Psychologia · 20 min czytania
Jacuś
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie można powiedzieć, aby Jacek był w czepku urodzony. Pojawił się na tym złym świecie 15 października o dwa miesiące za wcześnie. Lekarze wrocławskiego szpitala wojewódzkiego postanowili pozostawić go pod inkubatorem, bo był tak malutki, że nie mógłby oddychać. Matka upierała się aby go zabrać, ale na nic się to stało. Nikt nie chciał oddać chorego dziecka starej, zapijaczonej dziwce. Pięćdziesięcioletnia kobieta wraz z konkubinem (którzy zresztą zmieniali się dość często) urodziła trzecie dziecko, a warunki materialne ledwo pozwalały jej wyżywić samą siebie. Warunki materialne... no, pomijając fakt, że niejednokrotnie musiała żebrać na kolejowym czy harować w warzywniaku w przejściu podziemnym, skąd zresztą została wyrzucona przez współpracowniczkę, gdy przyszła do pracy tak naprana, że nie odróżniła dwuzłotówki od śliwki.
W przedszkolu nie układało mu się zbyt dobrze. Mało mówił, był zamknięty w sobie i rzadko kiedy bawił się z kolegami. Przedszkolanka zauważyła jednak, że jest bardzo uzdolniony manualnie i dość sprawnie czyta jak na pięciolatka. Specjalnie chodziła w tę i wewtę za dyrektorem. Wiedziała o sytuacji chłopca i bardzo chciała mu pomóc. Zważywszy na fakt że była niepłodna i zawsze marzyła o małym synku, pokochała Jacusia niemal jak własne dziecko. -Ta kobieta nie jest w stanie wychowywać dziecka. Widział pan jak on je, panie dyrektorze? Ten dzieciak jest w domu głodzony. -Pani Ewo, pani Ewo - stary dyrektor nazywany w kuratorium "capem" potarł bulwiasty nos. Rozparł się wygodniej na krześle w swoim gabinecie. - Pani jest słodką idealistką - uśmiechnął się obleśnie. - Nie może pani adoptować chłopca. -Dobrze o tym wiem. Dopóki sąd nie odbierze tym ludziom praw rodzicielskich. -Nic mi nie wiadomo o jego rodzicach. -Pawelcowa jest bezrobotną alkoholiczką. Nieustannie przyjmuje w domu mężczyzn, ekhem, wątpliwej reputacji. Libacje i kłótnie są w tym domu na porządku dziennym. To wszystko odbija się na jego psychice. Pan nie wie, jaką gehennę codziennie przechodzi ten chlopiec, kiedy kolejny mężczyzna jego matki niszczy krzesła o ścianę i uderza ją na jego oczach! W ogóle ta kamienica się sypie, a mieszkanie Pawelców jest zawilgocone jak piwnica! Dyrektor nachylił się do niej. Czuła jego oddech na twarzy. -Proszę nie udzielać mi takich idiotycznych tłumaczeń. Pracuję z dziećmi od dawna i wiem co się odbija i o co. To nie jest pani sprawa, tym się zajmują inne instytucje. Zrobi się wywiad środowiskowy, ale to w przyszłym miesiącu. Dziewczyna wstała gwałtownie. -Żaden pięciolatek nie opanował czytania tak płynnie jak on. Jest spostrzegawczy, bezbłędnie liczy i wykonuje zadania z angielskiego. Temu dziecku trzeba pomóc! -Proszę stąd wyjść. Teraz. Podniosła głowę i popatrzyła w jego oczy. Oczy pełne ignorancji. Zapłonął w niej gniew. -Niech pan się zastanowi nad swoim dzieciństwem. Jak wiele by pan dał, żeby tam wrócić. On nigdy nie będzie chciał wracać. -Do widzenia - uciął dyrektor, odwzajemniając harde spojrzenie. Kiedyś przyszedł do przedszkola cały usmarkany. Zanosił się, łykał łzy. -Jacuś! Jacuś! Co się stało? Pani Ewa podbiegła do niego natychmiast. Nic nie mówił. -Jacek! Ujęła jego głowę i uniosła lekko. Ucho miał wściekle czerwone, wielki, zielony siniak pomiędzy okiem a policzkiem utrudniał mu patrzenie. -O Boże... Jacek...! Zaprowadziła go prędko do toalety. -Przyłóż zimny nóż, masz. Uspokoił się. Nie płakał. -Co się stało? Musisz mi powiedzieć, to jest bardzo ważne. Trzymała go mocno za ciepłe ręce. -Przewróciłem się - bąknął w końcu. Nie czekała. Nie interesowało ją, że dyrektor najpewniej ją zwolni. Dziesięć innych kobiet czekało na to miejsce w warszawskim przedszkolu. Wsadziła Jacka do punto i ruszyła z piskiem na Wałową. Szare bloki z wielkiej płyty przypominały bunkry. Kilka przewróconych koszy na śmieci, zdewastowane samochody i otwarte włazy kanalizacyjne dopełniały obrazu nędzy. Jadąc windą czuła pulsującą w skroni wściekłość. Biedne dziecko... Ding. Wysiadka. Zabębniła w drzwi popisane sprejem. Nic. Uderzyła mocniej, i jeszcze raz. -Słucham panią. - Owionął ją smród alkoholu. W progu stał wielki, brodaty Leszek. Nowy "chłopak" mamy. -Pan Pawelec? -Nie. A o co chodzi? -Co pan zrobił temu dziecku? Dopiero teraz zobaczył Jacka, kulącego się za nogami pani Ewy. -Ty mały skurwysynu! Chodź tu! Ja ci dam... Wyskoczył jak oparzony w kierunku chłopca. Przedszkolanka natychmiast go zasłoniła. -Z drogi, kurwo! -Jestem pracownikiem oświaty! Pobił pan Jacka, będzie się pan z tego tłuma... Zdzielił ją w pysk. Ale tak, że klękła. Poczuła metaliczny smak krwi, coś zawibrowało ponad głową. -Leszek! Co się tam dzieje? - dobiegł ją zniekształcony głos z wnętrza zadymionego mieszkania. Mężczyzna nie odpowiedział. Złapał Jacka za rękę, zostawiając sine ślady na ramieniu. -Będziesz się gówniarzu skarżył? Wujek da taki wpierdol, że zapomnisz jak się nazywasz! Chyba bił go na korytarzu. Walił tępe, silne razy w małą główkę. Nie wiedziała. Wstała i odeszła. Już więcej nie pojawiła się ani w przedszkolu, ani w Warszawie.
W szkole nie było lepiej. Nie mógł skupić się w ogóle na nauce. Był bez wątpienia zdolny, ale miewał swoje dziwne odskocznie. Zdarzało mu się wcale nie przychodzić na lekcje, łazić gdzieś po mieście, siedzieć na ławce i słuchać muzyki. Wychowawczyni to specjalnie nie przeszkadzało, nawet nie przysłała opinii do domu dziecka. Mieszkał już tam od trzech lat, od śmierci matki, i pogodził się ze stanem rzeczy. Czasem "miał obrazy". Stawały przed jego oczami jak przyjaciele z dawnych lat, powoli wpatrywał się w każdy szczegół i szukał sensu. Jakieś armie podróżujące przez bezkresne pola, samoloty pływające w głębinach oceanu, śmiejące się dziewczęta. Pod bujną czupryną prostych, długich włosów zawsze miał słuchawki i swoją ulubioną Comę. System. Tonacja z piekła. Spadam. Ostrość na nieskończoność. Twarde, rockowe akordy brzmiały kojąco. Zatracał się, wpadał w jakąś głęboką dziurę. Czuł gitarę basową w głębi głowy, jak zimną rtęć przelewającą się w mózgu. Trwał, w katatonicznym półśnie, otoczony muzyką. Uwalniał się. Uwielbiał deszcz. Wtedy muzyka smakowała jeszcze lepiej. Ludzie unikali jego spojrzenia, gdy spacerował ulicami Mokotowa. Na przerwie zawsze siadał na ławce pod bukiem, na szkolnym boisku, i patrzył jak inni grają w kosza. Nikt nigdy nie zapraszał go do gry. Trochę się bali, trochę się śmiali. Jacek był po prostu inny, nie pasował do nich. On sam instynktownie czuł że nie mógłby mieć w nich kolegów. Byli tak bardzo inni, co innego ich cieszyło, smuciło, zachwycało. W razie bójki odchodził gdzieś indziej, żeby nie zostać przez przypadek wciągniętym do porachunków. Jednego z jej facetów w szkole nie lubił wyjątkowo. Nazywali go Mamlas. Mamlas zimował dwa razy z matematyki i szantażował wszystkich o pieniądze. Jacek drżał, żeby nie upatrzył sobie czasem jego. Wracając do domu rozglądał się, czy aby znów gdzieś nie stoi z paczką swoich znajomych. Mamlas dobrze zaznajomiony był z sądem rodzinnym, ale jakoś nigdy nie przestał dokuczać innym. Od czasu do czasu wybrał sobie kogoś na cel i czuł się lepszy, czyniąc z niego swojego niewolnika. Jacek unikał takich typów. W klasie był jeszcze jeden wyjątkowy chłopak. Miał na imię Bartek, ale i tak wszyscy mówili na niego Kaleka Stasio. Był najniższy i najchuderlawszy, a na wf-ie zawsze był pośmiewiskiem. Miał nie więcej niż metr dwadzieścia w drugiej klasie gimnazjum. Jacek wiedział, że ma zaburzenia wzrostu i rozwoju. Gdy inni go bili, nawet nie uciekał - tak się bał, że jeszcze mocniej dostanie. Nosił trochę za duże ubrania, zapewne po starszym rodzeństwie. Zawsze siedział na wielkim kwietniku z palmą w holu i przeglądał podręcznik do geografii. Czasem machał nogami. Włosy miał płowe, żółte jak piasek. Nie chciały mu za bardzo rosnąć, wyglądał jakby łysiał. Twarz miał drobną i nie przypominał nic a nic gimnazjalisty. -Cześć - odważył się kiedyś podejść do Jacka. - Mogę usiąść? Ten bez słowa zabrał plecak na bok i zrobił mu miejsce na ławce. Nie wyjął słuchawek, nie patrzył nawet na Stasia. Po chwili wyciągnął bułkę słodką z plecaka i zaczął jeść, poruszając chyba tylko ustami. Twarz wciąz miał zimną i martwą. Odgarnął trochę włosy. Stasio stwierdził, że jest raczej brzydki. Jacek zauważył jak patrzy na bułkę. Dopiero kiedy usiadł, zauważył że chłopak jest garbaty i ma poważną skoliozę. -Chcesz kawałek? -Nie, nie... -Nie udawaj... Widzę jak patrzysz... Nie masz swojego śniadania? Stasio milczał chwilę. -Mamlas mi wszystko zabrał. Całe pieniądze - szepnął cicho, zawstydzony. - Ale nie jestem głodny. Jacek urwał spory kawał buły z makiem i dał chłopcu. -Jedz. Nie mam więcej. Jak masz na imię? -Bartek, ale wołają mnie Stasio. -Stasio Kaleka? -Ta-ak - zająknął się trochę chłopak. Jacek zdał sobie sprawę, że to głupie przezwisko i nie powinien go tak nazywać. Wiedział z kim teraz rozmawia... jakoś nie zdobył się na przeprosiny ani nic takiego. -Dziękuję za bułkę. A może chciałbyś być moim kolegą? - zapytał po chwili jedzenia Stasio. -A po co mi taki kumpel jak ty? -No, hmm... - zastanowił się chwilę - ja jestem dobry z geografii. Jeśli sobie nie radzisz, mogę ci pomóc. Faktycznie, nie było u niego z tym najlepiej. Groziła mu jedynka na semestr, a Łapińska, stara tłusta kaczka z ośrodka, na pewno będzie się o to pluć. Przyśle jakąś dodatkową nauczycielkę do placówki i będzie jeszcze gorzej. Nie zdał nawet kartkówki ze stolic, za cholerę nie mógł tego spamiętać. Wszędzie siedział sam i nikt nie kwapił się żeby mu to wytłumaczyć. Sam jakoś nigdy też nie pytał. -A co będziesz chciał za takie korki? Nie mam kasy, uprzedzam. Bida jest. -Po prostu, chciałbym się z tobą kumplować. Mogę? -No doobra - zgodził się w końcu Jacek. - Niech będzie. Wyciągnął ku niemu rękę, a Stasio uśmiechnął się od dawna po raz pierwszy. -Co słuchasz? Przesiedzieli całą dużą przerwę w milczeniu, każdy z jedną słuchawką w uchu. Od tego czasu siedzieli razem na geografii, a