Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 10 min czytania

Jak dawniej.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ulica Różana. Stare, odrapane kamienice, wznoszące się nad wąską uliczką. Krajobraz przywodzący na myśl więzienie z jednym więźniem, którego pilnuje setka strażników. Pierwsze promienie majowego słońca ginęły między betonowymi dachami. Brudny od psich odchodów i puszek po piwach park, jedyna zieleń w promieniu paru dobrych kilometrów. Chodnikiem tej właśnie ulicy szła para. Ona, na oko jakieś 50 lat. Piękna, mimo bruzd czasu na twarzy. On, pewnie niewiele od niej starszy. Dżentelmen, z pokaźnym brzuszyskiem i wąsiskami Sarmaty. Kobieta uczepiła się ramienia swojego męża, jakby sama nie dawała sobie rady z tą drogą. Pokonywali ją co tydzień. Cotygodniowy spacer miał ich oderwać od zajęć domowych. On myślał już o swojej partyjce szachów z kolegą, ona o zakupach. Nie odzywali się do siebie. Głośny szczęk zamka w drzwiach frontowych lokalu numer 17. On pomógł kobiecie zdjąć płaszcz, a sam powędrował do swojego pokoju. Trzasnęły drzwi, niby od niechcenia obwieszczając :”Nie wchodzić”. Westchnęła, spoglądając na swoją obrączkę, nadgryzioną zębem czasu. Ile to już lat razem? Pięć lat temu wyprowadził się ich jedyny syn, gdy miał 25 wiosen, Czyli 30 lat razem. Dzisiaj. Pamiętał? Wolała nie sprawdzać. Włączyła telewizor, i poszła zrobić obiad dla męża i jego kolegi. Ziemniaki. Marchewka. Mięso na schabowe. Jej uszu dobiegł przytłumiony głos z telewizora umieszczonego w dużym pokoju. Młody, atrakcyjny mężczyzna opowiadał o słonecznych plażach Hiszpanii. Co tydzień był gdzie indziej, co tydzień inna, ciekawa historia. Szum fal, odgłosy bawiących się ludzi, cicha muzyka sącząca się z głośników w małych, nadmorskich barach. Rozłożyła apetycznie pachnący obiad na talerzach, nalała do dwóch szklanek kompotu. On już witał znajomego, więc wymknęła się z kuchni, wzięła płaszcz i beret. -O, Halinka już wychodzi? Ale jak to tak?! -Wychodzę, muszę. Miłej gry.

***

-Mmm... Pyszny obiadek, pyszny. – Łysiejący jegomość rozparł się na krześle, które jęknęło pod ciężarem ciała. -Dołożyć jeszcze? – Drugi mężczyzna oparł się łokciami na stole, przecierając wąsy. -Nie, ja już dziękuję – Potwierdzenie stanu sytości żołądka, wydał krótkim beknięciem. -A Halinka czemu wyszła? -A licho ją tam wie. Często coś ostatnio wychodzi. -Jak to baba. -A bo to tak każda baba biega? -No, no... Żebyś moją Maryśkę widział... Przyleci z jęzorem z tego rynku i wymiata na wszystkie strony kto z kim, od kiedy, a bo to dlaczego tak, a nie inaczej... Twoja też taka przekupka? -Nie, spokojna. -Mało mówi? -Ano mało. -A patrz ty – Łysy przyczesał szczątki swojej fryzury nerwowym ruchem ręki, śmiejąc się jednocześnie – Bo może ona cię zdradza? -Halinka? Ech ty, Staszek, durna głowa. Ona? W tym wieku? -Ona, ona! A co tu wiek, jak nie mówi co i gdzie, to pewnie innego chłopa sobie znalazła... -A myślisz, że niby gdzie? -To daleko trzeba szukać? Ładna ta twoja kobita, gotować umie, posprząta, nie szczeka jadaczką na prawo i na lewo, tylko docenić taką! Wąsacz zmarszczył brwi, kiedy jego kolega urwał monolog. Może faktycznie coś w tym jest? -No, dzięki za partyjkę i posiłek, Mareczku, ale ja już idę. Stara się pewnie niepokoi. Mareczek wstał, odprowadził kolegę, pożegnał uściskiem dłoni wielkiej niczym bochen chleba, zamknął drzwi. I popędził w stronę lustra. Ostatnio robił to rzadko. Za rzadko. Pokaźne brzuszysko nie mieści się w wąskim lustrze, gdy jest odwrócony profilem. Gdy stanie przodem jest niewiele lepiej. Tusza ukryta, ale zarośnięte policzki, obciągnięte przez czas nie prezentują się dobrze. Podobnie jak ciemnosiwe, niestarannie zaczesane do tyłu, przerzedzone włosy. Próbował je przygładzić, uformować z nich coś, co wyglądałoby ładniej i schludniej. Dłoń powędrowała w kierunku czoła. Na palcu zabłyszczała obrączka. Coś trafiło mężczyznę, można by rzec, w samo serce. Niejasna, szybka myśl, wysunęła się i ukąsiła go tak szybko, jak żmija, która przed chwilą była jeszcze patykiem w dłoni. Obrączka. Ślub. Rocznica. -Ojej – Wyjęczał Mareczek.

***

-Poproszękwiatybombonierkęilepłacę? -Co proszę? – Ekspedientka doszła po siebie po pierwszym szoku, jaki wywołał starszy mężczyzna w kapciach i eleganckim płaszczu, który niemal nie wybił zębów wychodzącemu ze sklepu klientowi. -KWIATY I BOMBONIERKĘ! – Ryknął elegancko starszy pan. Ha, pewnie pijak – Przemknęło przez myśl kasjerce. – A, może i tak. Byle miał pieniądze i się szybko wynosił. -Jaką bombonierkę i jakie kwiaty? -No kwiaty... To róże, czerwone! A Bombonierkę to taką zwykłą – Mężczyzna uspokoił się, ale oddech miał szybki. -Jaką zwykłą? - O tamtą – Klient się wściekł, wskazując na pierwsze lepsze czekoladki, leżące na ladzie. - Róże udekorować,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jak dawniej. — czytnik · opowiadania