Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 33 min czytania

...Ja naucze głazy...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

................................. ja nauczę głazy, Jak mają walczyć przeciwko tyranom. Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy Do tronów, tę pieśń przyszłym ziemi panom Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był. Byron ,,Don Juan, Pieśń Ósma”

Wycie syreny samołazu SP było coraz bliżej. Uciekał z pięcioma kilogramami kiełbasy pod pachą brudnymi ulicami rozkładającej się stolicy. Skręcił w ślepą uliczkę zawaloną skrzyniami i kartonami bezdomnych. Przez dziurę w murze, zasłoniętą przez jedną ze skrzyń, przeskoczył na druga stronę. Odetchnął z ulgą i łapał oddech po długim biegu. Jeszcze tylko pieć minut spacerkiem do włazu i nie będzie po nim śladu. Pakunek kiełbasy schował pod kurtką i spokojnie ruszył Aleją Towarzysza Wlenina, oświetloną słabym blaskiem co drugiej działającej latarni. Nie uszedł minuty jak usłyszał głośne uderzenie i zgrzyt metalu o kocie łby. Nie oglądając się, puścił się naprzód mknąc wzdłuż ścian odrapanych, szarych, brzydkich budynków. Wiedział, że właśnie z uliczki, z której wybiegł, wychodzi ośmionożny samołaz z trzema agentami Służb Porządkowych w środku i arsenałem wystarczającym do eksterminacji i zrównania z ziemią średniego obozu buntowników. Wiedział również, że jak go złapią to bynajmniej nie dostanie kulki w łeb, lecz wsadzą go do zakładu pracy dla młodocianych, gdzie harując przy taśmie będzie przykręcał śrubki nowym samołazom. Gorzej jednak jak trafi do zakładu poprawczego, gdzie przekabaciliby go na wiernego partyjniaka i pożytecznego obywatela. Nie... nigdy, wolałbym zginąć-pomyślał. Syrena już wyła za nim, zdając się krzyczeć: ,,Mamy Cię jak na dłoni, nie masz dokąd uciec”. Na dodatek zza rogu alei wylazł kolejny patrol. Chłopak zaklął i zatrzymał się spanikowany nie widząc drogi ucieczki. - Psst!-naglący syk dobiegł z wysokości jego stóp. Chłopak spojrzał lecz nic nie zobaczył. - Choć! Tu się schowaj!-starczy i głęboki głos doszedł ze zsypu na węgiel. Chłopak wiedząc, że nie ma czasu na myślenie, skoczył w małe okienko bez zastanowienia. Otarł sobie łokcie o wystające druty i sturlał się po grubych grudach czarnego węgla. W środku było ciemno, więc nie zdążył zobaczyć kto go wołał, zanim rozpłaszczył się na zalanej śmierdzącą wodą podłodze. Silne i szorstkie ręce zaraz go podniosły i postawiły na nogi. - Zaraz tu będą, chodź!-ponaglił ten sam glos i pociągnął go długim, nieoświetlonym korytarzem zaśmieconym czymś co bardzo śmierdziało. Po chwili korytarz pojaśniał i wbiegli na sypiące się ze starości schody oświetlone blaskiem lampy naftowej. Niski, pękaty starzec w biegu odwiesił lampę naftową w blasku której lśniła jego długa po pas broda. Chłopak uczepiony jego wielkiej ręki wspinał się po klatce schodowej, starając się nie opierać na przerdzewiałej poręczy. Kiedy przebiegali przez poziom parteru, w stalowe, wyjściowe drzwi coś uderzyło. Starzec aż podskoczył i z prędkością niemożliwą u osoby tym wieku przeskakiwał po kilka schodów na raz. Chłopiec potykając się w półmroku wyrwał dłoń i w ślad za starcem biegł czując za sobą smród agentów Obskury. Kolejne uderzenie czegoś ciężkiego o drzwi rozeszło się echem po klatce schodowej kamienicy. Starzec zatrzymał się przed odrapanymi, burymi drzwiami wyciągając klucz z kieszeni drżącymi rękoma. Wsunął go do zamka i przekręcił. Kolejne uderzenie. Wpadli do zagraconego przedsionka, a starzec przekręcił klucz. W tym samym momencie huk walących się ciężkich, stalowych wrót wypełnił drżące napięciem powietrze. - Chodź-rzucił krótko starzec i wszedł do niewielkiego salonu zawalonego starymi rupieciami. Stanął obok wielkiej szafy z regałami wypełnionymi książkami. Chłopiec nigdy nie widział tylu ksiąg na raz, ale nie miał czasu na myślenie gdyż regał zaczął się odsuwać odsłaniając ciasną wnękę. - Właź!- rzekł stary podenerwowanym głosem. Nic nie mówiąc i nie zastanawiając się czy można mu zaufać, chłopak wśliznął przez wąską szparę do podłużnej skrytki, w której leżał koc. - Siedź cicho dopóki sobie nie pójdą-dorzucił staruch zasuwając szafę. Ciemności i brak miejsca nie były chłopcu obce, więc duchota i niemożność ruszania się nie wywołały paniki. Urodził się co prawda na ulicy, tak jak wszyscy jego znajomi, ale wychował się w kanałach. Matkę wspominał jak przez mgłę, gdyż zmarła na jedną z tych chorób, które roznoszą się pod ziemią. Odkąd pamiętał uganiał się za szczurami i wyprawiał się na ,,łowy” na powierzchnie. Kilka miesięcy temu przeszedł próbę Łowcy i stał się mężczyzną. Ludowy Kurier nigdy nie pisał o bezdomnych czy dzieciakach z kanałów. Zresztą kogo by to obchodziło. Partia była zawsze, i zawsze będzie rządzić bo nikomu to nie przeszkadza. Na całym świecie jest 20 miliardów ludzi i wszyscy oni mają gdzie mieszkać, mają co jeść i mają gdzie pracować. Tak pisze Ludowy Kurier i te dwadzieścia miliardów w to wierzy. Rashu uśmiechnął się w ciemności myśląc o naiwności ludzi. Ludzi, którzy wolą gapić się w Wielkiego Brata i słuchać tylko tego co on mówi, bo wszystko to jest prawdą. Bo Wielki Brat wie wszystko i jest wszędzie. Ciekawe czy Wielki Brat wie o jego istnieniu. O tym, że mieszka w kanałach i jest buntownikiem. Że ich szpieguje. Nie, nie może o tym wiedzieć, ponieważ już by siedział przy taśmie i skręcał samołazy albo podlewał tysiące hektarów pól uprawnych. Wielki Brat nie jest wszechwiedzący i wszechobecny. A skoro taki nie jest, to nie może być nadczłowiekiem, istota doskonałą, która stoi nad nami od początków ludzkości. Więc kim, albo czym on jest? Ciekawe czy on w ogóle istnieje? *** Śpiącego chłopaka obudził zgrzyt przesuwającej się szafy. Do środka wpadło jasne, dzienne światło, oślepiając go z lekka. W powstałej szparze stanęła brodata, masywna twarz starca. - Wychodź. Już jest bezpiecznie-zabrzmiał łagodnie basowy głos. Mimo obolałych od bezruchu kości wygramolił się do jasnego pokoju, który teraz wyglądał na jeszcze bardziej zagracony niż wczorajszej nocy. W mdłym świetle poranka zakurzony i zawalony śrubkami, blaszkami i pokrętłami wysłużony dywan wyglądał jakby miał z tysiąc lat. Wtedy ciepły, rozpalony kominek, teraz był zimny i brzydki. Brudne, poszarpane kotary zwisały martwo obok żółtej od starości firany. Wzdłuż ścian leżały kupami jakieś dziwne urządzenia z okrągłymi tarczami, szybkami, pokrętłami i wystającymi mechanizmami. Niektóre z nich nawet się ruszały. Rashu kiedyś widział podobne urządzenia. Służyły do odmierzania czegoś, ale chłopak nigdy nie dowiedział się czego, bowiem kobieta, która to wiedziała była obłąkana, a jemu wtedy nieszczególnie zależało na poznaniu tej tajemnicy. - Możesz już iść chłopcze. Wmieszaj się w tłum i wracaj do domu. - Kim pan jest?-odezwał się pierwszy raz Rashu - Nikim ważnym. Jestem taki jak ty-zaśmiał się tęgi starzec- no zmykaj. Nic tu już po tobie. - Ale ja chciałbym się panu jakoś odwdzięczyć. Uratował mi pan życie-ukrywając niepewność głosu, chłopak starał się mówić z dumą i dojrzałością. Tak jak przystało na prawdziwego Łowcę. - Hahahaha!-zagrzmiał śmiech brodacza, który szeroko teraz otworzył czarne jak węgiel oczy, którymi łypał rubasznie i onieśmielając Rashu. - Chcesz się odwdzięczyć powiadasz?-przestał się śmiać i poskrobał się w grubą, kasztanową brodę.- Jeszcze mi się odwdzięczysz. Nie bój się - Zakończył szerokim uśmiechem. -Na pewno. - Chłopak skinął gorliwie głowa jakby składał przysięgę. - No idź już. -Powiedz chociaż jak się nazywasz-nie ustępował Rashu. -Gab. Za Rashu zamknęły się drzwi a palący płyn gryzł mu trzewia, ale czuł się jakby przybyło mu energii. Zbiegł po schodach i wyszedł na ulicę przez wyłamane drzwi. Niebo zasnute ciężkimi wyziewami fabryk wisiało nisko nad dachami budynków. Rashu słyszał od starych ludzi o słońcu. Jasnej, żółtej kuli na niebie, która wschodziła co ranek i przyjemnie ogrzewała. Oddałby wiele w zamian za jeden przebłysk, ale zapewne nigdy nie będzie mu to dane. Spuścił wzrok i zwrócił się ku rzece ludzi zmierzającej do roboty. Tłumy bladych, wychudłych, zmęczonych życiem, szarych jednostek widzących jedynie czubek swojego nosa. Te same robocze płaszcze i robocze buty. Te same nieogolone twarze z braku dobrych brzytw. Te same przetłuszczone włosy i niedoprane koszule z braku mydła i śmierdzącej wody w kranach. Spojrzał na siebie i mimo tego, że wyglądał niemal identycznie poczuł dumę z tego, że nie jest jednym z nich, że nie musi wstawać o świcie i harować za kilka bonów żywnościowych oraz zwitek nieprzydatnych pieniędzy, za które przy odrobinie szczęścia można kupić kwaśne piwo, flaszkę śmierdzącej gorzałki albo byle jak sklecone meble czy trochę płótna. Jedyne co było zawsze to buty, ubrania i tytoń. Westchnął i prawie z pogardą i obrzydzeniem włączył się do nieprzebranej rzeki ludzkich głów. *** Gigantyczne złomowisko było miejscem, na które lądował wszelki zużyty sprzęt stolicy. Setki ton ciężkich, pordzewiałych maszyn. Od zwykłych przykręcarek, przez grające skrzynki, do olbrzymich taśmociągów kopalnianych i kotłów parowych. Dobry mechanik mógł znaleźć tu wszystko, czego by tylko zapragnął. Po złomowisku kręciło się zwykle o tej porze dużo bezdomnych i cała lumpownia z okolicy, ale tego poranka było coś cicho. Rashu nie przejął się tym zbytnio i zagłębił się w labiryncie ścieżek. Kupy żelastwa wisiały złowrogo w krzywych kopcach, jakby podmuch wiatru miał je zaraz przewrócić na nieuważnego przechodnia naruszającego spokój tego grobowca historii. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś o ewolucji technologii na świecie, wystarczyłoby dotrzeć tylko do serca kilkusetletniego składowiska, gdzie leżą maszyny jeszcze sprzed Wielkiej Rewolucji, o czym świadczą daty na najstarszych, jeszcze krasnoludzkiej roboty urządzeniach. Oczywiście Rashu o tym wszystkim nie wiedział. Dla niego, była to tylko droga prowadząca do jednego z ukrytych włazów do podziemnej kolonii. W końcu jego oczom ukazał się pordzewiały parowóz. Stalowe koła były zagłębione do połowy w ziemi a potężna tuba kotła przegrywała z niepowstrzymaną rdzą. Chłopak wskoczył do kabiny maszynisty. Rozejrzał się i pociągnął jedną z wielu dźwigni. Mechanizm głucho zaklekotał i właz do kotła stanął otworem. Wszedł nogami naprzód i w ciemnościach zatrzasnął drzwiczki. Wymacał w podłodze klapę, którą z trudem uniósł i zszedł po śliskiej drabince wąskim szybem. - Kto idzie?!- dobiegł go daleki, męski głos wzmocniony echem kanałów. - To ja, Rashu-odkrzyknął, a echo poniosło głos czternastoletniego chłopca. - Rashu? Miałeś być tu wczoraj - Tak wiem, ale miałem mały problem... - Taa, problem...-skwitował kwaśno mężczyzna w średnim wieku stając przed nim.- Ty masz same problemy ostatnio... - Daj spokój Rick. Masz i nie denerwuj się -odłamał mu pół kiełbasy i poklepał po plecach. - Dzięki. Ale i tak będziesz miał kredki u Thronusa za spóźnienie... Chłopak machnął mu ręką na pożegnanie i pobiegł niskim korytarzem oświetlonym z rzadka pochodniami. Biegnąc myślał o Thronusie i informacjach jakie dla niego zdobył. Uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Te informacje warte były takiego ryzyka. Dobiegając do bramy kolonii zwolnił. -Niosę wieści dla Thronusa!-krzyknął z daleka do strażników. -Hasło!-zawołał barczysty,wysoki mięśniak ze strzelbą w łapie. -,,Wschodni wiatr.”-odpowiedział a z za żelaznych wrót, dobiegł głęboki odgłos zdejmowanych sztab. Przeszedł w pośpiechu i znalazł się na tarasie, z którego rozciągał się widok na całą, pogrążoną w półmroku kolonię. Cała osada rozlokowała się na platformach i półkach skalnych w olbrzymim szybie, wisząc nad bezdenną czeluścią. Setki małych domków zbudowanych z wszelakiego żelastwa prosto ze złomowiska, oświetlanych ropą z odzysku i wszelakim zdobycznym paliwem, świeciły teraz mdłą poświatą. Tylko bowiem przez kilka godzin dnia osiedle mogło się pławić w dziennym świetle, które wpadało przez ukryty, kilkunastometrowy wentylator, kilkadziesiąt metrów ponad kolonią. Tam też znajdowały się zbiorniki na deszczówkę, służącą do prania i mycia. Wodę pitną odprowadzano z kanalizacji. Na niemal całej powierzchni złomowiska rozlokowane były setki poletek, na których rosły w kwaśniej glebie skarłowaciałe warzywa, przyprawy, zboża i owocowe krzewy. Zakładano też wielkie, zamaskowane, podziemne łąki, na których wypasano małe ssaki i kozy. Resztę pożywienia zapewniały łupieżcze wypady oraz zakazany handel ze skolektywizowanymi rolnikami. Szyb, o około stumetrowej średnicy, poprzecinany był wiszącymi mostkami, po których pewnie biegały dzieci i wędrowali dorośli. Z wielkiej, wspólnej kuchni dochodziły pokrzykiwania kucharek popędzających podkuchenne i przeklinających wszechobecne dzieciaki. Przy pompach z wodą zbierały się kobiety piorąc i plotkując. Kolonia żyła ukryta w mroku, tuż pod nogą swojego żywiciela jak grzyb, który pasożytuje na umierającym drzewie. Rashu wdychał ten wilgotny i mdły zapach domu. Poczucie bezpieczeństwa ogarnęło go, bo gdzież na świecie mogło być bezpieczniej? Gdzież panowała wolność od Partii? Gdzież każdy mógł wierzyć i mówić to co pragnie? Gdzie było miejsce, w którym drugiemu człowiekowi oddawało się ostatni posiłek i gdzie dbano tak o chorych starych? Uśmiechnął się ponownie do swoich myśli gdy wspomniał wieści, które przynosi. Tak, było więcej takich miejsc i więcej ludzi gotowych o to walczyć. Z tą myślą zbiegł po kratkowanych schodach i udał się do Pieczary Rady, która była zarówno duchowym jak i umysłowym centrum Kolonii. Tam mieszkali Wybrani, podejmujący decyzje w imieniu całej społeczności. Ich wspólnej decyzji każdy musiał się podporządkować. Kto łamał prawa notorycznie lub z premedytacją zamordował członka kolonii, był zrzucany do szybu jak zwykły śmieć. Kiedyś, jak był mały wpatrywał się w tą bezdenną otchłań, i zobaczył mały, jasny punkcik, który nikle świecił. Jednak im dłużej się wpatrywał, tym blask blakł coraz bardziej. Nigdy więcej już go nie zobaczył, a bał się spytać o to kogokolwiek, w strachu przed wyśmianiem. Przed kilkunastoma laty, za nim Rashu przyszedł na świat, podjęto się próby zbadania głębokości szybu. W tym celu zorganizowano aż pięć tysięcy stóp liny, na której uwieszono jednego z niewielu skazańców skazanych na śmierć. Okazało się, że jednak liny nie starczyło. Skazaniec zawisł w powietrzu i nawet z naftową lampą nie dostrzegł dna. Jedyne co tam było, to setki pieczar z zapewne długimi korytarzami w głąb ziemi. Otrząsając się ze wspomnień zatrzymał się przed wejściem do Pieczary Rady wykutej w skale. Nad wejściem widniał wyryty w skale napis: ,, Ma wolność kończy się tam, gdzie drugiego człowieka wolność się zaczyna”. Przewodnia myśl istnienia Rady Wybranych. - Thronus czeka na Ciebie, lepiej się pośpiesz -wyrzekł zimno starszawy strażnik stojący w cieniu. Właściwie to jego zadanie polegało tylko na pilnowaniu porządku i ciszy oraz tłumaczenie mieszkańcom czym akurat zajmuje się rada. Chłopak ruszył krótkim holem, oświetlonym rozstawionymi co jakiś czas żarnikami. Blaknące malunki ścienne, przedstawiające pierwsze obrady Rady Wybranych, wspominały blisko dwustuletnią historię kolonii. W końcu stanął u progu Wielkiej Sali. Wykuta w skale przez nieznanych budowniczych komnata wysoka na blisko piętnaście stóp i o blisko stustopowej średnicy, była niemal pusta. Jedynie Przewodniczący Rady Thronus i jego prawa ręka, dowódca Rawzes przechadzali się po kamiennej trybunie, rozmawiając przyciszonymi głosami. Thronus, wysoki mężczyzna w podeszłym wieku, odziany w długie, śnieżnobiałe, powłóczyste szaty wykonane z najwyższej jakości zdobycznego płótna, słuchał niemal w milczeniu żywo gestykulującego młodszego o dobrych kilkanaście lat Rawzesa, odzianego w skórzany uniform, z przypiętym rewolwerem i przewieszoną przez plecy lśniącą szablą, symbolem jego pozycji. Rashu stanął przed Tronusem i skłonił mu się w pas. - Wybacz , że tak późno Panie, ale miałem małe problemy... - Problemy?-przerwał mu Thronus gniewnym głosem- popełniłem błąd wysyłając takiego młokosa jak ty! Jesteś nie odpowiedzialny i nieostrożny! Miałeś wrócić zaraz po wykonaniu zadania, o zmierzchu a nie w następny poranek... - Panie-wtrącił Rawzes łypiąc na Rashu z góry- Na pewno miał jakiś ważny powód. Pozwól mu się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%