowę! Miałem szansę! Idiota! Gdy Marcin opowiedział już wszystkie swoje historie, czasami nawet te zupełnie bezsensowne zabrakło wszystkim tematu. -Dziewczynko, jaki ty masz ładny zeszycik. Mogę zobaczyć? – Powiedział Staszewski do NIEJ. Jejku, ten to jest drętwy. Nie miał już, czego wymyślić. Będzie teraz podziwiał zeszyt z wielką biedronką na okładce. -No ładny, ładny… Karolina – przeczytał. TAK! Hura! Nareszcie wiem przynajmniej jak ma na imię. Karolina. Od tej pory to moje ulubione imię. -Ty jesteś córką pani Marzenki? – Zapytał Staszewski zainteresowany -Nie, jej bratanicą – odparła uśmiechając się. -To ją pozdrów jak się będziesz z nią widzieć -No to trudne nie będzie, bo mieszkam obok niej -To powiedz, że pan Adam ją pozdrawia! -Dobrze, powiem Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że bez przerwy wlepiam w nią oczy. Pewnie wyglądam jak idiota. Karolina… jej imię wciąż dźwięczało mi w głowie. Jestem szalony. Przecież nawet nie znam tej dziewczyny! Zadźwięczał dzwonek. Super. A ja nadal nic nie umiem na fizykę. Oczywiście zawaliłem ten sprawdzian. Następnym razem chyba sobie na czole napiszę. Na dodatek straciłem być może ostatnią szansę na zapoznanie się z Karoliną. Wszedłem do domu. -Jesteś okropny! Nie wiem, dlaczego ja w ogóle za ciebie wychodziłam!!! – usłyszałem krzyk swojej matki. Po czym zobaczyłem ją wybiegającą z salonu ze łzami w oczach. Tak już było od kilku tygodni. Czasami już nie wyrabiałem. Jak dwoje ludzi, którzy się kochali mogą się tak bez przerwy kłócić? Mama nawet mnie nie zauważyła. Tym lepiej dla mnie. Mam już i tak za dużo problemów. A oni mi wcale nie pomagają. Wbiegłem po schodach na piętro, do swojego pokoju. Trzasnąłem drzwiami. Włączyłem komputer. Po chwili jednak wyłączyłem go z powrotem. Sam nie wiedziałem, czego chciałem. Rzuciłem się na łóżko. Mam już tego dość. Może lepiej sprawdzę czy jutro nie ma żadnego sprawdzianu, bo jak tak dalej pójdzie to nie będzie zbyt ciekawie na koniec roku. Gdy ze średnim zainteresowaniem oglądałem swój plan lekcji na jutro, do mojego pokoju weszła mama. -Puka się – rzuciłem sucho -Jestem w swoim domu i mogę wchodzić gdzie chcę i kiedy chcę! – wykrzyczała. -Jak się pokłóciłaś z ojcem to nie wyżywaj się na mnie, dobrze? -Jasne – odparła szybko – chciałam cię tylko poinformować, że jutro przyjeżdża ciocia Mila z Kingą. Do widzenia Kinga? Nie, tylko nie ona. Kinga to moja młodsza o 5 lat kuzynka. Chodzi do trzeciej klasy, a zachowuje się jakby była niewiadomo jaką damą. Na dodatek jest strasznie rozpieszczona. Wszystko czego chce od razu dostaje. To będzie okropne. Mam nadzieję, że jak najszybciej stąd wyjadą. Po chwili z dołu usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Przerażony zbiegłem na dół. W salonie siedzieli rodzice a pomiędzy nimi stłuczony wazon. Pozabijają się. Nie mogę już tu dłużej wysiedzieć. W pośpiechu zabrałem kurtkę i wybiegłem z domu. Włóczyłem się tu i tam, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Poszedłem do parku. Usiadłem na ławce przy stawie. Starałem się nie myśleć o tych wszystkich sprawach. To było jednak silniejsze ode mnie. To wszystko mnie osaczało, tak jakby nie chciało odejść i dać mi spokoju. Bałem się, że rodzice się rozejdą co raczej było pewne. Od kilku dni każdego dnia spodziewałem się zdania w stylu „Artur, musimy poważnie porozmawiać” albo po prostu „Artur, twój tata i ja podjęliśmy decyzję o rozwodzie”. Bałem się, że ani mama, ani tata nigdy nie użyją już zwrotu „my” tylko „ja i twój tata” albo „ja i twoja mama”. Z tego wszystkiego to mnie najbardziej przerażało. -Proszę, proszę… kogo tu mamy… czekasz na swoją dziewczynę? – usłyszałem ironiczny głos za swoimi plecami. Gwałtownie się obejrzałem. Widok Sebastiana wcale mnie nie zdziwił. Od dziecka mi dokuczał. Był starszy o rok i z jakiegoś niewiadomego mi powodu zawsze go wkurzałem. Najgorsze było to, że był silniejszy i zawsze mnie zaczepiał, gdy byłem sam. Gdy byliśmy młodsi te jego zaczepki ograniczały się do słów, ostatnio jednak zaczął przechodzić do czynów. -Wstawaj gnojku! To moja ławka Nie ruszyłem się z miejsca. -Podpisana? Spojrzał na mnie groźnie. Chyba nie postąpiłem zbyt mądrze. Nie mam z nim najmniejszych szans. Zrzucił mnie z ławki na ziemię. Zasunął mi mocnego kopniaka w brzuch. Potem dostałem pięścią w głowę. Aż syknąłem z bólu. -Będziesz jeszcze pyskował? -SEBESTIAN?! Co ty wyrabiasz, idioto?! Spojrzałem przed siebie zamroczony. Nie wierzyłem własnym oczom. Zbliżała się do nas… Karolina! Co ona tu robi? Zbłaźniłem się. Teraz już na pewno nie będzie chciała gadać z takim słabeuszem jak ja. Ku mojemu zdziwieniu podeszła do mnie i pomogła mi wstać. To niemożliwe! Jeszcze kręciło mi się w głowie po mocnym ciosie mojego prześladowcy. -Usiądź – powiedziała troskliwie wskazując mi ławkę. Posłusznie usiadłem. Tymczasem Sebastian patrzył na nią, a na twarzy malowało mu się… przerażenie! -Ka… Karolina… cz-cześć. Eee.. co tu robisz? – zaczął się jąkać. -Ja wyszłam na spacer. Nie zabronisz mi. Za to co ciekawego ty robisz? – zapytała ironicznie -No wiesz… ja ten… no… -Chyba nie chcesz, żeby tata i mama znowu dowiedzieli się, że bijesz słabszych. Wiesz, że wtedy wylądujesz w innej szkole, prawda? -No… ale ty chyba nie nakablujesz, co? -Ostatni raz ci daruję. I masz zostawić go w spokoju, jasne? -A skąd wy się znacie? -Ze szkoły – rzuciła wymijająco – a teraz, spadaj do swoich kolegów Sebastian na pewno nieźle wkurzony pospiesznie ruszył w stronę niewielkiej górki, drugiej po stawie „atrakcji” w tym parku. -Wszystko w porządku? Zatkało mnie. Ona, właśnie ona, pyta się mnie czy nic mi nie jest i rozmawia ze mną! Zdołałem tylko pokiwać głową. -To mój brat. Kompletny palant. Czasami się zastanawiam czy nie został adoptowany – roześmiała się – Ale nie martw się, nie powinien ci już dokuczać. Boi się, że go nakabluję do rodziców. No… to ja już lecę, więcej nie przeszkadzam. Cześć Chciałem krzyczeć. Chciałem jej powiedzieć, żeby została. Że chcę z nią pogadać. Nie mogłem nic z siebie wydobyć. A ona poszła. W ostatniej chwili ocknąłem się. -Hej! – krzyknąłem. Odwróciła się. – Dzięki! Uśmiechnęła się. To okropne. Wypadłem na mięczaka i na odludka. A jednak to było najpiękniejsze kilka minut w moim życiu. Po 20-tej wróciłem do domu. Panowała tam dziwna cisza. Wszedłem do kuchni. Byłem przeraźliwie głodny. Przed oczami wciąż widniała mi uśmiechnięta twarz Karoliny. Coś pięknego… Zajrzałem do lodówki. Wyjąłem mleko. W szafce poszukałem jakichś płatków. Nagle spostrzegłem jakąś kartkę na blacie.

Arturku! Poszłam na noc do babci. Nie wiem gdzie jest Twój tata. Idź jutro do szkoły. Nie spóźnij się. Zrób sobie śniadanie. Mama

A obok druga

Artur! Poszedłem do babci Danki przenocować. Zrób sobie coś do jedzenia. Nie wiem czy jutro wrócę. Jeżeli Twojej matki nadal nie będzie ugość ciotkę Milę. W kredensie masz pieniądze. Zamów sobie pizzę, czy coś. Trzymaj się, synu. Tata.

Wpatrywałem się w te dwie kartki, niby tak podobne do siebie, a jak bardzo różne, i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Całe moje szczęście pękło. Czyli, że to już się zaczęło? „…twojej matki…” „…twój tata…”. I zostawili mnie tak samego?! Czy oni postradali zmysły?! Może jutro przyjdzie już mama, przynajmniej nie będę musiał przebywać dłużej niż 5 minut w jednym pomieszczeniu z ciotką. Od razu straciłem apetyt. Pobiegłem na górę, do swojego pokoju. Rzuciłem się na łóżko i od razu zasnąłem. Obudziłem się za pięć ósma. Super. A mama przecież pisała, żebym się nie spóźnił. Pośpiesznie przebrałem się i spakowałem. Wybiegłem z domu. Na moje nieszczęście pierwszą lekcją była geografia. Geografia była jedną z najgorszych nauczycielek w szkole. Przygotowywałem się na najgorsze. Zapukałem do drzwi i wszedłem. -Przepraszam za spóźnienie – wymamrotałem. -Łaskawy pan raczył się zjawić pół godziny po dzwonku. Niezwykle nas interesuje, co pan robił przez te pół godziny, kiedy pan powinien siedzieć na lekcji? -Eee… ja… zaspałem -Tak? To może, żeby panu witalność wróciła i żeby pan już nie spał na moich lekcjach to postoi pan tam gdzie teraz do końca lekcji. I więcej się pan nie spóźni, jasne?

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Ja chcę tylko szczęścia" — czytnik · opowiadania