Inne · 9 min czytania
Jak nie pisać radosnych koszmarków
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Otwieram oczy. Powoli, pełen zniechęcenia, znużony. Otwieram je tak, jakby czyn otwierania wymagał niezwykłej siły i zaangażowania, jakbym musiał się do niego przygotować zarówno mentalnie, jak i fizycznie. Zebrać siły na czynność z pozoru tak błahą. Czerń powoli ustępuje „bieli”, chciałbym móc powiedzieć, ale sufit już dawno swoją biel utracił na rzecz szarości. W ślimaczym tempie odchylam róg koca. Moje ciało przeszywa chłód, reakcją jest wycofanie ręki i powrót do poprzedniej pozycji. Nawet gorzej, pozwoliłem na ucieczkę ciepła, muszę podkulić nogi, by nie drżeć. Leżę tak przez dobrą chwilę, po czym niechętnie sięgam pod poduszkę by wyciągnąć komórkę. Szósta dwadzieścia. Może by jeszcze poleżeć? Może by olać to wszystko i leżeć tak cały czas? Co to za różnica? Nie, mimo wszystko, gdzieś w głębi duszy wyczuwam resztki jakiegoś niezidentyfikowanego wewnętrznego obowiązku. Niepewnie wychylam się z mojego schronienia. Szybko, na ile tylko potrafię w takim stanie, co tłumaczy ślimacze dla postronnego obserwatora tempo, udaję się do łazienki po szlafrok. Nie ma go na wieszaku. Znowu. Nie mam siły kłócić się z domownikami kto mi go zabrał,nie bacząc na godzinę, nie ważę się nawet mówić czegokolwiek o poszanowaniu czyjejś wartości. Sięgam po szczoteczkę do zębów i oddaje się porannemu utrzymywaniu higieny. Powinienem najpierw zjeść śniadanie, ale wtedy ubrałbym się później, na co godzić się nie mogłem, zdecydowałem, że najważniejsze jest jak najszybsze przywdzianie jakiejś odzieży. Zdaję sobie sprawę z irracjonalności mycia zębów przed posiłkiem, ale nie obchodzi mnie to. Sięgam po dezodorant, skończył się. O nie, przepraszam, została go resztka tak znikoma, że ośmieliłem się ją pominąć. To pewnie brat, jak zwykle. Jeden łyk soku w kartonie, jedno ciastko w opakowaniu, jedna kostka czekolady w folii, jeden świstek papieru toaletowego na rolce, reszta dezodorantu, tak to on. Zawsze się zastanawiałem, lenistwo, czy złośliwość? Trudno, używam „dezodorantu” ojca, kupionego na aukcji internetowej specyfiku, którego aromat bliższy jest produktom naciągaczy sprzedających „feromony” na bazarze, niż normalnemu antyperspirantowi. Przez chwilę myślałem nawet nad użyciem matczynego, ale z dwojga złego, może bardziej kierując się „męskim” instynktem, aniżeli zdrowym rozsądkiem, wybrałem ten pierwszy. Nigdy nie mogę się zdecydować co mam ubrać. Wiem, że wcześniej walczyłem o jak najszybsze ogrzanie się, a teraz stoję przed szafą utrzymując wzrok w jednym punkcie nie robiąc nic i marznąc, ale nic nie poradzę. Zawszę tak robię. I choć decyzję podejmuję intuicyjnie w pierwszej chwili, w momencie otwarcia szafy, i tak stoję przed nią jak kretyn. W końcu „decyduję” się na czarną bluzę i dżinsy. Jak zawsze. Dziś poniedziałek. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie lubię tego dnia. Ja go nienawidzę całym swoim sercem i duszą,ba! Egzystencją, moim poczuciem wewnętrznego „ja”, nienawiść ta jest bodaj najgłębszym uczuciem, jakie kiedykolwiek odczułem. Chociaż te dwadzieścia cztery godziny różnią się zasadzie niczym od wszystkich innych, źle na mnie działa świadomość, że oto zaczyna się kolejny tydzień, kolejnych siedem nowych „pięknych” dni, kolejny tydzień „szans” i „okazji życiowych”, które zaprzepaścimy. Z domu wychodzę pierwszy, ale nikogo to w zasadzie nie obchodzi, uwagę swą poświęcając innym, ważniejszym kwestiom, jak bezowocna dysputa w sejmie w radiu, przypominającą bardziej skowyt cyganów pod monopolowym, niźli rozprawę ludzi światłych, którzy przez nas obrani, rządzić winni mądrze. Czasami aż mi żal, że musimy wtłaczać się w te garnitury i krawaty, przybierać maski poprawności i kurtuazji. Czy nie prościej byłoby, jakby się w tych ławach pobili, na konwencjach pili, a marszałek zwracał się do posłów per „chuje”? Po co ten fałsz, ta obłuda? Po co sztuczna awantura jak ktoś kogoś zbluzga, czemuż służyć ma to zakłamanie, kreowanie sztucznej, „pięknej i czystej” rzeczywistości. Kto bez winy... Na autobus naturalnie się spóźniam. Pomimo tego, że jestem przed czasem. Nawet biegłem starając się zdążyć, widząc kierowcę na przystanku, lecz drzwi zamknęły się chwilę przed tym, jak znalazłem się na miejscu. Ba! Ja stoję przed zamkniętymi drzwiami pojazdu, a kierowca nie rusza sprzedając bilet kobiecie, która nie zdążyła do kiosku, szczerząc się do mnie przez szybę. Stoi ktoś z batem nad nim nie pozwalając mu otworzyć tych drzwi? Pierwotnie odpowiadałem sobie w duchu przecząco, lecz dochodzę do wniosku, że w pewnym…